sobota, grudnia 03, 2016

Prawo do zgromadzeń tylko dla uprzywilejowanych

Ze smutkiem obserwuję szybko postępujący demontaż polskiej demokracji i instalowanie dyktatury w kraju. Po zablokowaniu trybunału konstytucyjnego, zamienieniu telewizji i radia publicznego w tubę propagandową rządu z mocnymi elementami narodowo-katolickimi, po przejęciu prokuratury przez Ziobrę i w trakcie wprowadzania ideologicznekpj indoktrynacj i zakłamywania historii w szkołach pod płaszczykiem reformy edukacji mamy następny cios przeciw demokracji, jakim jest poważne ograniczenie prawa do demonstracji. To absurdalne prawo stanowi, że organizacje rządowe i kościelne są w organizowaniu zgromadzeń uprzywilejowane wobec wszystkich innych. Takie prawo dzieli obywateli państwa na dwie kategorie i łamie przy tym podstawową zasadę demokracji i polskiego konstytucyjnego prawa, jaką jest równość wszystkich obywateli. To znaczy, żę wszyscy mają równe prawa, w tym oczywiście również równe prawo do zgromadzeń i wypowiadania swoich przekonań i poglądów. Również w sensie wyznaniowym polska konstytucja stanowi, że ludzie moją wolny wybór swych religijnych poglądów i żadna religia nie jest lepsza, ważniejsza czy w jakikolwiek inny sposób uprzywilejowana. 

Nowe prawo spowoduje, że za każdym razem, gdy jakaś organizacja rządowa, czy grupa obywateli, będzie chciała protestować pojawi się grupa kiboli czy innych faszystów - bo kościół ostatnio tak bardzo ich polubił i cholubi ich jako "prawdziwych" patriotów i katolików - i pod płaszczykiem organizacji kościelnej przejmie miejsce tej planowanej przez opozycję.

Zmiany w prawie o zgromadzeniach są oczywiście sprzeczne z polską konstytucją. W normalnie funktionującej demokracji po zaskarżeniu tego prawa przed trybunałem konstytucyjnym byłoby ono z pewnością odrzucone jako niezgodne z podstawowymi zasadami konstytucji. W państwie rządzącym przez osobę prywatną i partię wykonującą bezwględnie jego polecenia, partię która wprawdzie ma odniesienie do prawa w swojej nazwie, ale depcze to prawo nieustannie od roku, szanse na zablokowanie tego prawa są znikome.

Po roku pisowskeigo rządzenia widać już bardzo wyraźnie zarys tej narowodo-katolickiej Polski, jaką próbują zbudować. Aby mieć władzę absolutną, a to jest oczywistym celem, eliminują wszystkie elementy państwa niezależne wedle prawa od rządu - trybunał konstytucyjny, niezależną prokuraturę, niezależne sądy-, przejmują kontrolę nad mediami i ograniczają wolność wypowiedzi. Na naszych oczach powstaje państwo totalitarne na wzór tego rosyjskiego, które stworzył Putin. On szedł dokładnie tą samą drogą. Następne etapy to powolna eliminacja opozycyjnych partii i likwidacja wszelkich niezależnych mediów i organizacji pozarządowych. Obym się mylił.

sobota, listopada 05, 2016

Polskie średniowiecze

Masowe egzorzyzmy w 21 wieku. Zbiorowe wypędzanie duchów. Takie imprezy powoli stają się codzienne w Polsce. Ze zgrozą patrzę jak aktualny rząd, wsparty z jednej strony na narodowych faszystach, a z drugiej na całej hierarchii kościóła katolickiego prowadzi Polskę z powrotem w średniowiecze. Na naszych oczach marnowany jest dorobek 300 lat pracy ludzi oświecienia, którzy często z narażeniem życia wprowadzili nas na drogę nauki i obiektywnego poznania świata. I jak sądziłem uwolnili nas od zabobonu i przesądów. Na nic setki lat budowania świeckich państw, gdzie religia jest prywatną sprawą obywateli, a państwo jest wolne od jej wpływu. Zamiast zajmować się dzisiaj tym co ważne w 21 wieku, a problemów jest wiele i wielkie zmiany przed nami, trzeba niestety znowu zająć się pracą u podstaw i jeszcze raz stanąć do walki przeciw dalszemu ogłupianiu ludzi.


Rację ma Fabjański pisząc: "W Polsce odbywa się wielka ofensywa teologii katolickiej na sfery dotąd od niej wolne. Religijne dogmaty wtłaczane są w życie publiczne przez krwiobieg instytucji państwowych i utrwalane przez telewizyjne widowiska, jak to na Jasnej Górze. Ma obowiązywać jedynie słuszna metafizyka. Nieśmiało, jakby jeszcze nie wierząc w swoje szczęście, odzywają się kreacjoniści z żądaniem zakazu nauki teorii ewolucji w szkole jako herezji. Dowiadujemy się, że państwo będzie wspierać rodzenie dzieci, o których wiadomo, że zaraz umrą, tylko po to, by można było je ochrzcić."

sobota, października 29, 2016

Folwarczny sposób myślenia, myślenia ukształtowanego przez feudalne struktury późnego średniowiecza w Polsce, nadal dominuje w Polsce

W Polsce brak chęci do krytycznej analizy przyczyn upadku pierwszej Rzeczpospolitej, czy ogólnie do krytycznej analizy polskiej historii. Jak pisze profesor Burschta - "Dysponujemy potencjałem krytycznym, który pozwoliłby nam zweryfikować powtarzane przez wielu hasło: „byliśmy potęgą”. Skoro tak było, co się stało, że taka potęga jest katolickim karłem? Ciągle przechowujemy mit tożsamości narodowej, który bezpośrednio nawiązuje jeszcze do szlacheckiej koncepcji narodu i wyobrażeń o narodzie wybranym." Zamiast podjąć rzetelną analizę przyczyn upadku pierwszej Rzeczpospolitej kultywowany jest mit walki o niepodległość i bajka o złych sąsiadach, którzy zabrali nam wolność. A przyczyną upadku była tak naprawdę katastrofalna polityka rządzącej oligarchii arystokratycznej, która realizowała tylko i wyłącznie swoje własne interesy. Przez to zaniechała koniecznych reform, utrzymała 80% społeczeństwa w niewolnictwie, nie rozwijała, a wręcz zakazała, handlu i manufaktur. A co najgorsze polskie elity zamknęły kraj przed zachodnimi trendami i ideami, jakby bojąc się, że mogą one zachwiać w posadach ten zacofany system folwarczny, którego beneficjentami byli bardzo nieliczni. Polska gospodarka karłowaciała w szybkim tempie i równie szybko upadał kraj. Utrata niepodległości, którą Rzeczpospolita utraciła de facto na długo przed rozbiorami, było tylko smutną konswekwencją tych zaniechań i polityczno-gospodarczych błędów.

niedziela, sierpnia 07, 2016

Dobra i zła pamięć

Papież Franciszek w swoim niedawnym przemówieniu na Wawelu opowiadał o złej i dobrej pamięci. Wprawdzie nie słyszałem tego przemówienia, ale Ks. Grzegorz Michalczyk w wywiadzie z Dominiką Wielowiejską bardzo ładnie o tych papieskich słowach opowiadał. Otóż Papież mówił, że pamięć zarówno dla ludzi jak i narodów jest bardzo ważna. Równie ważne jest przy tym co i jak pamiętamy. I tu Papież rozróżnił dobrą pamięć od złej. Dobra pamięć to pamięć o wdzięczności, czyli o tym co dobrego zrobili inni dla nas, albo o tym co dobrego zrobilismy my sami dla innych. Zła pamięć to pamięć o tym co bylo złe, a przede wszystkim taka nienaturalna koncentracja na tym złym. Taka zła pamięć właśnie często objawia się tym, że człowiek obsesyjnie koncentruje sie na złu, i to szczególnie na tym złu, które zrobili inni. Taka zła pamięć w konsekwencji prowadzi do dalszego zła, tym razem zła, ktore wyrządzamy my sami. 

To ważne rozróżnienie i dobrze, że Papież o tym wspomniał. Ta zła pamięć to przecież zaprzeczenie podstawowych zasad chrześcijańskich, którymi są współczucie i wybaczenie.

Ciekawe, że niedawno ukazała się książka pod tytulem “Dobra pamięć, zła pamięć”, której autorka też rozróżnia dobrą i złą pamięć i podkreśla negatywny wpływ tej złej na naszą psychikę. Autorka, psycholożka Ewa Woydyłło (wywiad z nią przeprowadził w Tokfm Wiktor Osiatyński) pisze o wpływie tego co pamiętamy na nas. Otóż jej zdaniem, to co zapamiętujemy kształtuje nas w dużym stopniu i ma olbrzymi wpływ na nasze zadowolenie z życia. Można nawet powiedzieć, że jesteśmy tym co pamiętamy. Z reguły nie jest tak, że przydarzaja sie nam tylko złe lub tylko dobre rzeczy. Jezeli jednak zapamiętamy tylko to co bylo złe lub nieprzyjemne, to ma to bardzo negatynwy wpływ na nasz sposób myślenia i nasze szczęście. Czujemy się wtedy bardzo nieszczęśliwi i to poczucie wpływa dalej negatywnie na to co zapamietujemy i jak widzimy nasze życie.

Więc chyba trzeba posłuchać Papieża i lepiej kultywować dobrą pamięć, żyć pogodnie i nie koncentrowac się obsesyjnie na złu. 

poniedziałek, maja 16, 2016

Rewolucja przeciwko fałszywemu wrogowi

Timothy Snyder, znany amerykański historyk, przestrzega Europejczyków, a przede wszystkim Polaków, przed niebezpieczeństwem jakie niesie ze sobą iluzja o narodowej niezależności. Odwrócenie się od Europy i szukanie rozwiązań w ramach nacjonalnych granic doprowadzi nas szybko do sytuacji z lat 30-tych. Prędzej czy później dojdzie wtedy do poważnych konfliktów między państwami kierującymi się swoimi krótkowzrocznymi narodowymi interesami  i na pewno żadne z tych europejskich państw na tym nie skorzysta. Snyder podreśla też, że całkowita suwerenność narodowa to fikcja. Praktycznie zawsze państwa były zależne bardziej lub mniej od poteżniejszych od siebie. Wyjście Polski z Europy nie jest więc drogą do pełnej suwerenności tylko do pełnego uzależnienia się od Rosji. Nie przypadkiem Putin robi wszystko aby osłabić spójność Europy popierając wszelkie nurty sceptyczne wobec Europy. Polityka PIS to dla niego wspaniały prezent. Snyder ubolewa, że nasza wiedza historyczna jest słaba i przez to wielu ludzi idealizuje przeszłość nie wiedząc, jak to było naprawdę - "Europejczycy nie mogą dalej myśleć, że można mieć korzyści z Europy i zachować odrębność narodową. Tak się nie da."

Również w Ameryce nie wszystko toczy się jego zdaniem tak jak powinno. Liberalna demokracja jest i tam mocno zagrożona - "Ameryka do niedawna była demokracją z elementami oligarchii. Dziś jesteśmy oligarchią z elementami demokracji. To nie retoryka, lecz rzeczywistość. Od dekady komuś, kto staje do wyborów, można dać tyle pieniędzy, ile się chce. Już wcześniej było wiadomo, że tylko ludzie bardzo bogaci mogą kandydować w wyborach, ale teraz nie tylko tak jest, ale ludzie wierzą, że tak jest, a to jest różnica jakościowa."

Jednym z tych bardzo bogatych ludzi jest Donald Trump, miliarder który w kampanii prezydenckiej pociąga za sobę tłumy biedaków. Jak to możliwe, że ten człowiek, który reprezetuje klasę społeczną miliarderów bogacących kosztem reszty społeczeństwa, klasę odpowiedzialną za wszelkie problemy amerykańskiej klasy średniej jest idolem tej biedniejącej i zagrożonej w swej pozycji klasy?

Po gospodarczym kryzysie z roku 2008 pojawiło się wiele głosów pokazujących wyraźnie, w jaki sposób banki i globalne korporacje do niego doprowadziły. Chyba wszyscy laureaci Nobla w dziedzinie ekonomii mówili o tym, że szybko rosnąca różnica w przyroście dochodów najbardziej bogatych i klasy średniej jest niebezpieczna dla dobrego funkcjonowania społeczeństw. Branża finansowa, nie produkując absolutnie nic wartościowego dla społeczeństwa wysysa z niego coraz więcej pieniędzy, globalne korporacje i milionerzy płacą w najlepszym przypadku znikome podatki. Ten proces zapoczątkowany w latch 80-siątych przez Regana i przejęty niestety przez większość krajów europejskich doprowadził do niespotykanej kumulacji bogactwa w rękach bardzo nielicznych. W tym samym czasie dochody klasy średniej nie wzrosły w ogóle, a w wielu przypadkach zmalały. Klasa średnio jest mocno zygrożona w swej ekonomicznej pozycji. 

Po kryzysie z roku 2008 wielu komentatorów politycznych i ekonomicznych było zdania, że w związku z tą sytuacją musi dojść do masowych protestów czy nawet wręcz rewolucji. W Ameryce przez jakiś czas młodzi zbuntowani protestowali w ramach ruchu "Occupy Wallstreet", ale protest ten nie rozprzestrzenił się i szybko zanikł. Wśród komentatorów sporo było zdumienia, że ludzie godzą się z tą sytuacją. Zgody na pogorszanie się warunków ekonomicznych na pewno nie ma. Jednak dotkniętych tym problemen jest bardo trudno przekonać, że winni za ich sytuacje są miliarderzy i sektor finansowy. Wszelkie dyskusje o opodatkowaniu miliarderów (muszę tu przypomnieć, że po wojnie w Ameryce wysokie dochody były opodatkowane aż do 90% ! ) i ukróceniu brutalnych praktyk sektora finansowego i wielkich korporacji nie zyskują aprobaty społecznej. Ludzie chyba, nawet jak sami są biedni, akceptują bezkrytycznie prawo innych do absolutnego bogacenia się.

W tej sytuacji, w której klasa średnia widziała wyraźnie swoją pogarszającą się sytuację społeczną i jednocześnie nie chciała zazakceptować jej rzeczywistych przyczyn, to była tylko kwestia czasu, aż pojawią się populiści, którzy wskażą ludziom wrogów zastępczych. Jak zwykle w historii takim wrogiem są inni, obcy, emigranci, którzy rzekomo zabierają nam miejsca pracy i dobrobyt. O tym, że wielki kapitał bardzo chętnie przyjmuje tych emigrantów, bo dzięki nim może szantażować pracowników i płacić im głodowe płace Trump milczy. O tym że wielki kapitał ze swej natury dąży do osiągnięcia zysku za wszelką cenę, nawet za cenę społecznego dobrobytu i spokoju Trump milczy. 

Jest to więc ironią losu, że Donald Trump prowadzi jednych biedaków przeciw innym biedakom będąc sam (wraz z innymi miliarderami) przyczyną ich biedy. To dramat nie tylko naszych czasów, że nadal ludzie tak łatwo dają się oszukiwać i wmiawiać sobie, że ich wrogiem jest ktoś inny niż ten wróg rzeczywisty. 

http://wyborcza.pl/magazyn/1,152470,20071536,timothy-snyder-sami-nie-rozumiecie-co-tracicie-czlowiek-roku.html

poniedziałek, kwietnia 25, 2016

Wspólnota niewierzących

Wczoraj spędziłem kilka godzin w ksiegarni Watersones przy Picadilly. To taka moja londyńska tradycja. To jedna z największych księgarni w Londynie. 5 sporych pięter, rzadko która inna księgarnia jest większa niż to jedno piętro Waterstones, zapełnionych od podłogi aż prawie po sufit książkami to prawdziwy raj dla czytelnika. Pomiędzy regałami z książkami stoją fotele i kanapy, na których można sobie usiąść i przejrzeć wybrane książki. Jak zauważyłem chętnie czytają tu ludzie niezbyt zamożni książki, na kupno których ich pewnie nie stać, ale i ludzie zamożniejsi przeglądają wybrane książki, aby zapewne zdecydować czy one ich naprawdę zainteresują. Sporo tych "źle" ubranych czytało książkę byłego greckeigo ministra finansów Yarisa Varoufakisa "And the weak suffer what they must". Czyżby mieli nadzieję, że ten lewicowy profesor zmieni na lepsze ich biedne życie?

Ja interesuję się głównie książkami popularnonaukowymi. To określenie nie jest zawsze odpowiednie do zawartości książek tak określanych, bo zakupione przeze mnie między innymi książki Erica Schmidta (były szef Googla) "the New Digital Age", czy Petera Thiela (założyciel firmy Paypal) "Zero to One" nie mają bezpośrednio nic wspólnego z nauką. Chyba nawet bardzo szerokie angielskie określenie dla tego gatunku książek "non fiction" czy niemieckie "Sachbuch" lepiej opisuje ich charakter. 

Szperając po długich regałach w dziale Chrześciaństwo zauważyłem tam sporo książek o ateiźmie. Część z nich były to książki o istnieniu lub nieistnieniu Boga, ale kilka miało już w tytule odniesienie do ateizmu. Rozejrzałem się dokładnie po opisach regałów. Był tam budyzm, hinduizm, judaizm, islam i wspomniane chrześciaństwo. Zacząłem się zastanawiać dlaczego nie ma tutaj odrębnego działu poświęconego ateizmowi. Dlaczego ateiści są tylko takim dodatkiem do chrześciaństwa, dodatkiem je negującym?

Ten problem, który zauważyłem na półkach tej londyńskiej biblioteki to problem dużo szerszy. Znacząca  grupa ludzi, przede wszystkim w zachodniej Europie, to niewierzący. Niekiedy jest ich więcej niż tych wierzących. Różne grupy wierzących, czy to katolików, czy protestantów, czy muzułmanów mają swoich przedstawicieli, którzy troszczą się o interesy tej grupy społecznej i zabierają głos w debatach publicznych. Ostatnio na przykład przedstawiciele różnych wyznań w Niemczech wystąpili wspólnie w sprawie uchodźców. To był bardzo ładny sygnał humanizmu ponad podziałami religijnymi. Wśród tej grupy zabrakło mi jednak przedstawicieli niewierzących, bo bez nich ta reprezentacja społeczna jest niepełna. 

Problem leży zapewne w tym, że niewierzący odchodzą od wiary w samotność. To nie jest przejście od jednej wspólnoty do innej. To jest wyjście ze wspólnoty ludzi wyznających daną religię w indywidualizm. Wspólnot ateistycznych brak albo są bardzo słabe. Wielu niewierzących też nie idzie tak daleko, aby się określić jako ateiści. Oni po prostu przestają praktykować, ale ateizm to określenie dla nich zbyt radykalne. I tak oto spora grupa społeczna jest w wielu sprawach pozbawiona swojego społecznego przedstawicielstwa, a ich zdanie nie jest bezpośrednio widoczne w dyskusji publicznej.

czwartek, kwietnia 14, 2016

Zakony Chrystusowe


Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Przyznam, że te zakony Chrystusowe na ulicach polskich miast przerażają mnie nie mniej niż pełni nienawiści do obcych narodowcy. To widomy znak, że poważna część społeczeństwa stała się wyznawcami takiego ludowego i zfanatyzowanego kościoła. Z tymi ludźmi się raczej na pewno nie dogadamy. Oni są zafiksowani na swoją ideę, a ekonomiczny aspekt jest dla nich drugorzędny. Oni mają, jak mówi socjolog Majcherek o którym pisałem niedawno tutaj 
http://przemyslenia.blogspot.co.at/2016/04/walka-o-mity.html ,swój polityczny mit i żadna narracja o korzyściach wynikających na przykład z przynależności do Unii Europejskiej, choćby była najbardziej racjonalna, ludzi tych nie przekona. Oni mają swojego wodza, który ich prowadzi do upragnionego celu, cleu który im wmówił ich prorok, dbając jednocześnie o pełną immunizację zakonów Chrystusa wobec jakielkolwiek innych poglądów. Oni wiedzą co jest złe, a co dobre swoją wirarą i nie potrzebują do tego faktów, dyskusji czy wyjaśnien. Dla nich jedynym spełnieniem jest państwo w pełni podległe kościołowi. 

Jestem przerażony, bo nie widzę tutaj żadnej szansy na jakąkolwiek płaszczyznę porozumienia, wspólnych wartości, czy rozmowy. Wyrwać tych ludzi ze szponów tego katolickiego fanatyzmu może tylko jakaś poważna katastrofa, czy jakieś inne bardzo emocjonalne wydarzenie.

Jestem przerażony, bo wśród tych ludzi jest dużo kobiet, które wychowując dzieci indoktrynują je tymi narodowo-katolickimi mitami. Nadzieja na poprawę jest więc nader nikła. 

Jak do tego doszło, że w centrum Europy w miarę duży europejski naród w 21 wieku, w momencie jednego z najlepszych okresów w swej historii, odwrócił się od przyszłości i ruszył ku średniowieczu? Z pewnością zawdzięczamy to przede wszystkim kościołowi katolickiemu, który dzięki swej propagandowej tubie (Radio Maryja) otumanił spore rzesze katolików. Zawdzięczamy to też państwu, które zamiast wzmacniać w szkole wartości laickie  oddało dzieci w ręce katechetów. No i oczywiście prawica nie próżnowała przez cały ten czas krzewiąc miedzywojenne endeckie poglądy i uprzedzenia. 

Ale też obóz liberalny nie jest bez winy. Oni zamiast postawić jednoznacznie na modernizację i zmianę obyczajów lawirowali między lewą a prawą stroną przymilając się do kościoła. Jak piszą Kazimierz Bem i Jarosław Makowski w tym artykule http://wyborcza.pl/1,75968,19897656,jak-karmilismy-demona.html:

"PO za każdym razem obiecywała program centrowy i umiarkowany: regulację in vitro, ratyfikację Karty Praw Podstawowych, związki partnerskie, likwidację Funduszu Kościelnego. Ale ta sama partia po każdej wygranej dawała sobie wmówić, że Polacy są konserwatywni, więc postępowe obietnice, które dawały jej zwycięstwo, odkładała na półkę. Stosowany przez PiS i Kościół szantaż bycia za mało tradycjonalistyczną formacją popychał ją w ramiona narodowego populizmu, w co wyborcy prawicy i tak nie wierzyli, a co z kolei zniechęcało jej własny elektorat - umiarkowany i liberalny."

Rządy liberalne spełniały wszystkie życzenia hierarchów katolickich, a i tak nic im to nie dało. Kościół nigdy ich nie poparł. Jeszcze raz zacytuję Bema i Makowskiego:

"Nawet gdy obywatele domagali się zaprzestania dotowania z budżetu budowy Świątyni Opatrzności Bożej (pismo "Liberte" zebrało tysiące podpisów pod petycją w tej sprawie), minister Bogdan Zdrojewski zapowiedział, że na świątynię pieniądze muszą się znaleźć. Nawet nie próbował udawać, że chodzi o "Muzeum Myśli Wszelakiej"! Funduszu Kościelnego nie tylko nie zlikwidowano, ale wręcz w roku wyborczym podwojono - ten haracz okazał się za mały, bo Kościół i tak poparł PiS zarówno w wyborach prezydenckich, jak i parlamentarnych."

sobota, kwietnia 09, 2016

Walka o mity

Dlaczego tak dużo ludzi skłania się ostatnio ku narodowo-katolickiej ideologii? Niedawno komentowałem artykuł Grzegorza Sroczyńskiego na ten temat, który jest zdania, że to osobista zła sytuacja ekonomiczna ludzi jest przyczyną tego niezadowolenia z dotychczasowych osiągnięć polskiego państwa w ostatnich 26 latach. Odmiennego zdania jest socjolog Janusz Majcherek. Majcherek twierdzi, że pewne niezadowolonie społeczne i odwrót od liberalnych pozycji można też zauważyć w dużo bogatszych krajach zachodniej europy. Nawet w krajach najbogatszych obserwujemy właśnie pewną tendencję w kierunku nationalistyczno-konserwatywnym i tego trendu nie można tam wytłumaczyć tylko ekonomiczną sytuacją społeczeństwa. 

Moim zdaniem Majcherek nie uwzględnia tutaj dwóch ważnych faktów. Po pierwsze nawet w najbardziej bogatych społeczeństwach zachodnich są ludzie biedni, nawet jeżeli ta bieda jest na relatywnie wysokim poziomie. Bieda nie jest przez ludzi postrzegana w sensie absolutnym, a jedynie relatywnie w stosunku do możliwości które mają inni, a osoba biedna jest ich pozbawiona. Biednym jest ten, kto nie może sobie pozwolić na wiele rzeczy, które dla innych w jego społeczeństwie są dostępne. Biedny Szwajcar jest więc nieporównalnie bogatszy od biednego Bułgara, a pomimo to czuje się biedny. Po drugie niezadowolenie społeczne jest często dużo bardziej związane z brakiem nadziei na realizację poprawy ekonomicznej. Ktoś, komu nie wiedzie się najlepiej ale ma nadzieję, że poprzez ciężką pracę poprawi swoją sytuację materialną i stworzy lepsze możliwości dla swoich dzieci, widzi świat pozytywnie. Jeżeli jednak tej nadziei mu brak jest podatny na wszelakie demagogie. Niepodważalnym faktem jest, że na zachodzie wzrost zarobków i poziomu życia, który przez długi czas po wojnie powiększał rokrocznie klasę średnią, zatrzymał się. Średnie zarobki nie rosną już od długiego czasu, natomiast górne 10% jest coraz bogatsze. Ta sytuacja oczywiście coraz mocniej napędza niezadowolenie społeczne. 

Majcherek jest zdania, że dominującą rolę w budowaniu nastrojów społecznych odgrywają mity polityczne a nie sytuacja ekonomiczna ludzi. Pisze on tak:

“Jest to ewidentnie konfrontacja w sferze mityczno–symbolicznej i dzięki narzuceniu własnej mitologii politycznej PiS tę bitwę na razie wygrywa. Przechwycił władzę w warunkach najniższego od dawna bezrobocia, braku inflacji (a w istocie deflacji) i spadających wskaźników dochodowego rozwarstwienia. ”Desperackie wysiłki celem polepszenia sytuacji ekonomicznej mas“ nie są w stanie odebrać PiS inicjatywy strategicznej, przewagi politycznej i władzy. Skoro jest ona ugruntowana na dominacji w sferze mityczno-symbolicznej, to tylko działania w tej sferze podejmowane mogą tę dominację i przewagę zniwelować.”

Lewica czy liberałowie oddali bez walki historię i na jej gruncie tworzące się mity prawicy. Prawica zagarnęła wszystkie ważne polskie historyczne wydarzenia i kult wybitnych Polaków. Nawet Piłsudzkiego zagarnęli, Pułsudzkiego który był zdeklarowanym wrogiem obozu narodowego. Liberałowie oddali bez walki konstytucję 3 Maja, wyzwolenie Polski przez Legionistów i Solidarność. Liberałowie nie pielegnowali osiągnięć okrągłego stołu, który był sukcesem szeroko uznanym na świecie. Jak pisze Majcherek:

“U podstaw III Rzeczypospolitej leżał jeden z najpiękniejszych i najpotężniejszych mitów, jakie zna europejska kultur: mit Okrągłego Stołu, nawiązujący do legend arturiańskich. Dzięki tym konotacjom jest szeroko w całej Europie znany i dlatego odwołująca się do niego polska transformacja była tak powszechnie szanowana. Pozwolenie na zniszczenie tego mitu przez populistycznych demagogów jest wielką porażką polskich demokratów (którzy niekoniecznie mieli młodą lewicę po swojej stronie). Albo trzeba ten mit ożywić, albo wykreować inny o równie wzniosłej i szlachetnej symbolice.”

PIS wykorzystał tę wolną przestrzeń, zaczął na jej bazie tworzyć zakłamaną historię i pseudo bohaterów, a liberałowie przyglądali się temu biernie. Zabrakło odkłamania historii i dobrej historycznej narracji liberalnej.  Aby zastopować prawicę liberałowie muszą stworzyć liberalny mit polityczny, mit który porwie masy i stworzy opozycję dla prawicowej wersji. Majcherek radzi:

“Zakłamanej i opartej na przekłamaniach mitologicznej narracji o zamachu smoleńskim, ”żołnierzach wyklętych“ czy Polsce wstającej z kolan trzeba przeciwstawić porywający mit odwołujący się do symboliki wolności, tak ponoć przez Polaków umiłowanej, a tak bardzo obecnie zagrożonej. Nawet jeśli młoda polska lewica tego umiłowania wolności nie podziela, a jej zagrożenia nie dostrzega lub je bagatelizuje, nawołując do ”wysiłków celem polepszenia sytuacji ekonomicznej mas".

Ja myślę, że zarówno Sroczyński jak i Majcherek mają na swój sposób rację. Nadzieja na poprawę sytuacji ekonomicznej jest dla ludzi ważna, ale poczucie, że jest się częścią czegoś większego, że jest się potomkami wielkich ludzi z przeszłości, że wspólnie próbujemy zrobić coś wielkiego jest równie ważne. Ludzie tego potrzebują, a z braku laku kupują idee populistów i demagogów. 

Trudno będzie walczyć z tym pokręconym mitem narodowo-katolickim, który wbijają ludziom nieustannie prawicowe media, a przede wszystkim Radio Maryja. Mit ten bazuje na niewiedzy historycznej, zakłamaniu historii (szczytem bezczelności była w tym sensie wypowiedź biskupa Michalika), pseudo-bohaterach i ukrytej nostalgii za PRL i podziwem dla metod tamtego ustroju. Na to wszystko nałożono mit Polaka katolika, rzekomą zdradę okrągłego stołu (przy którym wbrew temu co teraz twierdzą konserwatyści majstrował przede wszystkim kościół i spora grupa dzisiejszych elit narodowo-katolickich) i rzekomej kontroli nad 3 RP przez post-komunistów i SB. Odkęcanie tego fałszywego mitu to zadanie dla herosów.

Liberałowie nie są dobrzy w tworzeniu wspólnoty i mitów. Dobrze wyjaśnia ten problem Jonathan Haidt w książce “Prawy umysł”. Haidt zdefiniował 6 głównych wartości moralnych: troska,  sprawiedliwość, wolność, lojalność, autorytet i świętość. Dla róznych ludzi i różnych grup społecznych pewne wartości są ważniejsze niż inne. I tak dla ludzi o poglądach lewicowo-liberalnych najważniejsze są wolność i sprawiedliwość. Dla liberałów dobro jednostki jest najważniejsze, a grupa powinna stworzyć możliwie najlepsze otoczenie dla jednostek. Dla konserwatystów lojalność, autorytet i świętość są co najmniej tak samo ważne jak te wartości bardziej liberalne. Dla konserwatystów dobro grupy jest ważniejsze od dobra jednostki. Co za tym idzie skupiają się oni dużo bardziej na budowaniu wspólnoty, a cóż spaja lepiej niż wspólny mit. 

W walce o rząd dusz liberałowie muszą więc stworzyć własne wspólnotowe mity. W obliczu śmiertelnego zagrożenie dla świętej dla liberałów demokracji potrafią jednak tworzyć wspólnotę i znaleźć wspólną narrację jak to widać na przykładzie KODu. Trzeba odebrać narodowym-katolikom Konstytucję 3 Maja (przecież oni zawsze byli i są przeciw demokracji i postępowi), wyzwolenie Polski przez lewicowe legiony Piłsudckiego i stworzyć rzetelny obraz okrągłego stołu, który był jednym z największych polskich osiągnięć w historii.

sobota, kwietnia 02, 2016

Fatalny sygnał z Polski do Europy

Wczorajsza decyzja sejmu o nieprzyjęciu tego minimalnego kontyngentu 7000 uchodźców, do którego przyjęcia premier Szydło na ostatnim szczycie europejskiej unii zobowiązała się, to fatalny sygnał. To fatalny sygnał, który też tak zostanie z pewnością debrany w Europie. Ta sejmowa decyzja na życzenie rządu to dwa sygnały wysłane do Europy. Po pierwsze informacja, że Polska reprezentowana przez premier Szydło nie jest wiarygodnym partnerem na którego słowie można polegać. Po drugie to informacja, że Polska nie solidaryzuje się z innymi państwami europejskimi, które borykają się od dłuższego czasu z problemen uchodźców. Polska kieruje się jedynie partykularnymi interesami partii rządzącej i nie chce nawet symbolicznie, bo cóż to znaczy 7 tysięcy wobec milionow uchodźców w Europie, pokazać, że wspomaga inne kraje i bierze udział we wspólnym rozwiązywaniu europejskich problemów. 

Te dwa sygnały będą z pewnością miały dalekosiężne konsekwencje. Polska spadła z pozycji jednego z głównych graczy europejskich na jej dalekie krańce. Ot takie 5 koło u wozu. Nikt w Europie nie będzie traktował premier Szydło poważnie nauczony doświadczeniem, że jej słowo nic nie znaczy. Inną konsekwencją będzie naturalnie brak zainteresowania unii polskimi problemami. Trudno będzie liczyć na pomoc w krytycznych momentach, kiedy wszyscy widzą, że Polska chce tylko z unii brać, ale nic nie daje. Nie może nas więc dziwić, że już pojawiają się w europejskiej prasie artykuły takie jak ten pod tytułem “koniec solidarności”, w którym autorzy podkreślają, że żadne inne państwo nie skorzystało tyle co Polska na Unii, a teraz kraj ten odmawia nawet minimalnej solidarności z innymi. 

Decyzja jest to więc z punktu widzenia polityki europejskiej fatalna. Nie można jej też wytłumaczyć pseudo argumentami, które padły w trakcie sejmowej debaty, że te 7000 uchodżców to poważne zagrożenie terorystyczne dla Polski i również dla polskich wartości katolickich. Tych kilka tysięcy ludzi nie mogą poważnie stanowić zagrożenia dla 40 milionowego kraju. Prawdziwe zagrożenie dla Polski to coraz bezczelniej wychodzący na ulice faszystowscy narodowcy i radykalizujący się obóz narodowo-katolicki, który przekształca Polskę w państwo wyznaniowe i izoluje kraj od zachodu. 

czwartek, marca 31, 2016

Rzeczywiste przyczyny społecznej radykalizacji

Grzegorz Sroczyński dosyć trafnie analizuje przyczyny aktualnej sytuacji społecznej i politycznej w tym artykule. My koncentrujemy się zbyt bardzo na wypowiedziach i zachowaniu radykalnych polityków i w nich widzimy jedyną przyczynę zła, a nie zadajemy sobie pytania dlaczego aż tak dużo ludzi ich popiera. Fenomen ten dotyczy nie tylko Polski ale także wiele innych krajów w tym również USA. Wielu sądzi, że Trump to osozłom, a partia republikańska zupełnie odjechała w opary religijno-konserwatywnego absurdu. Główne pytanie jednak to dlaczego aż tak wielu ludzi tak zdecydowanie popiera tych strajnych polityków, dlaczego Trump czy republikanie mają tak wielu zagorzałych zwolenników? 

Otóż nie tylko dlatego, że są regularnie ogłupiani reakcyjną propagandą w stylu FOX News czy Radio Maryja. Ważnym problemem jest sytuacja ekonomiczna i społeczna tych ludzi. Coraz więcej ludzi jest spychanych w coraz grosze formy zatrudnienia, zarabiają często mniej niż ich rodzice, a państwo w wielu aspektach nie spełnia ich oczekiwań. Jednocześnie bogaci są coraz bardziej zamożni i na dodatek nie płacą podatków. Prezesi firm, które do nich nie należą, wypłacają sobie miliony, a miliony ludzi nie mają szans na pracę na pełnych etacie z rozsądnymi zabezpieczeniami socjalnymi. 

To ta sytuacja pcha ludzi w ręce różnorakich szarlatanów, którzy wykorzystują tę skumulowaną frustrację dla własnych celów, kierując ją przeciwko wrogom rzekomym (uchodźcy, mniejszości, inne narody), a nie tym rzeczywistym (cały sektor finansowy, globalne firmy, które nie płacą podatków, finasowi magnaci, klasa menadżerska). 

Czy te niezadowolone masy są tak fanatyczne, jak przywódcy na których teraz głosują? Chyba nie. Jeszcze osiem lat temu tych niezadowolonych pociągnął za sobą Obama dobrym hasłem “Yes, we can”. Niestety nie poprawił on sytuacji i teraz ludzie zwrócili się do populisty Trumpa. Jednak nie wszyscy. Dobra, czy wręcz z pozycji amerykańskiej polityki wyśmienita, pozycja Sandersa pokazuje, że nawet w USA jest wielu ludzi, którzy dobrze wiedzą, co jest naprawdę problemen i co trzeba zrobić aby stworzyć lepszą przyszłośc. To nadzieja na rozsądne zmiany w przyszłości.  

wtorek, marca 29, 2016

Przyszłość Europy nie musi być nacjonalistyczna

Czuję się indywidualistą. Chcę aby oceniano mnie jako człowieka po tym co robię i jak się zachowuję, a nie poprzez pryzmat uprzedzień do pewnych grup społecznych czy etnicznych. Wiem przecież jak bardzo różni są Polacy między sobą, więc szufladkowanie ludzi innych nacji wedle ich rzekomych cech narodowych jest uproszczeniem całkowicie rozmijającym się z rzeczywistością. Dlatego też sam starałem się oceniać innych po ich czynach. Wszędzie na świecie są przecież ludzie dobrzy i źli. Powinniśmy starać wspierać tych dobrych przeciwko tym złym, aby świat w którym żyjemy stawał się lepszy. Powinniśmy stworzyć taki światowy albo przynajmiej europejski sojusz ludzi dobrych, aby zapobiec katastrofie jaką nam szykują narodowcy. 

Nacjonalizm jest największą przeszkodą dla sojuszu ludzi dobrych. Nacjonalizm izoluje ludzi, zamyka ich w wąskim narzuconym z góry światopoglądzie, wytwarza wrogość do innych. Z tej perspektywy każdy obcy, każda obca nacja prędzej czy później stanie się wrogiem, którego należy zwalczać wszelkimi dostępnymi środkami, także stosując przemoc. Czy naprawdę chcemy znowu takiej nacjonalnej nienawiści, która z konieczności musi zakończyć się wojną? Wojną, w której jak wiemy z historii nie będzie wygranych tylko sami przegrani.

Wszystkim polecam lekturę artykułu Guy Verhofstadta i ten oto cytat o tak zwanej tożsamości nardowej:

"W rzeczywistości istnieje tyle tożsamości, ilu jest członków społeczeństwa. Każdy człowiek jest niepowtarzalny. Przylepiając mu tylko jedną etykietę, wyrządzamy mu krzywdę. Przebija z tego chęć zredukowana człowieka do nic nieznaczącego trybiku w całości zwanej społeczeństwem.

Nie istnieje w rzeczywistym świecie jednowymiarowa tożsamość zbiorowa. Jest to niebezpieczne złudzenie, wynik nieodpartej chęci klasyfikowania świata pod względem religii, kultury, języka czy rasy."

niedziela, marca 06, 2016

Ku przeszłości

Ostatnio dużo się w Polsce mówi o żołnierzach wyklętych. Narodowcy uważają ich za niezłomnych bohaterów, tych żołnierzy podziemia, którzy w 1945 nie złożyli broni i walczyli dalej. Prezydent pochyla się nad ich grobami i wychwala ich zasługi. Kim byli naprawdę ci niedocenieni bojownicy o wolność? Nie mam wystarczającej wiedzy historycznej aby jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zamin jedank postawimy ich na piedestał trzeba dokładnie wyjaśnić wszystkie okoliczności ich działania i ich motywacji do walki.

Dlaczego tak wielu ludzi nagle wychwala tak tych zapomnianych bojowników o wolność? Trudno powiedzieć. Może dlatego, że oni tak dobrze pasują do polskiej mitologii wzniosłych czynów daremnych. Powstania, których nie można wygrać są przecież polską specjalnością i dumą. Mam wrażenie, że w tej polskiej mitologii ważniejsze jest, aby pięknie polec niż wygrać. Żołnierze wyklęci nie mogli wygrać, bo mieli przeciw sobie potężnego przeciwnika, nie mieli poparcia rządu w Londynie i chyba nawet nie mieli poparcia społeczeństwa, które marzyło wtedy tylko o powrocie do normalności i spokoju. Ich walka była więc z punktu skazana na porażkę i ten fakt tak dobrze pasuje do polskiego mitu szlachetnej porażki.

Inni zaczęli odbudować Polskę z gruzów. Polska nie była wolna, ale powstawały polskie uniwersytety, kształciła się Polska inteligencja. Jak to było ważne zobaczyliśmy w 1980, a później w 1989 kiedy to właśnie ci ludzie w rozsądny sposób przejęli władzę. To był najlepszy dowód, jak wiele można zrobić dla Polski bez patosu, bez rozlewu krwi, a poprzez pracę u podstaw i rozsądne kompromisy.

Żołnierze wyklęci pasują bardzo dobrze do narracji obecnego rządu. Wzmacniają oni polski mit wzniosłej porażki, są personifikacją tej postawy walki bez sensu, która narodowo-katolickim kręgom tak bardzo pasuje. Pasuje, bo kręgi te pchają znowu Polskę do walki z punktu przegranej. Oni chcą zmobilizować wszystkich, aby wbrew logice, faktom, Europie i częściowo nawet światu ruszyli do walki o przeszłość. Bo narodowi-katolicy chcą powrotu do przeszłości, do tych dawnych czasów tak przez nich opiewanej wielkiej Polski. Są gotowi dla tej mrzonki poświecić wszystko, niestety również w konsekwencji nawet samą Polskę.

Interes społeczny

Do dobra narodu, którego ofiarą stał się trybunał konstytucyjny, dołączył teraz interes społeczny. Dobro narodu stoi ponad prawem, zdaniem narodowców z PIS na czele. A kto decyduje co jest dobrem narodu? Naród? Nie, oczywiście nie on. Decydują on tym polityczni uzurpatorzy, którzy są rzekomo reprezentantami tegoż narodu. Podobnie jest z interesem społecznym. I on stoi ponad prawem. Prokuratorzy wykonujący polityczne zlecenia ministra Ziobro nie odpowiadają prawnie za swoje czyny jeżeli jest to w interesie społecznym. Również sam minister może upublicznić dowolne informacje ze śledztwa, jeżeli jest to w interesie społecznym. A kto decyduje co jest interesem społecznym? Społeczeństwo? Nie, oczywiście nie one. Decyduje o tym wyłącznie minister Ziobro. Tak więc mamy oczywisty przykład postawienia polityki ponad prawem. Polityk nadaje sobie sam prawo decydowania o tym co jest interesem społecznym, a co nie i ta decyzja nie podlega prawnym regulacjom. To oczywisty dowód na łamanie podstawowych zasad prawnych. Poprzez takie regulacje, i oczywiście tych kilka poprzednich, Polska przestaje być państwem prawa, a co za tym idzie państwem wolnym. Stąd już tylko jeden krok do politycznych sądów. Polecam wywiad z profesorem Zollem na ten temat. 

http://audycje.tokfm.pl/odcinek/Prof-Andrzej-Zoll-o-nowych-uprawnieniach-prokuratora-generalnego-Trybunale-Konstytucyjnym-i-decyzjonizmie-Jaroslawa-Kaczynskiego/34990

sobota, lutego 13, 2016

Polska między wschodem a zachodem

Coraz wyraźniej widać, że spór polityczny w Polsce, czy wręcz dramatyczne rozdarcie na dwie Polski to nowa odsłona znanego z historii dylematu - czy chcemy przyłączać się do zachodnich demokracji, czy bardziej ciągnie nas do wschodnich autokracji. Dążenie do przejmowania zachodnich wartości i sposobu organizacji społeczeństwa zawsze spotykało się z oporem tych, co uważają, że jest to zagrożenie dla polskiej tradycji i tracimy przy tym naszą polskość. Dlaczego jednak jest to takie ważne, abyśmy nie odwrócili się od zachodu? Czy chodzi tu tylko o zachodnie wartości jak wolność i równość, które najlepiej są zrealizowane w liberalnej demokracji? Otóż jest to ważne, gdyż ta forma organizacji społecznej była i nadal jest najbardziej skuteczną ekonomicznie. Liberalne demokracje zapewniają swoim obywatelom wiele swobód ale przede wszystkim dostatnie życie i dobrze zorganizowane państwo. Wolność i równość wszystkich to są piękne wartości z moralnego punktu widzenia oczywiście. Równość gwarantowana przez demokratyczne prawa jednocześnie uruchamia potencjał wszystkich obywateli dużo lepiej niż jakakolwiek inna forma organizacji społeczeństwa. Wolni obywatele mogą sami podejmować decyzje i dążąc do poprawy swojego bytu są przy tym bardzo kreatywni i pracowici. Ludzie podlegli, trzymani w hierarchicznych strukturach są bierni i nauczeni li tylko posłuszeństwa i wykonywania rozkazów. Nie przypadkiem mówi się do dzisiaj “odwalić pańszczyznę”. Dlatego też te zachodnie państwa, które najszybciej zniosły pańszczyznę i zagwarantowały wszystkim obywatelom równe prawa rozwijały się też najszybciej ekonomicznie. Nie przypadkiem to w Anglii, a nie w Rosji doszło do rewolucji przemysłowej.

Dobrze i krótko opisał sytuację w Polsce Kazimierz Kutz tutaj - “Polska jest fascynująca jako praojczyzna głupoty. Na naszych oczach toczy się walka siermiężnego, starego, ponurego i smutnego nacjonalizmu jagiellońskiego z tą małą grupą oświeconych liberałów, inteligentów polskich.”

Ta walka siermiężnego nacjonalizmu z oświeconymi liberałami toczy się nie tylko w Polsce i nie od dziś. To ciągły spór konserwatystów niechętnych zmianom z modernistami. W Polsce władzę przejeli konserwatyści i chcą skierować kraj ku przeszłości. Chcą przywołać ducha Polski Jagiellonów, Polski wielkiej i silnej. Sądzą, że dzisiaj potrzebne nam są wzory z tamtych odległych lat, że odnowa tamtych wartości znowu stworzy wielką Polskę, najlepiej od morza do morza. Dlatego, mówią, trzeba czytać Sienkiewicza, który tak pięknie pisał o tamtych czasach chwalebnych i zwycięskich walk z Turkami, Tatarami czy Kozakami, czasach Polskiej potęgi.

Takie spojrzenie wstecz i nostalgiczna próba przywołania dawnej świetności nie rozwiąże dzisiejszych problemów. To prowadzi tylko do skłócenia nas z sąsiadami, bo wielka Polska może powstać tylko ich kosztem. To prowadzi do izolacjonizmu i zamknięcia się na świat. To nie jest droga do wielkiej Polski tylko to całkowitej marginalizacji Polski.

Spojrzenie wstecz jest jednak ważne. Bo tam leży odpowiedź na pytanie dlaczego ta Polska Jagiellonów, tak wielka i silna, upadła. Co spowodowało, że tak szybko straciła na znaczeniu i sile i nawet przestała istnieć jako suwerenne państwo? Będąc więc dumnym z tej naszej wspaniałej przeszłości trzeba jednocześnie szukać odpowiedzi na te pytania. Wyjaśnienie, że mieliśmy złych sąsiadów jest zbytnim uproszczeniem i zwalnia nas z szukania wewnętrznej przyczyny. To wytłumaczenie wzmacnia tylko nieuzasadnione poczucie bycia ofiarą - wszyscy są przeciwko nam. W tamtych czasach każda monarchia miała złych sąsiadów, a i Polska była zła wobec swoich sąsiadów.

Trzeba więc rzetelnie spojrzeć na sytuację społeczną i ekonomiczną monarchii Jagiellońskiej, bo tam leży rzeczywista przyczyna porażki. Zobaczymy tam nędzę wsi zniewolonej, niewydajną gospodarkę rolną, niedorozwój miast, słabiutki handel i samolubstwo elit szlacheckich. Analizując sytuację dostrzeżemy i w tamtych czasach konflikt między siermiężnymi tradycjonalistami, niechętnymi jakimkolwiek zmianom i grupy postępowych liberałów. Mówimy oczywiście o bardzo wąskiej grupie elity, bo przeważająca większość społeczeństwa nie miała wtedy absolutnie nic do powiedzenia. Ci siermiężni tradycjonaliści w swej większości bronili przede wszystkim swoją uprzywilejowaną pozycję ekonomiczną i społeczną.

Coraz szybsze zmiany technologiczne wymuszają na nas dostosowanie się do nich, czy nam się to podoba czy nie. Kraje, które patrzą w przyszłość, przystosowują się ciągle do tych zmian i mogą trochę też kształtować tę przyszłość. Kraje skierowane w przeszłość zostają w tyle, biednieją i stają się totalnie zależne od innych. Tak jak Polska Jagiellonów w 17 wieku.

Czytajmy więc Sienkiewicza. podziwiajmy wielkość Jagiellońskiej Polski. Jednocześnie jednak przyglądajmy się jej krytycznie pytając, dlaczego to wielkie państwo upadło tak szybko. Czytając tak Sienkiewicza dostrzeżemy, że Polska zamykała się w sobie, zasklepiała, odsuwała innych i skazała się tym postępowaniem na historyczną klęskę. Nie powinniśmy powtórzyć tego błędu.

Jakub Majmurek w tym artykule tak pisze o tamtych czasach: 

Przy pewnym lekturowym wysiłku można bowiem “Trylogię” - trochę wbrew niej samej, a na pewno wbrew jej konserwatywnym interpretacjom - czytać jako opowieść o upadku Polski z powodu odmowy uznania przez hegemoniczną, szlachecką polskość Innego, któremu Rzeczpospolita odmawia przyjęcia do obywatelskiej wspólnoty. W “Ogniem i mieczem” tym Innym są Kozacy. Rzeczpospolita odmawia stania się państwem trzech narodów i traci Ukrainę."

“Trylogia” pod pozorną narracją “ku pokrzepieniu serc” pokazuje Polaków oddzielonych od nowoczesności: od nowoczesnej dyplomacji, form państwowości, rewolucji naukowej. Gdy Anglia przeżywa polityczną rewolucję, gdy w Europie powstaje rachunek różniczkowy, pompa próżniowa i schemat ludzkiego krwiobiegu, my zajęci jesteśmy potyczkami z Tatarami gdzieś na bagnach Prypeci. Trzeba dużej ekwilibrystyki retoryczno-historycznej, by dostrzec w tym powód do dumy.

Kutz uważa, że liberałowie w końcu zwyciężą. I ja jestem tego zdania.

niedziela, lutego 07, 2016

Trzecia droga

Jan Sowa, socjolog i autor książki "Inna Rzeczpospolita jest możliwa",  w artykule zatytułowanym "Kopnęli nam w stolik. Dlaczego lewica nie zyskuje na walce z PiS" (http://wyborcza.pl/magazyn/1,150176,19589864,kopneli-nam-w-stolik-dlaczego-lewica-nie-zyskuje-na-walce-z.html ) proponuje trzecią drogę. Nie tą z konserwatywnym PISem i również nie tą z gospodarczo liberalnym KODem. Wolność i prawo są nam potrzeben jak najbardziej, ale to musi funkcjonować tak, aby biedni, wykluczeni ludzie coś z tego mieli.

 

Droga Jana Sowy to droga socjalna, droga lewicowej solidarności, droga chyba nieco utopijna, gdyż chyba nigdzie w Europie nie zrealizowano jej wtakim zakresie.

 

Sowa wyjaśnia wierność elektoratu PIS sytuacją ekonomiczną-socjalną tych ludzi. ja natomiast uważam, że olbrzymie znaczenie ma tu naracja kościoła, a przede wszystkim radia Maryja. To ten z tamtąd rozprzestrzeniany patos narodowo-katolicki, to wmawianie ludziom, że są ofiarą spisku wrogich sił wewnętrznych i zewnętrznych, to pokazywanie im tych co są rzekomo przyczyną tej rzekomo katastrofalnej sytuacji i mówienie, że ich trzeba usunąć aby było lepiej, to właśnie cementuje elektorat najlepiej. Jest to sfera mitów i wiary, sfera zamknięta na fakty i na rzeczywistość. 

 

Oczywiście gdyby zmiejszyć liczbę niezadowolonych dzięki poprawieniu ich sytuacji ekonomiczno-społecznej, może zmiejszyłaby się trochę ich podatność na tę narację narodowo-katolicką. Chyba jednak nie znikłaby całkowicie. Tu potrzeba innej wizji, wizji która przemówi do ludzi i pokaże im inny, atrakcyjny cel wart wysiłku

niedziela, stycznia 31, 2016

Dobro Polski

Niedawno pisałem tutaj o pojęciu "dobro narodu", twierdząc, że jest one nieprecyzyjne i przez to może być dowolnie interpretowane. Wczoraj potknąłem się w jakimś artykule o zwrot "dobro narodu polskiego". I od razu pomyślałem, dlaczego autor nie napisał "dobro Polski". Czyżby "dobro narodu polskiego" to jest coś innego od "dobra Polski"? Dla mnie te pojęcia są jednoznaczne, ale jak widać nie dla wszystkich. "Dobro Polski" to dobro wszystkich polskich obywateli, to dobro polskiego społeczeństwa. Natomiast powiedzienie "dobro narodu polskiego" zakłada, że naród polski to nie są wszyscy obywatele Polski tylko jakaś bliżej nieokreślona podgrupa. Ktoś, kto uzurpuje sobie prawo do decydowania o narodzie polskim, może w sposób dowolny wykluczyć z niego grupy obywateli, którym z jakiegoś tam powodu odmawia przynależności do narodu polskiego. I to mi się nie podoba.

A tak mówi o pojęciu "dobro narodu" poetka Ewa Lipska:

"Dobro narodu nic nie znaczy i często jest tylko ideologiczną formułką. Dla mnie naród to obywatele. Zawsze ubolewałam nad tym, że nie jesteśmy krajem obywatelskim"


piątek, stycznia 22, 2016

Kto stworzył prawa fizyki?

Często słucham lub czytam wywiady z profesorem Krzysztofem Meissnerem.  Profesor Meissner to fizyk, który naprawdę potrafi wytlumaczyć współczesną fizykę tak, że nawet taki laik jak ja coś z tego rozumie.

Ostatnio profesor w tym wywiadzie (http://wyborcza.pl/duzyformat/1,149727,19410716,prof-krzysztof-meissner-czlowiek-nie-jest-mokrym-komputerem.html?disableRedirects=true) opowiadał sporo o kosmologii i pierwszych ułamkach sekundy (10 do -42 sekundy) istnienia naszego wszechświata i wspomniał przy tym, że jego zdaniem musi istnieć jakaś transcendencja czyli istota wyższa, która to ustanowiła takie a nie inne prawa natury. 

"...gdy myślę o tym, jak to się ma do tego, co uprawiam, czyli do fizyki cząstek elementarnych i bardzo wczesnego wszechświata, to podstawowym dla mnie pytaniem, wręcz kluczowym, jest: dlaczego istnieją prawa fizyki? Dlaczego świat jest poddany prawom?"

Otóż profesor Meissner twierdzi słusznie, że fizyka potrafi dobrze wytłumaczyć jak działają prawa fizyki. Jednak na pytanie dlaczego te prawa są takie, jak je fizycy opisują w swoich teoriach współczesna fizyka nie ma odpowiedzi. I to jest właśnie miejsce na transcendencję  która wprowadza prawa fizyki w całym wszechświecie. Profesor Meissner jest zdania, że prawa fizyki nie mogą być wytworem tego znanego nam wszechświata, one muszą pochodzić z poza tego wszechświata. 

Profesor Meissner mówi: "Ja sobie nie wyobrażam, żeby wszechświat sam z siebie uzasadnił to, że jest tak niebywale zorganizowany. Kurt Gödel, austriacki logik i matematyk, powiedział: "Jeśli chcesz opisywać język, musisz wejść na poziom metajęzyka". Jeżeli więc chcemy zrozumieć świat, jego działanie, ale nie na poziomie, że mamy jakąś przyczynę i jakiś skutek, tylko dlaczego w ogóle tak się dzieje, dlaczego istnieją prawa, to musimy wejść na poziom metaświata."

Ten poziom "metaświata", który nadaje kształt naszemu wszechświatowi, professor Meissner nazywa transcendencją, czyli istotą wyższą. 

Pomysł na transcendencję  która uruchamia wszechświat i nadaje mu kształt i sens nie jest nowy i ma wielu wyznawców.  Wyznawcy trancendencji uważają, że jest ona praprzyczyną, nadaje kszałt i sens naszemu wszechświatowi, decyduje o obowiązujących w nim prawach fizyki. Transdencencja jako byt doskonały sama nie potrzebuje zewnętrznej przyczyny, jednocześnie spełniąjąc tę rolę wobec wszechświata. Wszystko inne potrzebuje jakiś czynnik zewnętrzny tylko transcendecja nie. To złamanie idei przyczynowości, jest poważną wadą tej idei. Nic nie może powstać z niczego, więc jakaś transcendencja (istota wyższa) musiała stworzyć wszechświat wraz z jego prawami. Można jednak w tym przypadku zapytać kto stworzył tę transcendencję?  Bo przecież i do niej należy zastosować zasadę, że nic nie może powstać z niczego. Jeżeli jednak transcendencja nie potrzebuje zewnętrznej przyczyny aby zaistnieć i może sama dla siebie być swym początkiem i przyczyną, to równie dobrze można założyć, że znany nam wszechświat ma też tę zdolność tworzenia się i nadawania sobie pewnego kształtu. Również ta teoria ma wśród fizyków wielu wyznawców, a Lawrence Krauss napisał nawet obszerną książkę "A universe from nothing" na ten temat. 

Osobiście mogę zrozumieć obie te idee. Szukanie transcendencji jak źródła praw fizyki jest nam bardzo bliskie, gdyż założenie, że wszystko musi mieć swoją przyczynę jest jedną z podstaw naszego myślenia.

Profesor Meissner zadziwił mnie jednak wyznając również w tym artykule, że jest katolikiem, po czym właśnie przedstawił swoją koncepcję transcendencji  Ciekaw jestem jak Profesor Meissner łączy tę dosyć abstrakcyjną koncepcję transcendencji z katolickim Bogiem. Dlaczego właśnie katolickim, a nie na przykład islamskim czy hinduskim? Na dodatek katolicki obraz Boga jest dosyć niezgodny z tym, co ta transcendencja według profesora Meissnera stworzyła. A stworzyła ona absolutne prawa fizyki, które obowiązują bez wyjątków w każdym miejscu wszechświata i są całkowicie niezależne od czasu. To znaczy, że w przeszłości wszechświata obowiązywały takie same prawa fizyki jak teraz i zakłada się, że również w przyszłości będą one obowiązywać. W przeciwieństwie do tego absolutnego wymiaru praw fizyki, jaki obserwują fizycy, katolicki Bóg lubi przecież manipulować prawami fizyki. U samych u podstaw tej wiary leżą zdarzenia sprzeczne z naszą wiedzą o prawach fizyki takie jak nieskalane poczęcie czy wniebowstąpienie. Katolicki Bóg lubi też czynić cuda i robi to często na przykład w reakcji na modlitwy ludzi. Zmienia on więc punktowo absolutne działanie praw fizyki. Czy profesor Meissner rzeczywiście sądzi, że transcendencja  która stworzyła te nienaruszalne prawa fizyki słucha modlitw ludzi i ingeruje nieustannie w ten świat? 

 

środa, stycznia 06, 2016

Czy demokracja potrafi się obronić?

Chociaż demokracja to stosunkowo nowa forma państwowości to bardzo wielu ludzi już się do niej przyzwyczaiło i uważa ją za coś bardzo naturalnego. Tak też wielu ludzi podchodzi do wyborów. Myślimy sobie tak: teraz rządzi partia A, z której jestem niezadowolony; dam więc mój głos na partię B; jak się i partia B nie sprawdzi to wybiorę partię C albo znowu A, co za problem. Ano własnie, czy ta możliwość wyboru innej partii jest zawsze tak oczywista? A co będzie, gdy któraś z tych partii nie będzie chciała oddać władzy dobrowolnie? To jest właśnie pytanie, czy demokracja ma mechanizmy broniące ją przed tymi, którzy nie zechcą się podporządkować demokratycznym regułom gry. 

Demokracja, jaką many od jakiegoś czasu na Zachodzie, to zjawisko stosunkowo nowe w historii ludzkości. Oczywiście jej wzorem jest demokracja grecka, czy elementy republikańskiego Rzymu. Demokracja na zachodzie tworzyła się w walce z innymi systemami władzy i dosyć powoli stawała się dominujacym systemem organizacji społeczeństw. Z czasem coraz więcej ludzi dochodziło do wniosku, że ta forma organizacji państwa jest najlepsza dla nich. Demokracja gwarantowała im respektowanie ich wolności, respektowanie prawa (w tym jakże ważne prawo do prywatnej własności) i dawała pewien udział w sprawowaniu władzy coraz większym grupom społecznym.

Ta demokracja nadal nie jest jednak czymś absolutnie oczywistym. Czyha na nią wiele zagrożeń, a największym są mniejsi czy więksi dyktatorzy, którzy raz zdobywszy władzę już jej nigdy nie oddają. Twórcy demokratycznych systemów państwowych, świadomi różnych niebezpieczeństw czychających na demokrację na każdym kroku, starali się wyposażyć ją w różne mechanizmy zabezpieczające. I tak wprowadzono dwie izby parlamentu, niezależnego prezydenta, trójpodział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą i wiele innych reguł podziału władzy. Celem tych mechanizmów jest zapobieganie kumulowaniu władzy w rękach jednej osoby czy ugrupowania. W wielu krajach te mechanizmy sprawdzają sie i demokracja funkcjonuje tam dobrze. Jednak, jak pokazuje historia, nawet te wymyślne mechanizmy nie są w stanie obronić demokracji przed na nią czyhającymi dyktatorami. Demokracja republiki Weimarskej padła już po kilku dniach po tym, jak Hitler otrzymał nominację na kanclerza. Orban rozmontowywał węgierską demokrację wprawdzie nieco dłużej ale w końcu niestety skutecznie, Kaczyński próbuje zrobić to bardzo szybko. Mechanizmy obrony demokracji nie funkcjonują więc wystarczająco dobrze, gdy mamy do czyniena z politykiem, który chce za wszelką cenę przejąć władzę. Widać nie są te mechanizmy wystarczająco silne, aby kogoś kto dojdzie do władzy w wolnych wyborach powstrzymać przed demontażem demokracji,  albo w najlepszym przypadku zminimalizowaniem jej do li tylko fasady. Dyktator, który dojdzie w demokratycznych wyborach do władzy, zyskuje dostęp do bardzo wielu środków przymusu. Podział władzy nic nie daje, jeżeli jedno ugrupowanie przejmie wszystkie instytucje, które w założeniu miały zapobiegać kumulacji władzy w jednych rękach. Jeżeli na przykład sejm i senat wybiera się w tym samych czasie, to dominacja nad oboma izbami jednego ugrupowania jest częsta - teraz rozumiem, dlaczego Amerykanie wymieniają co dwa lata tylko jedną trzecią składu senatu. 

Jak więc bronić demokracji, gdy jej własne mechanizmy nie są wstanie powstrzymać dyktatorów?  Najbardziej skuteczną metodą jest niewybieranie osób czy ugrupowań, co do których można podejrzewać, że nie będą się stosować do demokratycznych reguł gry. Takie niedemokratyczne ugrupowania to wszelkie partie radykalne, partie wykluczające innych, partie uzurpujące sobie prawo do posiadania jednej i jedynej prawdy o świecie. Albo partie rzekomo absolutnej czystości moralnej, które twierdzą, że zrobią porządek z korupcją, upadkiem wartości i tym podobnymi patologiami życia społecznego i potem już będzie tylko dobrze. Jeżeli takie partie dochodzą do władzy to szybciutko wyłączają demokrację. 

Trzeba więc słuchać uważnie przed wyborami co i jak mówią przedstawiciele danej partii. Bo jeżeli zagłosujemy raz nierozsądnie, to mogą to być ostanie wolne wybory.

piątek, stycznia 01, 2016

Czy dobro narodu jest naprawdę ważniejsze niż prawo?

Ostatnio usłyszałem, że dobro narodu stoi ponad prawem. Stefan Chwin, krytyk literacki, uznał nawet, że jest to słowo, czy może raczej pojęcie, roku. Kto jednak decyduje o tym co jest dobre dla nardou? Naród czy może jednak grupa osób uzurpujących sobie prawo do decydowania o tym? Czy jeżeli prawo stoi w sprzeczności z dobrem narodu to można to prawo ignorować i nie stosować się do niego?

Wielu oburzyło się na te słowa, wypowiedzianie przez posła polskiego sejmu, mówiąc, że prawo przecież jest najważniejsze i z tym dobrem narodu to jest tylko demagogia. Czy więc dobro narodu jest naprawdę ważniejsze niż prawo?

Oto moja laicka odpowiedź na to pytanie. Prawo jest bardzo ważnym insturmentem organizacji życia społecznego. Prawo wprowadza reguły i zasady organizujące nasze życie codzienne i bardziej generalnie również funkcjonowanie państwa. Prawo jest więc nam potrzebne, bo pomaga nam żyć i tworzy pewien porządek w życiu społecznym. Nie jest jednak nadrzędne wobec naszych społecznych interesów, a jest raczej narzędziem tych interesów. Społeczeństwa tworzą prawa, aby regulować różne aspekty społecznych interakcji. Jeżeli tak sformułowane prawo odpowiada interesom społeczeństwa i jest dla większości korzystne, to wszyscy są zadowoleni. Jeżeli jednak prawo nie odpowiada potrzebom społecznym, to prawo takie się zmienia. Ważne aby ta zmiana odbywała się w sposób opisany w prawie, bo są też prawne regulacje dla zmiany samego prawa. Aktualnie obowiązujące prawo nie można ogłosić tak po prostu jako nieobowiązujące, tylko należy się do niego stosować tak długo, dopóki nie zastanie ustalone nowe prawo, które zastąpi stare. Nie stosowanie się do tych zasad prowadzi do zupełnego chaosu społecznego. 

Tak więc moim zdaniem można powiedzieć, że interes społeczny jest ponad prawem, bo to on ustanawia prawo. Jednak tylko w tym znaczeniu, że interes społeczny, ustanawia takie prawo, jakie mu najlepiej służy, a czyni to stosując się absolutnie do obowiąyujących reguł prawnych. Postawienie interesu społecznego ponad prawem w sensie ignorowania prawa jest jednak z pewnością złe. 

Czy interes społeczny jest równoznaczny z pojęciem dobra narodowego? Społeczeństwo danego państwa jest dobrze opisane jako suma obywateli tego państwa. Obywatele mogą wyrazić swoją wolę w ramach prawnie przewidzianych procesów wyłaniania władzy czy manifestowania swojej woli w referendum. W przypadku narodu, jeżeli to pojęcie nie jest tożsame z państwem i sumą jego obywateli sprawa nie jest tak łatwa. 
Mówiąc o dobru narodowym należy więc ustalić co to jest naród i kto decyduje co jest dla niego dobre, a co nie. Naród jest pojęciem dosyć abstrakcyjnym i dlatego łatwo nim manipulować wykluczając z niego pewne grupy ludzi. A jak zadecydować o tym co jest dla niego dobre? I kto o tym ma zadecydować? 

Pojęciem dobra narodu szermują z reguły ludzie uzurpujący sobie prawo do decydowania o tym, co jest dobre dla innych. Oni chowają się za tymi słowami ukrywając w ten sposób swoje partykularne interesy. Jedyną rzeczywistą możliwością, aby dowiedzieć się jako jest wola społeczeństwa jest demokracja i absolutne stosowanie się do jej reguł. 

A oto co myśli Stefan Chwin, Pisarz, krytyk literacki, eseista, historyk literatury, o pojęciu "dobra narodowego"

DOBRO NARODU. Jest potężne jak młot. Za jego pomocą można postawić na baczność każdego. Słowo "prawo" wydaje się przy nim blade, wodniste, jałowo abstrakcyjne. "Dobro narodu" ma w sobie krwawą konieczność życia i śmierci. Ginąć dla dobra narodu brzmi sto razy lepiej, niż ginąć w obronie jakiegoś tam prawa. Dzisiaj prawo jest takie, jutro będzie inne. Dlatego są ludzie, którzy uważają, że "Dobro narodu jest ponad prawem".

Ciekawe tylko, że ludzie ci bardzo niechętnie dopowiadają, o jakie to właściwie prawo im chodzi. Z pewnością są wśród nich tacy, którzy uznają istnienie "prawa naturalnego", a nawet "prawa boskiego", warto zatem ich zapytać, czy uważają, że "Dobro narodu jest ponad prawem naturalnym" albo ponad "prawem boskim".

Obok prawa zmiennego, zależnego od okoliczności, istnieje prawo podstawowe. Tym prawem są przyrodzone prawa człowieka. Zwolenników zdania "Dobro narodu jest ponad prawem" warto więc także zapytać, czy uważają, że "Dobro narodu jest ponad prawami człowieka". Jeśli tak uważają, niech powiedzą to otwarcie, wtedy będziemy wiedzieli, z kim mamy do czynienia. Jeśli zaś nie uważają tak, niech powiedzą równie otwarcie: "Dobro narodu nie jest ponad prawami człowieka. Dobro narodu jest równie ważne jak prawa człowieka".

Poza tym ci, którzy lubią używać pojęcia "dobro narodu", by stawiać ludzi na baczność, zwykle chętnie uważają za dobro narodu przede wszystkim to, co jest dobre dla nich samych i ludzi im podobnych. Obojętne, co za "dobro narodu" uważa cała reszta narodu, nawet jeśli ta reszta liczy miliony.

Piłsudski uważał, że "dobrem narodu" polskiego jest postawienie na związek z Niemcami. Dmowski, że postawienie na związek z Rosją. Który z nich zatem naprawdę stał po stronie "dobra narodu"?