niedziela, listopada 04, 2012

Mormon prezydentem?

Z pewnym niepokojem śledzę ostatnie dni wyborczej batalli w Stanach Zjednoczonych. Niepokoję się, bo wedle sondaży Romney idzie łeb w łeb z Obamą i może wygrać te wybory.

Nie, nie jestem wyjątkowym zwolennikiem Obamy. Za to jestem zdecydowanym przeciwnikiem republikanów, bo partia ta nie reprezentuje wartości (demokracja w sensie społecznej solidarności, prymat rozsądku nad wiarą, równość szans społecznych, ...), które są dla mnie ważne. Najczęściej kandydaci czy prezydenci republikanów reprezentują światopogląd całkowicie odmienny od mojego. 

Szczególnie jednak ten fakt, że prezydentem USA może zostać aktywny wyznawca fanatycznej sekty religijnej, byłby moim zdaniem bardzo szkodliwy dla samej Ameryki, ale też dla Europy. Mormon prezydentem USA? 

Kto to są ci Mormonie? To odłam religii chrześciańskiej, która powstała w Ameryce na początku 19 wieku. Jej pierwszy duchowy przywódca Joseph Smith twierdził, że ukazał mu się jako anioł zmartwychstały duch proroka Moroni, który spisał na złotych płytkach historię zasiedlenia Ameryki w 5 wieku przed naszą erą przez jedno z zaginionych plemion żydowskich. Smith mógł odpisać historię spisaną na tych płytkach ale same płytki zabrał anioł z powrotem - rzekomo kilka osób z otoczenia Smitha widziało te płytki. Taką oto historię spisał Smith w ksiedzie Mormonów, która obok biblii jest najważniejszym świętym pismen tej religijnej sekty. 

Czego można się spodziewać od prezydenta, który wierzy (a w raz z nim 13 milionów ludzi w USA i na całym świecie) w taką historię?

Czasami zastanawiam się jak to możliwe, że tak wielu Amerykanów - około 50% - wybiera partię, która w sensie ekonomicznym jest ich wrogiem. Tak zdecydowanym, bezlitosnam wrogiem, bo republikanie od lat pracują usilnie nad redukcją państwa - w sektorach, które uważają za nieważne dla interesów  klasy bogaczy, którą reprezentują - i obniżają podatki, z czego korzystają tylko bogaci. Wszystkie statystyki gospodarcze pokazują wyraźnie, że od początku lat 80-siątych przyrost majątku najbogatszych (górne 10%, ale jeszcze szybszy w górnym 1%) jest dużo szybszy niż klasy średniej - tu ostatnio mamy doczynienia z najlepszym razie ze stagnacją.  Szanse na awans społeczny, na rozsądną edukację wśród klasy średniej maleją, a bogaci są coraz bardziej bogaci. I tu pojawiają się republikanie i twierdzą, że trzeba jeszcze bardziej obniżać podatki i redukować państwo, bo państwo jest szkodliwe dla gospdarki, a rynek przecież może się regulować sam. Jak to świetnie funkcjonuje widzieliśmy doskonale w ostatnim kryzysie. 

Czy dla Amerykanów wartości religijne i obyczajowe są aż tak ważne, że wolą być biedni i przyglądać się, jak cyniczna klika bogaci się ich kosztem? Na to wygląda. 

5 komentarzy:

marga pisze...

szczerze mowiac, nacia pietruszki mi powiewa kto rzadzi tym smiesznym narodkiem, serca do nich nie mam ani pol grama, a Europa powinna stac sie w moncu na tyle madra, zeby nawet tam rzadzacy swiety turecki, jako i mnie nacia pietruchy powiewal!

pozdrawiam serdecznie z zaplakanego frakfurtu :)

Kacper Nepokoj pisze...

Ja również uważam, że Stany Zjednoczone to śmieszny kraj, ale uważam, iż jest on na tyle potężny, że powinniśmy interesować się tym kto nim włada. Mimo wszystko, wybory w Ameryce nie wywołują już z pewnością takich emocji jak kiedyś (tak przynajmniej słyszałem, bo wiekowo nie nadaje się do tego typu porównań). Z chęcią przeczytałbym post dotyczący podsumowania całych wyborów. Pozdrawiam :)

Krzysztof pisze...

Kacper odpowiedział na twój komentarz za mnie. :) Wybory gdzieś w Kazachstanie czy Mongolii zainteresują zapewne tylko specjalistów lub ludzi jakoś szsczególnie zaangażowanych w tamte rejony. Jednak wybory w USA czy Chinach - których nie śledziłem, bo niestety nie znam się na sytuacji w Chinach, a poza tym tam wszystko odbywa się za zamkniętymi drzwiami - mają znaczenie dla całego świata. Polityka amerykańska czy chińska mniej lub bardziej bezpośrednio wpływa na sytuację w Europie, czy się to nam podoba czy nie. Dlatego cieszę się, że wybory wygrał Obama, a nie Romney. Szanse na amerykańską politykę bardziej odpowiadającą europejskim wartościom są znacznie większe z Obamą niż Romneyem.

Kacper pisze...

Krzysztofie, nie zgadzam się z tym , że to republikanie w Ameryce powodują szybsze bogacenie się bogatych a wolniejsze biednych. Demokraci, tak samo jak republikanie, są pod presją wielkiego biznesu i rynków finansowych. Co do statystyk, to niestety są one wszędzie takie same - to jest cecha ogólna każdej gospodarki (nie tylko rynkowej, również tej sterowanej centralnie).
pozdrawiam

Krzysztof pisze...

@Kacper, demokraci nie poprawiają sytuacji zdecydowanie, ale też jej nie pogarszają.
Poczynając od rządów Reagana i potem Bushów - przede wszystkim młodego, którego wielu Amreykanów określa jako najgorszego prezydenta w historii - zaczęto radykkalnie obniżać podatki i redukować rolę państwa. RównieŻ Romney planowaŁ tutaj dalsze kroki. Obama próbuje coś porawić, ale większość republikańska blokuje jego inicjatywy. Tak wieę republikanie zdecydownie bardziej niż demorkaci reprezentują interesy bogatych i potężnych korporacji finnasowych.