Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, marca 28, 2010

Wykłady na wyższej szkole w dolnej Austrii, czyli dlaczego tak rzadko pisuję na blogu

W sumie mam ciekawą pracę. Ciągle coś nowego, sporo wyjazdów, konferencji, spotkań z różnymi ludźmi, interesujących projektów, podejmowanie ważnych decyzji, decydowanie o sporych inwestycjach, kierowanie pracownikami. Ta praca wymaga sporo więcej czasu niż 40 godzin tygodniowo!

Pomimo to zachciało mi się coś nowego i właśnie zacząłem wykładać IT-Compliance na wyższej szkole w dolnej Austrii. Oczywiście jest to dodatkowe zajęcie obok tej podstawowej pracy.


Ostatnie kilka sobót i niedziel przygotowywałem wykłady, zbierałem materiały, szperałem po internecie szukając interesujących informacji i czytałem dziesiątki fachowych książek. No może nie tyle czytałem co przeglądałem je dokładnie.

Pierwsze kilka wykładów (po cztery godziny) mam za już sobą. Nie jest łatwo cztery godziny gadać prawie bez przerwy. I zapewne dla studentów jest jeszcze trudniej słuchać cztery godziny. Na dodatek na temat dosyć abstrakcyjny, mało konkretny i przez to niełatwy do zrozumienia.

Pierwszy dzień był oczywiście całkiem trudny i nie byłem z siebie zbytnio zadowolony. Następne wykłady zacząłem już nieco inaczej. Spokojniej i bardziej interaktywnie. Cały wykład prowadziłem w formie dyskusji wtrącając wiele anegdot z mojego zawodowego doświadczenia. Wykład był więc dużo lepszy niż pierwszy i sadzę, że i studenci byli zadowoleni.

Niestety na bloga zostaje mi coraz mniej czasu. :(

czwartek, lipca 09, 2009

Austria to kraj religijny

Austria jest nadal krajem religijnym. Prawie trzy czwarte ludności twierdzi, że są ludźmi religijnymi. Około 30% określa siebie samych jako niereligijnych, a jedynie 4% jako zdeklarowanych ateistów.

Taki obraz austriackiego społeczeństwa pokazuje najnowsza ankieta europejskich wartości, której wyniki właśnie opublikowano. Dane te są zbliżone do wyników ankiety z roku 2000.

Interesujący jest jednak spory spadek ilości religijnych ludzi na wsi i w małych miasteczkach, rejonów tradycyjnie dużo bardziej religijnych niż duże miasta. Podczas gdy ilość religijnych osób we Wiedniu nie zmieniła się od roku 2000 i wynosi nadal około 50%, to liczba ludności laickiej na wsi wzrosła z 16% do 34%.

Ankieta ukazuje też dwa inne ciekawe trendy. Po pierwsze ludzie odchodzą od "urzędowych" kościołów i szukają "prywatnych" rozwiązań na religijność. Druga tendencja to powrót do religii jako pewnej tożsamości kulturowej, po to aby odgrodzić się w ten sposób od obcych (cudzoziemców) i innych religii, przede wszystkim islamu. Ten trend to z pewnością rezultat bardzo mocnej politycznej polaryzacji wokół islamu.

poniedziałek, czerwca 30, 2008

EURO 2008 - Bilans

Trzy tygodnie emocji, smutku (no bo nasi dużo za szybko odpadli) i radości (hura Niemcy nie wygrali). za nami. Wiedeń otrząsa się powoli po tych wielkich emocjach. To dobry moment na krótkie podsumowanie.

Tutaj w Austrii chyba praktycznie wszyscy są zdania, że była to bardzo udana impreza. Pod każdym względem. Stadiony były wypełnione po brzegi. Przez Fanzone w samym Wiedniu przewinęło się przeszło milion ludzi! Z dodatkowych pociągów i lotów skorzystały dziesiątki tysięcy kibiców, którzy bez kłopotów docierali do stadionu i fanzone. Sprzedano ileś tam milionów hektolitrów piwa, co oprócz piwoszy ucieszyło też gastronomów.


Najważniejsze jednak, że żadna katastroficznych przepowiedni nie sprawdziła się. Miastem nie zawładnęli chuligani, obyło się bez bójek i rozrób. Nie demolowano sklepów, aut i lokali czego niektórzy tutaj bardzo obawiali się.
Nie było specjalnych korków ulicznych, a komunikacja miejska (przede wszystkim metro i krótko przed rozpoczęciem Euro 2008 przedłużona do stadionu linia metra U2) wytrzymała nawał dziesiątków tysięcy turystów.

Wszystko działało nad wyraz dobrze (no może oprócz tej awarii prądu w trakcie meczu Niemcy Turcja, ale za to winna jest wyłącznie UEFA) i sprawnie pomimo tych olbrzymich tłumów gromadzących się wszędzie i przewalających się przez wiedeńskie ulice.

Euro2008 poderwało również tych trochę konserwatywnych Austriaków. Oni liczyli bardzo na awans do ćwierćfinału. Więcej nie chcieli. Szybko jednak zapomnieli o rozczarowaniu i kibicowali gorliwie pozostałym drużynom. Nikomu nie przeszkadzał hałas na ulicach i te kolorowe, pomalowane tłumy. Wręcz przeciwnie. Wszyscy są zachwyceni tą imprezą.


Również i mnie emocje Euro 2008 nie ominęły. A muszę tu dodać, że piłka normalnie mnie w ogóle, ale to absolutnie nie interesuje. Polski mecz obejrzałem w Fanzone, ćwierćfinał Włochy Hiszpania przeżyłem nawet na stadionie (dzięki sponsorowi takiemu jednemu, który też zadbał o jadło i trunki w tak zwanej strefie Corporate Village), a na finał też wybrałem się do Fanzone. Na początku byłem trochę zdziwiony, że aż tak dużo Hiszpanów przybyło do Wiednia, ale po chwili zorientowałem się, że to tylko Austriacy w hiszpańskich barwach dopingujący ten południowy zespół. No i nasz wspólny doping jak widać pomógł. ;)


Po meczu ulicami Wiednia ruszył wielki pochód. Przodem szły bębny niemieckie, za nimi skaczący z radości Hiszpanie, a trochę z tyłu Niemcy. W tej totalnej mieszaninie dojrzałem również sporo Austriaków, ale też kilku Włochów i Szwedów. Wymieszali się ci kibicie totalnie. Szli sobie tak razem, ramię w ramię, zwycięzcy z przegranymi, skandując swoje przyśpiewki. To był dla mnie symboliczny widok i znowu nabrałem nadziei, że może jednego dnia odłożymy na bok te nasze nacjonalistyczne drobne interesy i te stare waśnie i pójdziemy razem. Jak przystało na europejczyków!

wtorek, czerwca 17, 2008

Wiedeński cud

Od meczu z Polską w poprzedni czwartek cała Austria oczekiwała na cud wiedeński. Naród modlił się do kogo kto potrafi, zaklinał wszelakie świętości, oczekiwał powtórki zdarzenia z bardzo dalekiej przeszłości (wygrana w Cordobie przed 30 laty), przywoływał duchy dobre i takie sobie na pomoc i gotów był oddać swą duszę prosząc o tylko jedno - musimy w poniedziałek wygrać z Niemcami!

Cudu niestety nie było i życie tutaj powolutku wraca do normy.
I pewnie dobrze, że ten cud nie wydarzył się, bo wtedy ci biedni Austriacy kompletnie straciliby poczucie realizmu. Oni i tak po nawet drobnych sukcesach przeceniają skrajnie swoje możliwości i sądzą, ż
e są już absolutnie najlepsi na świecie.

Przecież już nawet remis z Polską wywołał u nich skrajne poczucie własnej siły i totalną euforię. Z reguły krótko potem przegrywają i popadają wtedy w skrajny pesymizm, a samokrytyce nie ma końca. Na szczęście jest w tym wszystkim pewna doza humoru i dystansu do samych siebie, o czym świadczy to zdjęcie obok. ;)))

Wygrana z w tym roku bardzo słabymi Niemcami mogłaby więc poważnie zaszkodzić psychicznemu zdrowiu tego narodu. A tak nie ma cudu i nie ma problemu. ;)

niedziela, czerwca 15, 2008

Austria mistrzem Europy!

Tak, to nie żart! Ten kraj zasłużył naprawdę na ten tytuł. No bo czyż jest w Europie druga taka nacja, która remis w ostatniej sekundzie po raczej kiepskim meczu ze słabą Polska świętuje tak jak inni prawdziwe turniejowe wygrane? Na pewno nie. ;)

Po meczu z Polską do późnej nocy trwała tu powszechna radość, słychać było chóralne śpiewy, a po mieście przeszedł pochód zwycięstwa. Bo dla nich ten remis z Polską to olbrzymi sukces.


Mecz ten oglądałem w "Fanzone" wraz z 70.000 zwolenników piłki, w tym ze 30.000 z Polski. Muszę przyznać, że ten tłum, ta zbiorowa radość czy smutek, te zaśpiewanki, przekrzykiwania, to jest szczególne przeżycie. Całkiem inaczej ogląda się tu taki mecz niż przed telewizorem. Moim zdaniem dużo intensywniej i nawet taki agnostyk piłkarski jak ja miał solidne wypieki od emocji na twarzy. Bo tu w "Fanzone" nie jakość piłkarskiego spektaklu są najważniejsze, a publiczne wykrzyczenie się i grupowe przeżycie.


Pomimo bliskości polskich i austriackich kibiców (stali przed ekranami wymieszani w malutkich grupkach) impreza odbyła się bardzo spokojnie. Dopiero pod sam koniec meczu nagle w powietrzu pojawiły się kubki z piwem, a po chwili już dwie zwarte i gotowe do boju grupy stały naprzeciwko siebie. Zanim jednak doszło do poważnej bójki do akcji wkroczyła policja, a na dodatek Austriacy strzelili nam tę nieszczęsną bramkę w ostatniej chwili. To rozładowało agresywny nastrój. Polacy popadli w apatię, a Austriacy przystąpili do świętowania swego prawdopodobnie największego triumfu na tych mistrzostwach.


Pozytywną cechą tego narodu jest pewna zdolność do śmiania się z siebie samego. Następnego dnia sami spostrzegli, że ten ich wielki sukces jednak nie taki znowu wielgachny był i ta euforia nie bardzo tu pasuje.


Nadal jednak wielu Austriaków oczekuje w poniedziałek cudu - wygranej z Niemcami. Raz im się to udało przed 30 laty w Cordobie i tym żyje teraz ten kraj.
A ponieważ Niemców tutaj bardzo nie lubią to emocje znowu będą wielkie.

wtorek, grudnia 11, 2007

Piefke - czyli czemu Austriacy nie lubią Niemców

Piefke, tak nieco pogardliwie nazywają Austriacy Niemców - przede wszystkim tych z północy. Samo słowo "Piefke" - podobno pochodzi od naszego polskiego "piwko" - wcale nie jest obraźliwe. To nazwisko pruskiego kapelmistrza, który po wygranej "niemieckiej wojnie" w 1866 dyrygował marszem zwycięstwa Prusów nad Austriakami na polach Marchfeld (tu właśnie mieszkam) w pobliżu Wiednia. Ponoć Austriacy szeptali wtedy po kątach "Piefke nadchodzą!" na widok 50.000 maszerujących Prusaków. I tak oto Kapelmistrz Piefke stał się synonimem tępego i posłusznego ponad granice rozsądku, ale niestety zwycięskiego prusaka.

Z biegiem czasu określenie to zaczęto używać dla bardzo pogardzanych we Wiedniu, a i w praktycznie całej Austrii, niemieckich zachowań. Niemcy, wedle Austriaków są aroganccy, wywyższają się bezpodstawnie i traktują innych (tu przede wszystkim Austriaków) jako coś gorszego. Zdaje się, że właśnie w tamtym okresie, kiedy Prusy zaczynały dominować nad niemiecko-języcznymi krajami, w tym również cesarstwem austriackim - był to dla tej monarchii i jej wiernych poddanych straszny cios i upokorzenie. Bardzo typowa reakcja w takiej sytuacji - jeżeli wroga nie mogę pokonać, to przynajmniej trzeba go ośmieszyć. To poprawia nastrój i dowartościowuje. I tu nic nie zmieniło się do dnia dzisiejszego.

Stosunek Austriaków do Niemców to taka mieszanina podziwu i nienawiści. Austriacy podziwiają bez wątpienia Niemców za wiele ich osiągnięć. Próbują ich naśladować, starają się za wszelką cenę ich przewyższyć. Niemcy jednak lekceważą Austriaków i nie biorą ich poważnie. I za to przede wszystkim są nienawidzeni, no i stad to pogardliwe określenie "Piefke".

Najlepszy tego przykład to aktualna dyskusja na temat Euro 2008. Najwyższym celem Austriaków jest wygrać z Niemcami. Raz im się to udało - przed 30 laty w Cordobie. Do dzisiaj wszyscy o tym pamiętają i czekają na nową "Cordobę". Niemiecka prasa natomiast pełna jest bardzo szyderczych komentarzy. Piszą oni, że Austria wcale nie powinna grać w mistrzostwach bo jest za słaba, że austriackie stadiony są za małe, i tak dalej. To działa tutaj jak płachta na byka. Cóż więc dziwnego, że za plecami niemieckich turystów - bo w twarz raczej nie można, za dużo pieniędzy zostawiają oni tutaj - ciągle słyszy się to pogardliwe "hm Piefke".

(Post na zamówienie Radka)

poniedziałek, września 03, 2007

Forum Alpbach - współczesna "czarodziejska góra"

Od 1945 roku alpejska wioska Alpbach zamienia się pod koniec sierpnia w wieś "myślicieli". Przybywają tu politycy, naukowcy i ekonomiści z całej europy i nie tylko aby szukać wspólnie rozwiązań dla naszej wspólnej europejskiej przyszłości.

Taki też cel przyświecał Otto Moldenowi, gdy w roku 1945 założył on European Forum Alpbach - wtedy jeszcze pod nazwą "Internationale Hochschulwochen“. Jego celem było stworzenie platformy dla odnowy intelektualnego życia w europie. Celem forum była od początku polityczna jedność europy i wymiana doświadczeń pomiędzy nauką a praktyką, pomiędzy ekonomią a polityką.

Alpbach od lat już ponad 60 staje się na trzy tygodnie centrum intelektualnym Europy. Jest to też takie trochę nieformalne miejsce spotkań dla czołowych przedstawicieli polityki, gospodarki, nauki i sztuki. Te trzy letnie tygodnie wypełnione są dużą ilością seminariów i rozmów, które uzupełnia bogaty program wydarzeń kulturalnych.

Tego roku jednym z głównych tematów na Forum było "pełne zatrudnienie". Pytanie na które uczestnicy forum próbowali znaleźć odpowiedź brzmiało "czy pełne zatrudnienie prze dłuższy czas jest możliwe, a jeśli tak to co trzeba zrobić aby je osiągnąć?".

Ciekawe jest, że pełne zatrudnienie dla ekonomistów i polityków wcale nie oznacza naprawdę zatrudnienia wszystkich ludzi szukających pracy. Otóż mówią oni o pełnym zatrudnieniu, gdy bezrobocie spada poniżej 4%. Aktualnie pełne zatrudnienie jest (podobno) realne w krajach anglosaskich i kilku małych krajach, między innymi w Austrii. Austriaccy politycy twierdzili, że pięć z dziewięciu austriackich landów już osiągnęło pełne zatrudnienie, a pozostałe są już blisko.

Wielu ekonomistów (a wśród nich Horst Siebert i Edmund Phelps) występujących na forum zgodnych było co do tego, że socjalne gwarancje prowadzą do obniżenia wzrostu gospodarczego. Szybszy wzrost realnych płac niż produktywność oznacza wzrost bezrobocia.

Tematem o którym aktualnie w Europie dużo mówi się jest minimalna płaca. Według ekonomów jednak nie jest to dobre rozwiązanie, bo minimalna płaca wręcz zabija miejsca pracy.

Z drugiej strony innowacja wpływa bardzo pozytywnie na wzrost gospodarczy i co za tym idzie wzrost zatrudnienia. Zdaniem Edmunda Phelpsa, amerykańskiego laureata nagrody Nobla, Europie niestety tej właśnie siły innowacji bardzo brakuje. Państwowe zarządzanie pracami badawczymi daje tylko nikłe impulsy gospodarcze. Nauka i prace badawcze muszą dużo mocniej współpracować z przemysłem.

Politycy i spece od gospodarki mówili dużo o Flexicurity. To nowe czarodziejskie słowo to połączenie elastyczności z bezpieczeństwem socjalnym. Przedsiębiorcy oczekują elastyczności w formie braku ochrony przed zwolnieniami i braku minimalnej płacy. Z drugiej strony ludzie którzy utracą pracę muszą otrzymać możliwe największe wsparcie. Od roku 2006 flexicurity jest częścią europejskiego modelu socjalnego. Ale tak naprawdę jak to ma działać to ja jeszcze nie rozumiem?

piątek, sierpnia 31, 2007

Mattsee - bardzo spokojne miasteczko niedaleko Salzburga

Ostatnie dwa dni spędziłem służbowo Mattsee. Zebrali się tam sprzedawcy mojej firmy aby omówić strategię na przyszły rok. Ja natomiast wymądrzałem się przez chwilę bardzo długą o Euro-SOX i bezpieczeństwie IT. Przeszło 40 slajdów zaprezentowałem, cud że ludzie nie zasnęli przy tym.

Ale nie o tym chciałem mówić tylko o samym wyjeździe no i o Mattsee. Ogólnie bardzo lubię te różne krótkie wypady w nowe mi jeszcze nieznane miejsca, nawet jak są to wyjazdy służbowe. To jest zawsze pewna szansa wyskoczenia z tego codziennego i dosyć szalonego rytmu i nieco innego spojrzenia na życie. Jeździmy zwykle do bardzo atrakcyjnych miejscowości i mieszkamy w dobrych hotelach, więc jest naprawdę fajnie. Za każdym razem jestem zauroczony okolicą i obiecuje sobie, że wnet przyjadę tu prywatnie. Nigdy jednak, jak dotychczas, tych planów nie zrealizowałem. Sam nie wiem dlaczego.

A teraz już o samym Mattsee. Otóż Mattsee to taka całkiem malutka miejscowość nad niedużym jeziorem o tej samej nazwie, a tuż obok jest i drugie jeziorko. Mattsee otoczone jest uroczymi pagórkami, wokół jest dużo lasów i wspaniale zielonych łąk. Mattsee położone jest bardzo korzystnie jakieś 20 km od nad toż przeładowanego turystami Salzburga. Miasteczko to jest więc łatwo osiągalne zarówno z Wiednia jak i z Monachium.

Mattsee to miasto dla turystów, które żyje dla nich i z nich czerpie swe bogactwo. Gdzie nie spojrzysz zadbane, wychuchane domki z pięknymi fasadami, ozdóbkami, różnymi drewnianymi przybudówkami i balkonikami z których zwisają olbrzymimi przeszło metrowymi kiściami wspaniale kolorowe pelargonie i bratki. Drewniane elementy dodają tym domom swoistego uroku, no a szczególnie atrakcyjne są te bardzo stare, prawie całkiem drewniane. Jak już mówiłem wszystko tutaj czyściutkie i wysprzątane. Ogródki pełne kwiatów i krzewów, jeden ładniejszy od drugiego. Pola dobrze zorganizowane jak z obrazka, a na wspaniale zielonych (tutaj dosyć często i rzęsiście pada) łąkach pasą się błyszczące czystością brązowo-kremowe krowy.

Nocowaliśmy w hotelu zamkowym (Schlosshotel). Już dla samego tego hotelu warto tutaj przyjechać. Pełno w nim starych dupereli, stare drewniane szafy, krzesła i fotele. Wszystko jednak czyściuteńkie, zadbane. Hotel pełen zakamarków i przeszklonych werand sprawia nieco tajemnicze wrażenie. Pokoje duże, dobrze wyposażone i bardzo przytulne, tak jak i cały ten stary hotel.

Mattsee to czysty spokój. Nie dzieje się tu praktycznie nic. Można poszwędać się po miasteczku (ale to nie trwa długo, bo dziura to straszna) czy okolicy, popływać w jeziorku wpław albo jakąś tam łódeczką i wypić kawę czy piwo w jednej z wielu tutejszych kawiarni czy restauracji. To urokliwe, zadbane i delikatnie mówiąc lekko śpiące miasteczko, jak i ta łagodna, ale wcale nie nudna okolica, działa bardzo uspokajająco. Łatwo tu wyciszyć się kilka dni, bo dłużej tego chyba nikt nie wytrzyma. No może jedynie ci emeryci, których tutaj pełno jest. Jeżeli więc masz stargane nerwy, wszystko cię irytuje, na nic nie masz siły to Mattsee jest idealne. Po kilku dniach pobytu tutaj wracasz jak nowo narodzony to codzienności. Ja niestety musiałem to już zrobić po kilku godzinach ;-(

czwartek, sierpnia 30, 2007

Kanibalizm w Austrii

Okropny przypadek kanibalizmu wydarzył się przed dwoma dniami we Wiedniu. Psychicznie chory dziewiętnastolatek zamordował bestialsko w mieszkaniu dla bezdomnych swego współmieszkańca, rozkroił go i wyjął mu narządy wewnętrzne. Zachodzi podejrzenie, że część z nich następnie skonsumował i to chyba na surowo. Dlaczego to zrobił nie dowiemy się zapewne nigdy. Sprawca już od dzieciństwa przebywał w różnych zakładach psychiatrycznych, miał zawsze skłonności do zachowań agresywnych, a kontakt z nim był od tego czasu bardzo ograniczony.

Na marginesie tego wydarzenia zauważyłem jawny przypadek prasowej manipulacji. Praktycznie we wszystkich gazetach austriackich artykuły na ten temat ukazały sie na pierwszej stronie. W większości rzeczowe doniesienia o tym strasznym wydarzeniu opatrzone wielkimi tytułami jak na przykład "Przypadek kanibalizmu w Austrii".

Jedna z brukowych gazet opatrzyła artykuł na ten temat bardzo agresywnym tytułem "Niemiecki kanibal zamordował i zjadł spokojnego Austriaka". Czyż to nie czysty przykład manipulowania nastrojami nie lubiących Niemców austriackich czytelników?

Nie można też zarzucić gazecie, że pisze nieprawdę. Sprawca jest rzeczywiście Niemcem z pochodzenia. Jednak fakt ten nie ma w tym przypadku absolutnie żadnego znaczenia. Tytuł tego artykułu zdaje się jednak sugerować jakiś związek między pochodzeniem sprawcy a jego kanibalistycznym czynem. Jaki cel ma w tym ta gazeta nie wiem. Może oni sądzą, że ta dodatkowa gra na emocjach podniesie im dodatkowo nakład?


piątek, czerwca 01, 2007

Poranek w wiedeńskiej kawiarni

Wczoraj raniutko spędziłem przeszło godzinkę w kawiarence. Takiej tradycyjnej, wiedeńskiej kawiarni (Kaffehaus) jak z obrazka jakiego starego. Te kawiarnie to kawał tradycji. Tutaj jeszcze przed stu laty koncentrowało się życie kulturalne i intelektualne tego miasta. Było to ulubione miejsce spotkań dla wszystkich. W nich również powstało niejedno dzieło literackie czy naukowe. Nieco ciekawych informacji na ten temat można znaleźć tutaj i tu. Oczywiście jeszcze więcej w źródłach niemieckojęzycznych.


Jeszcze do dzisiaj można w wiedeńskich kawiarniach zastać wielu austriackich prominentów, szczególnie tych z kręgu kultury. Również szefowie firm omawiają chętnie swe interesy w zaciszu lekko odseparowanego stolika z wygodną do siedzenia kanapką. Ale również wysocy rangą politycy nie stronią od nich.


Kawiarnie te otaczają swych gości taką szczególną atmosferę przytulności w swych wysokich pomieszczeniach ze zczerniałym od dymu sufitem, olbrzymimi kryształowymi żyrandolami, pokrytymi pluszem, wygodnymi siedzeniami, krzesłami od Thoneta i obowiązkowymi stolikami z marmuru. Są tam wygodne siedzenia, podają naprawdę dobrą i a przede wszystkim mocną kawę i zawsze jest aktualna prasa. A i ciastka są warte kilku dodatkowych punktów BMI. Kawiarnie wiedeńskie nie są hałaśliwe, ale też nie całkiem ciche. Takie w sam raz. Człowiek po prostu dobrze się w nich czuje.


Niestety te wiedeńskie kawiarnie powoli wymierają. Wypiera je Starbucks i jakieś podrzędne włoskie sieci. Te które pozostały oblężone są przez turystów i brak im przez to tego szczególnego nastroju. Są jednak ciągle jeszcze takie perełki tradycji w których czas zdaje się stać w miejscu. Nieco oddalone od szlaków turystycznych przyciągają jak magnes swą tradycyjną klientelę.


W jednej z takich oto kawiarni spędziłem dzisiejszy poranek. Zamówiłem dużą kawę z mlekiem zwaną tutaj "grosser Brauner" i sernik wiedeński, który tu robią nieco inaczej niż w Polsce. Przez moment gapiłem się wokół, przysłuchiwałem rozmowom z pobliskich stolików i przyglądałem innym gościom. W kawiarni było w miarę spokojnie, pomimo zwykłego porannego ruchu.


Po dobrej chwili tej twórczej kontemplacji wytarmosiłem notebooka z teczki i zająłem się nieco pracą. O dziwo, pomimo tych najróżniejszych dźwięków do mnie docierających i obcego otoczenia, pracowałem bardzo efektywnie, rozsądnie skupiony. Te kawiarniane rozmowy i różne dźwięki docierały do mnie jakby mocno stłumione w taki raczej przyjemny, nie zakłócający sposób. Rejestrowałem je po prostu ale bynajmniej nie wytrącało mnie to z mego skupienia i nie odwracało mej uwagi od pracy. Od czasu do czasu rozglądałem się wokół nie przestając rozmyślać nad moim tematem. A w mej głowie kiełkowała powoli myśl, że taki styl pracy naprawdę odpowiada mi.


Nawet nie zauważyłem kiedy minęła godzinka. W pośpiechu spakowałem notebooka, zapłaciłem i z żalem opuściłem kawiarnię. Czas aby wracać z powrotem do tego naszego pędzącego świata.


czwartek, maja 24, 2007

Putin we Wiedniu

Rosyjski prezydent zaszczycił swą obecnością stolicę walca. W trakcie tej krótkiej bo jednodniowej wizyty Putin spotkał się z wieloma znaczącymi politykami austriackimi, złożył kwiaty pod pomnikiem żołnierza radzieckiego i odwiedził kapiący złotem rosyjski kościół prawosławny.

Głównym celem tej wizyty było podpisanie umów gospodarczych w wysokości 3 miliardów euro. Rosjanie lokują coraz więcej kapitału w zachodniej europie.

Temat nieprzestrzegania praw obywatelskich w Rosji nie ominął Putina i tutaj. Rozmawiali o tym z nim austriaccy politycy - przynajmniej tak twierdzili. Na konferencji prasowej Putin ostro odparł zarzuty dziennikarzy. Przytoczył on raporty Amnesty International, wedle których w Austrii zdarzają się przypadki złego traktowania murzynów przez policję. Tak więc w każdym państwie, a nie tylko w Rosji, zdarzają się przypadki nieprzestrzegania praw człowieka. Austriacy lepiej niech się zajmą swoim podwórkiem i nie wtrącają w rosyjskie sprawy. Rzekł car Putin. A w jego głosie była wyraźna nutka irytacji i lekko wyczuwalna groźba.