Co jest takiego szczególnego w tym kwiecie, który od końca 16 wieku króluje w Europie i poprzez swą fascynację doprowadził do chyba pierwszego krachu na giełdzie? Giełdzie która wtedy jeszcze nie istniała i właśnie dzięki tulipanowej spekulacji dopiero zaczęła się tworzyć.
Tej fascynacji uległem i ja. Zeszłej jesieni zasadziłem chyba przeszło 400 cebulek. Większość z nich to cebulki, które kwitły u nas w poprzednim roku i ich odrosty (po angielsku offsets). Tym razem zasadziłem je nieco głębiej, bo w poprzednich latach wystawiały łepki niekiedy już pod koniec stycznia, czy na początku lutego i zawsze obawiałem się, że w marcu przemarzną.
Nie wiem czy dlatego, czy może to za sprawą mego bardzo gorliwego ogrodniczego pomocnika - pasa Gina - który przekopał grządki z tulipanami kilka razy aż za dokładnie, ale w końcu nawet nie połowa zasadzonych tulipanów zakwitła - zainteresowanych zapraszam pod ten link. Na dodatek jakby zginęły te wszystkie kolorowe. A te odrosty to prawie wcale nie zakwitły. Chyba muszę w tym roku trochę dokładniej do tej akcji tulipanowej przygotować się. I lekko pohamować mego "pomocnego" psiaka w jego ogrodniczym zapale. ;)
Od meczu z Polską w poprzedni czwartek cała Austria oczekiwała na cud wiedeński. Naród modlił się do kogo kto potrafi, zaklinał wszelakie świętości, oczekiwał powtórki zdarzenia z bardzo dalekiej przeszłości (wygrana w Cordobie przed 30 laty), przywoływał duchy dobre i takie sobie na pomoc i gotów był oddać swą duszę prosząc o tylko jedno - musimy w poniedziałek wygrać z Niemcami!
Cudu niestety nie było i życie tutaj powolutku wraca do normy. I pewnie dobrze, że ten cud nie wydarzył się, bo wtedy ci biedni Austriacy kompletnie straciliby poczucie realizmu. Oni i tak po nawet drobnych sukcesach przeceniają skrajnie swoje możliwości i sądzą, że są już absolutnie najlepsi na świecie.
Przecież już nawet remis z Polską wywołał u nich skrajne poczucie własnej siły i totalną euforię. Z reguły krótko potem przegrywają i popadają wtedy w skrajny pesymizm, a samokrytyce nie ma końca. Na szczęście jest w tym wszystkim pewna doza humoru i dystansu do samych siebie, o czym świadczy to zdjęcie obok. ;)))
Wygrana z w tym roku bardzo słabymi Niemcami mogłaby więc poważnie zaszkodzić psychicznemu zdrowiu tego narodu. A tak nie ma cudu i nie ma problemu. ;)
Tak, to nie żart! Ten kraj zasłużył naprawdę na ten tytuł. No bo czyż jest w Europie druga taka nacja, która remis w ostatniej sekundzie po raczej kiepskim meczu ze słabą Polska świętuje tak jak inni prawdziwe turniejowe wygrane? Na pewno nie. ;)
Po meczu z Polską do późnej nocy trwała tu powszechna radość, słychać było chóralne śpiewy, a po mieście przeszedł pochód zwycięstwa. Bo dla nich ten remis z Polską to olbrzymi sukces.
Mecz ten oglądałem w "Fanzone" wraz z 70.000 zwolenników piłki, w tym ze 30.000 z Polski. Muszę przyznać, że ten tłum, ta zbiorowa radość czy smutek, te zaśpiewanki, przekrzykiwania, to jest szczególne przeżycie. Całkiem inaczej ogląda się tu taki mecz niż przed telewizorem. Moim zdaniem dużo intensywniej i nawet taki agnostyk piłkarski jak ja miał solidne wypieki od emocji na twarzy. Bo tu w "Fanzone" nie jakość piłkarskiego spektaklu są najważniejsze, a publiczne wykrzyczenie się i grupowe przeżycie.
Pomimo bliskości polskich i austriackich kibiców (stali przed ekranami wymieszani w malutkich grupkach) impreza odbyła się bardzo spokojnie. Dopiero pod sam koniec meczu nagle w powietrzu pojawiły się kubki z piwem, a po chwili już dwie zwarte i gotowe do boju grupy stały naprzeciwko siebie. Zanim jednak doszło do poważnej bójki do akcji wkroczyła policja, a na dodatek Austriacy strzelili nam tę nieszczęsną bramkę w ostatniej chwili. To rozładowało agresywny nastrój. Polacy popadli w apatię, a Austriacy przystąpili do świętowania swego prawdopodobnie największego triumfu na tych mistrzostwach.
Pozytywną cechą tego narodu jest pewna zdolność do śmiania się z siebie samego. Następnego dnia sami spostrzegli, że ten ich wielki sukces jednak nie taki znowu wielgachny był i ta euforia nie bardzo tu pasuje.
Nadal jednak wielu Austriaków oczekuje w poniedziałek cudu - wygranej z Niemcami. Raz im się to udało przed 30 laty w Cordobie i tym żyje teraz ten kraj. A ponieważ Niemców tutaj bardzo nie lubią to emocje znowu będą wielkie.
Trend do reklam, które kierują czytelnika nie do linka firmy (URL) tylko podają kilka haseł do wyszukania strony w wyszukiwarkach Yahoo czy Google dotarł w między czasie również do USA. Ostatnio Kellog użył tej metody w swej kampanii produktu SpecialK, o czym pisze Josh Catone w ReadWriteWeb.
Jak już o tym wspominałem okazuje się, że ludzie chętniej używają wyszukiwarki niż pola adresowego, nawet jeżeli znają dokładnie URL! Może jesteśmy zbyt leniwi, aby wystukać ".com"?
Statystyki internetowe potwierdzają ten trend. Otóż najszybszy wzrost wśród na Google poszukiwanych haseł notują hasła, które uzupełnione o ".com" są kompletnym linkiem na stronę.
Ten sposób szukania ma oczywiście już swoją nazwę - "nawigacyjne szukanie" ("navigational" searches). Serwis Compete twierdzi nawet, że nawigacyjne szukanie to 17% wszystkich szukań!
Wcale mnie to nie dziwi. Wśród moich znajomych od niedawna poruszających się w internecie - a tak, tak jeszcze są i tacy - brak całkowicie zrozumienia dla różnicy między polem adresowym, a polem szukania w przeglądarce internetu. Oni w ogóle nie używają pola adresowego i pracujący tylko i wyłącznie szukając haseł. Ale nawet mój syn ze swym ogromnym doświadczeniem jako użytkownik i html-programista też tego pola adresowego nie używa! Twierdzi, że nie chce mu się ciągle wystukiwać ".com" czy inną końcówkę w tym stylu i szukanie prze Google jest dużo szybsze. ;)
Tak widzi przyszłość mediów Steve Ballmer, CEO Microsoftu. W trakcie lunchu z dziennikarzami z Washington Post Ballmer powiedział on, że za dziesięć gazety i magazyny będą dostarczane i czytane wyłącznie w formie elektronicznej. Forma papierowa zaniknie kompletnie.
Chociaż ja sam praktycznie już nie czytam gazet w klasycznej formie papierowej, to jednak ciągle jeszcze jest na nie olbrzymi pobyt. Bardzo wielka masa ludzi nie lubi, a niektórzy wręcz nie potrafią i nie chcą czytać wiadomości przed komputerem. Czy dziesięć lat wystarczy aby zmienić całkowicie te czytelnicze zwyczaje? A no pożyjemy to zobaczymy.
A tak na marginesie to ta przepowiednia przypomina mi te co najmniej dwadzieścia kilka fałszywych prognoz o elektronicznym biurze bez papieru. Praktyka biurowa jest jednak nadal taka, że większość robi sobie notatki na papierze i drukuje regularnie dokumenty. Dokumenty te są wprawdzie zmagazynowane elektronicznie, ale na meetingi drukujemy je po prostu i potem wyrzucamy do kosza. W ten sposób zapotrzebowanie na papier zamiast maleć nadal rośnie.
Ray Ozzie, który przejął po Billu Gatesie funkcje naczelnego architekta w Microsofcie, próbuje zmienić kurs tego softwarowego giganta. I to bardzo radykalnie.
W memorandum do wszystkich pracowników koncernu definiuje nowa strategię koncernu. Microsoft ma udać się w świat webu (internetu) i webowych serwisów. Era personalnych komputerów ustępuje erze webu. Dostęp do tych webowych serwisów jest możliwy nie tylko z PC, ale z wielu różnych urządzeń, przede wszystkim ze współczesnych komórek.
Ozzie określił też trzy podstawowe zasady tej nowej strategii:
1. Web jest centrum naszych socjalnych sieci (The Web is the Hub of our social mesh and our device mesh). Linkowanie, dzielienie się (sharing), ocenianie (ranking), kategoryzowanie (tagging) stają się absolutnie powszechne i są podstawą naszej działalności.
2. Siła wyboru (The Power of “Choice” as business moves to embrace the cloud).
3. Małe luźno połączone części (Small Pieces Loosely Joined for developers, within the cloud and across a world of devices).
Ta nowa strategia to to zapowiedź olbrzymiej zmiany. Microsoft, którego potęga to produkcja softweru dla personalnych komputerów, długo opierał się wszelkim zmianom. Przez lata Bill Gates próbował chwycić świat w swe objęcia i zmusić go do używania Microsoftowych produktów. Siła Web 2.0 jednak przeważyła szalę. Szalony rozwój serwisów socjalnych uwolnił użytkowników z Windowsowego objęcia. Ozzie uznał, że w tej sytuacji dalsza produkcja monolitycznych aplikacji jest zbyt niebezpieczna. Niebezpieczna dla przyszłości jego koncernu.
Microsoft godzi się również z istnieniem innych aplikacji i chce być ich integratorem. O tym nowym ich produkcie - Live Mesh - sporo pisali bloggerzy w zeszłym tygodniu.
Czy rzeczywiście ta nowa strategia jest dla Microsoftu konieczna? Przecież to nadal największa firma softwarowa świata osiągająca miliardowe zyski.
Otóż sytuacja koncernu wcale nie jest taka dobra. Tylko natychmiastowa zmiana strategii może zapobiec katastrofie. Znana firma consultingowa Gartner zaprezentowała niedawno dane o sprzedaży systemu operacyjnego Vista ( w który Microsoft zainwestował miliardy). Otóż Vista sprzedaje się bardzo źle. Według Gartner problem wcale nie leży w tym, że Vista jest zła. System operacyjny stracił po prostu dla użytkowników na znaczeniu. Jego miejsce zajęła przeglądarka internetu poprzez którą użytkownicy mają dostęp do różnych webowych aplikacji i serwisów i socjalnych sieci.
Czy oznacza to koniec ery personalnych komputerów? No może jeszcze nie całkiem. Faktem jednak jest, że personalny komputer, jak również Notebook tracą swą wyjątkowość i stają się jednym z wielu używanych przez nas urządzeń. Urządzeń umożliwiających nam korzystanie webowych aplikacji, które powoli ale zdecydowanie wypierają lokalne monolityczne aplikacje.
Podobno w Japonii firmy nie zamieszczają już na wizytówkach i w reklamach linka na ich webową stronę (czyli to dobrze znane URL - http://www....). Zamiast tego podają kilka haseł do wyszukania ich strony w wyszukiwarkach Google, Yahoo czy innych.
Metoda ta jest nieco ryzykowna, bo nie ma gwarancji, że te hasła pokażą właśnie naszą stroną u samej góry listy. Użyta natomiast na webowych stronach nie prowadzi automatycznie (tak jak link po kliknięciu) na pożądaną stronę.
Trend ten odpowiada jednak na pewno zwyczajom wielu użytkowników, którzy pracują wyłącznie przez wyszukiwarkę Google i nie używają pola adresowego. No i pewnie te kilka haseł można łatwiej zapamiętać niż z reguły przydługie linki.
Wypróbowałem to na moim blogu i ku memu zaskoczeniu to działa!
Tak więc w przyszłości zamiast używać linka na mego bloga
http://przemyslenia.blogspot.com
będę zamieszczać te oto hasła
Google: przemyslenia krzysztof
;)))