niedziela, listopada 08, 2015

Dokąd zmierza religia chrześcijańska

Stanisław Obirek to były jezuita. Wystąpił z zakonu w 2005 roku, po 30 latach przynależności do niego. Od tego czasu wypowiada się on krytycznie na temat stanu polskiego katolicyzmu. Książka Obirka "Polak Katolik?" to jeszcze jeden głos krytyki polskiego kościoła katolickiego, głos obudowany mocno z jednej strony osobistą refleksją autora, a z drugiej krytyczną analizą stanu katolicyzmu, która pojawia się u wielu zachodnich teologów.

Kim jest Obirek dzisiaj? Czy jest jeszcze wierzącym, czy może jest ateistą? On sam określa się jako katolik kulturowy. Swoje credo wyraża tak - "nie dać się ograniczyć przez to, co największe, zmieścić się jednak w tym co najmniejsze - to rzecz boska. ... dostosowuję się do zmiennych okoliczności i reaguję na równie zmienne bodźce. Gdzie zatem w tym jest miejsce na wierność absolutnej i niezmiennej prawdzie? - mógłby ktoś spytać. Otóż szkopuł w tym, że w istnienie takiej absolutnej i niezmiennej prawdy nie wierzę. Jedynym kryterium poszukiwania prawdy jest dla mnie twarz drugiego człowieka". Obirek jest w każdym razie zdecydowanym przeciwnikiem upolityczniania kościoła katolickiego i jego hierarchicznej organizacji. Taki polityczny kościół, próbujący narzucić swoją ideologię oddala się od swoich religijnych źródeł. Odrzucenie mitu Chrystusowego i wiary w niego jako jedyną drogę do zbawienia jest podstawą do odrodzenia katolicyzmu. Wiele tego co uważa się za religijność jest jedynie pewnym rytuałem społecznym, bardzo dalekim od jądra religijności. Obirek przytacza wiele przykładów takiego odejścia od religijnej czy biblijnej treści, jak na przykład usunięcie z "Ojcze nasz" elementu przebaczenia nam przez innych naszych czynów - nasze zbawienie wedle Ewangelii jest bez tego przebaczenia niemożliwe. Współczesne "Ojcze nasz" kładzie nacisk na przebaczenie przez Boga, a Ewangelia mówi, że przebaczenie przez tych którym wyrządziliśmy krzywdę jest absolutnie konieczne dla nas. To nie Bóg nam przebacza ale inni ludzie, więc kontakt i dobre stosunki z nimi są dla zbawienia decydujące. Taka interpretacja zmienia radykalnie perspektywę, podkreśla rolę stosunków społecznych i eliminuje rolę zinstytucjonalizowanego kościoła jako pośrednika między ludźmi a Bogiem. Pytanie na ile dzisiejszy kościół katolicki, a w szczególności polski kościół, jest zgodny z duchem Ewangelii jest jednym z głównych wątków tej książki. Centralnym dla Obirka jest pytanie o to, co w teologii jest religią, a co kulturą i zwyczajnym człowieczeństwem. Ta analiza prowadzi Obirka do wniosku, że "można się więc zasadnie zastanawiać, w jakim sensie główne nurty chrześcijaństwa są w ogóle religią Jezusa".

Obirek to człowiek dialogu. Jedynie w dialogu różnych idei i religii, we wspólnym szukaniu prawdy bez bezwględnego narzucania innym swojego zdania może dojść jego zdaniem do odnowy kościoła. Trzeba więc być otwartym na innych, na ich sposób widzenia świata i respektować ich inność.

Taka dyskusja może pomóc nam zrozumieć świat i zbliżyć sie do prawdy, a może nawet do Boga. Obirek jest otwarty nawet na ateistów i z zaciekawieniem słucha jak oni postrzegają świat i krytykują religię. Cytuje on wypowiedź Richarda Dawkinsa, o tym, że ateizm to naturalny dalszy rozwój religii. Po tym jak z wielobóstwa powstało jednobóstwo teraz nadszedł czas na świat bez Boga. Obirek jest otwarty nawet na tak radykalne idee. Pisze on o możliwości odnalezienia Boga wśród ludzi bez odnoszenia się do kultu jednego Boga. W każdym przypadku zbawienie jest jego zdaniem możliwe bez instytucjonalengo kościoła. Obecna hierarchia kościelna nie tylko nie pomaga ludziom dotrzeć do prawdy, ale wręcz to utrudnia, narzucając wszystkim swój doktrynalny sposób widzenia.

Tendencje szukania prawdy poza obowiązującą doktryną katolicką, otwarcie na nowe i inne idee i poglądy pojawiają się coraz częściej wśród zachodnich jezuitów, którzy próbują nawet pogodzić katolicyzm z konfucjanizmem czy stają po stronie biednych w Ameryce Łacińskiej tworząc czy praktykując teologię wyzwolenia. To postępowe myślenie jest zwalczane przez konserwatywne kręgi w Watykanie, kręgi zdominowane przez Opus Dei. Również polski Papież był zdecydowanym przeciwnikiem teologii wyzwolenia i pod dużym wpływem Opus Dei. Można powiedzieć, że dawną rolę jezuitów, jako fanatycznych obrońców konserwatywnego myślenia przejął dzisiaj Opus Dei, a zachodni jezuici szukają nowych dróg i są otwarci na różne inne religie, idee i postępowe trendy. Dotyczy to jednak tylko tych zachodnich jezuitów, bo polscy jezuici są absolutnie wierni bardzo konserwatywnej linii polskiego Kościoła. Muszę przyznać, że ta przedstawiona przez Obirka postępowość dzisiejszych jezuitów mocno mnie zaskoczyła. Moje dotychczasowe zdanie o jezuitach było bardzo negatywne. Widziałem ich historycznie jako grupę fanatyków religijnych, starających się zachować za wszelką cenę władzę kościoła katolickiego, absolutnie konserwatywnych i zwalczających jakiekolwiek zmiany. Jezuici to zakon, który poprzez swoje szkoły wychowywał rzesze ludzi niezdolnych do krytycznej refleksji, zakon, który brutalnie narzucał katolicyzm podbitym ludom Ameryki. Bardzo dobrze rolę jezuitów w 17-tym wieku ukazał Amir Alexander w książce Infinitesimal. Otóż jezuici zwalczali wtedy z dużą pasją wszelkie nowe idee, nawet nowe koncepcje matematyczne. Bronili oni za wszelką cenę uznanej przez kościół za właściwą nauki i odrzucali stanowczo wszelkie jej zmiany. Ich celem było jedynie doskonalenie wiedzy o obowiązującej doktrynie. Zmiany, nowe idee były w ich zdaniem wyzwaniem dla zastanego ładu i jako takie niebezpieczne. Ten zakon powstał w czasie reformacji, aby bronić katolicyzmu, a konkretnie papiestwa, przed protestantami. Jego naczelną wartością było i jest bezwględnie posłuszeństwo papieżowi i zachowanie katolickich wartości, więc jest on z tych względów od swego początku przeciwko jakimkolwiek zmianom. I to właśnie ten zakon, chcący bronić katolickej doktryny za wszelką cenę staje się awangardą postępowej teologii. Czy to nie ironia losu? To mnie zdumiewa i daje nadzieję na przyszłość.

Obirek mocno krytykuje stan polskiego kościoła katolickiego. Obirek pisze - "Bardzo mi przeszkadza, a wręcz budzi moje najgłębsze oburzenie, że w Polsce katolicyzm został zawłaszczony przez teologicznych ignorantów i fundamentalistów religijnych, których krzykliwa arogancja w przestrzeni publicznej jest proporcjonalna do ich ignorancji. Martwi mnie, że polscy hierarchowie katoliccy oddali w jasyr tak zwanej publicystyki katolickiej najlepsze tradycje katolicyzmu otwartego i współtworzącego pluralistyczne dziedzictwo naszego kraju".

Polsko kościół katolicki jest zamknięty na współczesność i dialog, konserwatywny i mocno ludowy. Ta ludowość to chyba jego największy problem, gdyż spycha wiarę z zakres wierzeń w cuda, objawienia i proste, by nie powiedzieć prymitywne prawdy. Ta wizja katolicyzmu rozprzestrzenia się w kraju w niebezpieczny sposób eliminując wszelkie inne formy wiary. Polaryzacja opinii społecznej poprzez politykę Episkopatu i jego dążenie do wpływania na politykę państwa to główne zagrożenie dla świeckiego państwa i demokracji. Podstawą demokracji jest uznanie istnienia wielu różnych grup społecznych i szukanie kompromisu pomiędzy ich interesami. Kompromis to główna cecha demokracji. Bezwzględne narzucanie woli jednej grupy społecznej, nawet gdy jest ona bardzo duża, innym wypacza demokrację i prowadzi do coraz większych konfliktów. Żądania katolickich elit wobec świeckiego państwa są coraz większe, a głosy katolickich hierarchów są coraz bardziej radykalne, by nie powiedzieć fanatyczne. Widać wyraźnie, że kościół chce za wszelką cenę wymusić na wszystkich swój punkt widzenia i zwalcza inne poglądy z absolutnym radykalizmem. Obirek pisze - " [instytucję polskiego kościóła katolickiego] ...postrzegam jako szkodliwą, a nawet niszczącą dla demokratycznych struktur polskiego państwa". Jakże to wielki kontrast, do tak bliskiego Obirkowi podejścia kościoła zachodniego, szukającego dialogu z innymi poglądami i otwartego na inne idee. Dobry opis takiego wykluczania innych głosów i postępującej eskalacji jedynie słusznej idei pokazuje Andrzej Szczypiorski w książce "Msza za miasto Arras". Smutną puentą książki Szczypiorskiego jest stwierdzenie, że taką spiralę fanatyzmu i radykalizacji można tylko zatrzymać poprzez interwencję z zewnątrz. Fala mordów z pseudo-religijnych względów ustaje dopiero wtedy, gdy do miasta Arras przybywa jego zwierzchnik i pokazuje mieszkańcom ich obłęd. To tak jakby ten zewnętrzny autorytet przybył i otworzył nagle mieszkańcom oczy na te okrucieństwa których się dopuścili. Jakby nagle dostrzegli rzeczywistość w której żyli, ale której nie dostrzegali lub nie chcieli dostrzec. Sami mieszkańcy nie są zdolni do takiej refleksji nad swoim postępowaniem, bo wszystkie głosy rozsądku zostały wyeliminowane, a strach aby nie paść ofiarą puszczonego w ruch terroru wyklucza jakikolwiek opór i inne myślenie. Może Papież Franciszek będzie takim zewnętrznym czynnikiem inicjującym opamiętanie?

Obirek pisze sporo o samotności wiernych wobec Boga. Każdy wierzący sam staje przed Bogiem i musi sam decydować o swoim postępowaniu. I to pomimo przynależności do wspólnoty wiernych. Czy jednak wszyscy tak traktują wolność jak ją zdefiniował Lord Acton - "Przez wolność rozumiem gwarancję, że każdy człowiek może czynić wszystko, co uzna za swój obowiązek. Wbrew wpływom władzy, większości, zwyczajom i opiniom innych". Czy wszyscy wierni są w tym sensie samotni wobec Boga i nie podlegają wpływowi ich wspólnoty religijnej? Ja sądzę, że właśnie wielu ludzi zadowala się powielaniem reguł postępowania narzuconych im przez wspólnotę wiernych. Potrzeba przynależności do wspólnoty jest u wielu z nas tak duża, że dla niej wielu rezygnuje z podejmowania własnych decyzji zgodnych z własnym sumieniem. Robimy to, czego oczekuje od nas wspólnota, bo cena za decyzje własne jest wysoka, a jest nią wykluczenie ze wspólnoty. Oczywiście, że tacy wierzący jak Obirek są samotni wobec Boga, bo nie ulegają bezkrytycznie wspólnocie wierzących. Jest to jednak chyba zdecydowana mniejszość. Jakże jednak bardziej samotni są ateiści. Występując, albo nie wstępując, do wspólnoty wiernych stają absolutnie sami wobec egzystencjalnych wyzwań i sami, zgodnie z tylko własnym sumieniem, muszą podejmować decyzję. Brak czegoś takiego jak wspólnota ateistów, brak jakichkolwiek wspólnotowych ateistycznych rytuałów pogłębia tę ateistyczną samotność. Ateiści tak naprawdę nawet nie wiedzą ilu ich jest, bo ludzie którzy odchodzą od religii, odchodzą w samotność i nie przechodzą do innej wspólnoty. Brak wspólnoty ateistów, brak jakichkolwiek organizacji reprezentujących ich interesy sprawia, że nie ma zorganizowanego głosu atesitów w publicznej dyskusji. Wobec narastającej w Polsce tendencji organizowania się wokół katolickiej ideologii różnych grup zawodowych, jak na przykład katoliccy lekarze czy dziennikarze, ten brak organizacji czy wspólnoty stawia atestów na przegranej pozycji.

Obirek przytacza wiele interesujących faktów z historii religii chrześcijańskiej i pokazuje jak zmieniała się interpretacja pewnych biblijnych tekstów na przestrzeni wieków. Mnie bardzo zaciekawiła biblijna historia wieży Babel - "Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego". To powszechnie znana historia, ale Obirek pokazał mi jej inny aspekt. Zastanawiające dla mnie jest, dlaczego Bóg, albo jak ja uważam ludzie piszący ten fragment Biblii, uważał(li), że jest to źle, jeżeli ludzie osiągną to, co jest nieosiągalne. Jeżeli ludzie zdołaliby zbudować tę wieżę, to spostrzegliby, że mogą osiągnąć wszystko to, co aktualnie wydawało się im niemożliwe. Czy jest jest wyraz obawy, że ludzie, ze swej natury zdolni do osiągnięcia rzeczy niemożliwych, dostrzegą te swoje możliwości i w jakimś sensie staną się równi Bogu? Dlaczego Bóg wszechmogący, stwórca ludzi i całego świata, ma się jednak obawiać dążeń swojego dzieła? To nie jest logiczne. Dlaczego Bóg od początku nie chce, aby ludzie mieli wiedzę, zabraniając im dostępu do drzewa poznania, a potem uniemożliwiając im rozwój ich nieograniczonych możliwości. Dlaczego to wychodzenie poza aktualne granice ludzkich możliwości jest tak naganne w myśli religijnej? Może tu wcale nie chodzi o zagrożenie Boga ludzkimi osiągnięciami, tylko o zagrożenie pozycji samych kapłanów? Może chodzi tu przede wszystkim o interesy kapłanów jako boskich pośredników? Może takie ludzkie samoograniczenie jest ważne dla kasty kapłanów, bo dalszy rozwój ludzkich możliwości może być wyzwaniem dla ich interesów? Ludzie poznający samoistnie świat są mniej skłonni akceptować kapłanów i prawdy przez nich głoszone. Jest to znamienne, że w całej historii religii, te formalne jej organy dążą do samoograniczenia ludzi, zakazując im zadawania pewnych pytań i szukania odpowiedzi poza religią. I tak jest również dzisiaj, gdy katolicki kościół, ale nie tylko, chce zakazać dążenia do poznania jednej z ostatnich tajemnic jaka jeszcze trochę pozostaje w gestii religii, a mianowicie powstania życia. Nauka jednak nieustannie wpycha się w te religijne sfery i pokazuje, że to co do niedawna uchodziło za boskie i cudowne da się całkowicie racjonalnie wyjaśnić i dowolnie reprodukować. Boska, czy raczej w praktyce kapłańska interwencja już nie jest konieczna. Czy boskość i cudowność nie są więc li tylko atrybutami niewiedzy? I może nawet jeszcze bardziej interesujące jest to, że mianowicie ludzie, pomimo przynależności do wspólnoty religijnej, jednak nie stosują się do tych zakazów i nieustannie powiększają obszar swojej wiedzy i swoich możliwości. Bo to co my robimy teraz na codzień, jest z perspektywy wieków niewątpliwie osiągnięciem rzeczy jeszcze niedawno całkowicie niemożliwych.

Obirek bardzo krytykuje też decyzję o nieomylności papieża, którą wprowadził Pius IX. Encykliki z tamtych czasów były narzędziem walki z modernizmem i jakże często były w jaskrawy sposób niezgodne z duchem religijnym. Zastanawiające jest, że wiele doktryn teologicznych, takich jak na przykład dogmat o niepokalanym poczęciu Matki Boskiej, czy późniejszy dogmat o wniebowzięciu Matki Jezusa, czy też zabronienie wszelkich naukowych badań nad Biblią zostały sformułowane w takich właśnie encyklikach nieomylnych papieży dopiero w dziewiętnastym czy wręcz dwudziestym wieku. Ta nowa forma sprawowania władzy i weryfikowania lojalności wobec coraz bardziej rozbudowanej doktryny watykańskiej na długi czas zamknęła dyskusję w kościele i jego samego odizolowała od wszelkich innych poglądów i trendów. Fakt, że współczesny kościół rewiduje, czy przynajmniej mocno przemilcza, te papieskie decyzje opublikowane przez rzekomo nieomylnych papieży pokazuje w całej okazałości błędność tej decyzji.

Obirek to bardzo wspaniały erudyta. Wielość myśli i refleksji zawartych w jego książce jest olbrzymia i zachęca do przemyśleń i dalszej lektury. Aby je wszystkie zrozumieć należy jego książkę przeczytać kilka razy. Książka Obirka to punkt wyjścia do dalszej refleksji nad stanem polskiego kościoła, czy ogólniej religii i jej przyszłości. To głos krytyczny ale bardzo ważny, bo wypowiada go ktoś, kto zna kościół od środka, kto wie jak on funkcjonuje. To głos krytyczny ale pomimo to życzliwy religii i kościołowi, głos za zmianą na lepsze.

3 komentarze:

Anna Kowalska pisze...

Pan Obirek z całym szacunkiem ale sam nie da rady zmienić zasad religii, zostanie uznany za heretyka lub szaleńca, hierarchowie kościelni to beton nie do rozkruszenia, mocno trwają na swoich pozycjach i nie dadzą tknąć tego w czym tkwią i jest im bardzo dobrze.

Krzysztof pisze...

@Aniu, na pewno on sam nie da rady i niepredko cos sie zmieni. Jednak to dobrze, ze sa tacz ludyie, ktorzy odwaznie zabieraja glos w publicznej dyskusji.

Krzysztof pisze...

@Aniu. Oczywiście, że jeden głos Obirka czy kogokolwiek innego na pewno sytuacji nie zmieni. I oczywiście, że hierarchowie na pewno sami z siebie swojej postawy nie zmienią. Zmiana może nastąpić jedynie wtedy, gdy wierni zmienią swoje nastawienie. I dlatego głosy takie są jednak ważne dla wiernych, gdyż pokazują im, że inna, alternatywna droga jest możliwa. Jeżeli wierni uznają, że nie chcą już tego stanu dłużej, to beton kościelny zniknie w oka mgnieniu. Bo ta biskupia władza trwa tylko dopóki, dopóty ludzie chcą ich słuczać i uznają za autorytety. Jak wierni pokażą im figę to władza biskupów rozpłynie się.