Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, marca 18, 2012

Czy są nam potrzebni milionerzy?

Ronny Pecik jest milionerem. I to wielokrotnym milionerem. Jego majątek jest szacowany na około 170 milionów Euro. Rony Pecik to self-made man. Przybył jako dziecko ze swoimi biednymi rodzicami z Horwacji do Austrii. Nie ukończył żadnej szkoły. Pomimo tych jakże niesprzyjających warunków startowych osiągnął olbrzymi sukces finansowy. Ronny Pecik to geniusz finansowy. Kupuje firmy, ulepsza je i sprzedaje z olbrzymim zyskiem. Właśnie kupił spore udziały w mojej firmie, więc musimy liczyć się z dużymi zmianami, niekoniecznie na lepsze. Jak jest bilans życiowy Ronnyego Pecika? Z indywidualnej perspektywy naturalnie szalenie pozytywny. A co zrobił Pecik społeczeństwa? Czy zmienił chociaż trochę świat na lepszy? Jedynym widocznym efektem działalności Pecika jest zubożenie realnej gospodarki. Pecik wyssał te 170 milionów z realnej gospodarki zubożając ją. Pecik zostawi wprawdzie swym spadkobiercom wielki majątek, ale społeczeństwo nie ma i nie będzie miało nic z tego. Czy można porównywać milionerów ze sfery finansowej, takich jak Pecik czy jeszcze dużo, dużo bogatszy Buffet, z wirtuozami postępu technologicznego jak Gates, Jobs, Page czy Zuckerberg? Niewątpliwie nie. Ci różni bogacze z realnej gospodarki chcieli czegoś więcej niż tylko zarobić masę szmalu. Ich cel to nierzadko potrzeba stworzenia lepszego świata, a my jeszcze długo będziemy korzystać z ich technologicznych osiągnieć.

piątek, grudnia 30, 2011

Dyktatura i kult jednostki

From Evernote:

Dyktatura i kult jednostki

Dyktatury z reguły prowadzą do kultu jednostki. Dyktator jest stylizowany na ojca narodu, osobę nadzwyczajną, po części nadprzyrodzoną, coś w rodzju takiego Boga na ziemi. Wszelka krytyka jest wyłączona, a społeczeństwo jest karmione tylko pozytywnymi wiadomościami. Wielki przywódca  troszczy się o swój naród i podejmuje jedynie słuszne i dla wszystkich korzystne decyzje. Lud dociena oczywiście tego wielkiego syna narodu, szanuje go i jest mu bezgranicznie oddany. I tak jak wielki przywódca rzekomo poświęca swoje życie narodowi tak i naród jest gotów poświęcić tej wielkiej osobie wszystko. Nawet życie.

Ta spirala społecznego zakłamania nakręca się sama, i osiąga w końcu kolosalne rozmiary. Wszystkie media zachłystują się doniesieniami o wielkim przywódcy i konkurują między sobą w przesadzie. Ale też codzienne życie przebiega nieustannie w cieniu tego największego i ukochanego. W pracy, w szkole, na uczelniach i praktycznie wszędzie trzeba go chwalić i wynosić pod niebiosa. Naprawdę nie jest łatwo w tej sytuacji zachować umiar i zdrowy rozsądek. Ta bańka strasznej przesady i zakłamania w końcu pęka. Dosyć szybko narody zapomijają o tych wielkich przywódcach, bo większość ludzi tak naprawdę w głebi serca nienawidziła go, ale ze strachu przed represjami udawała uwielbienie.

Do jakiej przesady prowadzi kult jednostki mogliśmy się przekonać w osatnich dniach obserwując pogrzeb wielkiego wodza Korei Północnej. Ta teratralna inscenizacja pogrzebu, ci nienaturalnie zawądzący, szlochający ludzie na ulicach, płaczący speakerzy telewizyjni mocno różnią się od zwyczajów obowiązujących u nas, tutaj w krajach zachodnich, wolnych od tak nachalnej propagandy. 

Szczególnie porównanie z pogrzebem Vaclava Havla, kóry odbył się w tym samym czasie, uwypukla te diametralne różnice. Pogrzeb Havla, osoby bardzo szanowanej i popularnej, zgromadził tłumy. Ludzie przyszli jednak dobrowolnie i oddali hołd temu wielkiemu człowiekowi bez nadmiernej przesady i teatralności. 

Patrzymy więc na ten pogrzeb w Korei Północnej z pewnym niesmakiem i poczuciem wyższości. Myślimy sobie - "biedni ci ludzie tam, zmuszami do takich sztucznych aktów zbiorowej histerii. U nas coś takiego jest niemożliwe". 

Czy aby na pewno? Czy naprawdę jesteśmy już odporni na takie zakusy propagandowe rządzących? 

Przypominam sobie na przykład dni po katastrofie Smoleskiej. W tamtych dniach obraz w telewizji i radiu publicznym był jednoznaczny. Cały naród - tak, tak absolutnie cały - opłakuje swojego wielkiego, największego prezydenta, którego wychwalano ponad wszelką miarę. Wszyscy ludzie na ulicach płakali, speakerom załamywał się głos. Absolutna żałoba, w której brali udział wszyscy. Taki był obraz oficjalnego przekazu.

Pamiętam, że przez dłuższy czas wtedy przestałem oglądać polską telewizję i słuchać polskie radio. Czułem się wykluczony z narodu, bo nie miałem możliwości konfrontacji mojego zdania z opinią innych, a przekaz oficjalny był jednoznaczny i jakże inny od mojego zdania.

Jak widać łatwo się w takiej sytuacji nieco pogubić i człowiek może nawet zwątpić w słuszność swoich poglądów. Nie dziwmy się więc Koreańczykom. Przecież ta brutalna propaganda ogłupia ich nieustannie od już kilkudziesięciu lat. Łatwo się w tej sytuacji zgubić.

A my obywatele wolnych i dramatyczych krajów musimy być czujni i zwalczać takie propagandowe zabiegi od samego początku. Najlepiej poprzez otwarte i odważne głoszenie naszego zdania.

środa, grudnia 28, 2011

Kiedy Żydowi wolno opluć kobietę

Nie lubię ludzi przekonanych o posiadaniu prawdy absolutnej. Wręcz obawiam się ich, bo w swym jednostronnym spojrzeniu na życie są często sporym zagrożeniem dla innych. Narzucają tę swoją prawdę innym, nie są zdolni do kompromisów, a gdy jest ich nieco więcej często stosują przemoc wobec innaczej myślących.
Nie lubię tych fundamentalistów niezależnie od tego jaką religię wyznają, czy jakiej ideologii oddali swoje serce. Bo zachowania tych fanatyków są bardzo podobne niezależnie od tego czy są to fundametalni życi, muzułmanie czy chrześcianie, czy są to faszyści czy też komuniści. Pomimo różnic ideowych łączy ich ich fanatyzm, wiara w jedno jedyne rozwiązanie wszystkich problemów i tendencja do przemocy.
Gdy jest ich garstka można patrzyć na nich z politowaniem. Należy im jednak zdecydowanie powiedzieć "nie, takiego zachowania nie tolerujemy. To my a nie wy ustalamy normy społecznego zachowania". Zanim będzie za późno.
http://wyborcza.pl/1,75477,10873154,Kiedy_Zydowi_wolno_opluc_kobiete.html

sobota, września 17, 2011

"Czułem bliskość szatana"

Twierdzi Terlikowski - kto to w ogòle jest? - w wywiadzie z Wprost. A ja poczułem ku memu wielkiemu zdumieniu bliskość świra, bo naprawdę nie wiedziałem że w 21 wieku jeszcze coś takiego jest możliwe. Toż to trzeba szybciutko wstawić do muzeum, jako cudownie zachowany relikt ze średniowiecza!

http://www.wprost.pl/ar/261945/Czulem-bliskosc-szatana/

wtorek, maja 24, 2011

Kibole panoszą się wszędzie

Nie tylko Polska ma problemy z kibolami. Niedzielne derby Wiednia zostało przerwane już po 26 minutach gry. Kibole Rapidu wtargnęli na boisko i usiłowali dopaść zawodników i fanów Austrii Wien. Policja tylko z trudem była w stanie zapobiec dalszej eskalacji, a zawodnicy Austrii w ostatniej chyba chwili uciekli w popłochu ze stadionu. O kontynuowaniu meczu nie było mowy.

Teraz policja usiłuje ustalić tożsamość bandytów i zaaresztować ich. Grozi im od dwóch do ośmiu lat więzienia.

wtorek, sierpnia 04, 2009

Facebook nie tylko dla młodych

Wczoraj rozmawiałem z ważna osoba w naszej firmie. Osoba wysoko postawiona, poważna, wbita solidnie w lata. Rozmawialiśmy na nieco nudne tematy zawodowe aż w pewnym momencie zaczęliśmy gaworzyć o socjalnych sieciach i faceboooku. Wtedy to ujrzałem nagle błysk w oku mejego kolegi, ożywił się on znacznie i z młodzieńczym zaangażowaniem wygłosił pełen zapału półgodzinny wykład na temat faceboooku i jak to on ze swoimi znajomymi i rodziną z niego korzysta.

Otóż facebook umożliwił jemu intensywny kontakt z córka zaangażowaną w projekty socjalne w Australii i resztą rozsianej po świecie rodziny i grupy przyjaciół. Stworzyli oni na facebooku zamkniętą grupę wewnątrz której publikują prywatne zdjęcia i informują się wzajemnie o tym co właśnie robią.

Ta powszechnie dostępna i jak widać zrozumiala i łatwa w obsłudze technologia - mój kolega nie jest bynajmiej informatykiem - pozwala im pokonać dzielacy ich dystans i utrzymywać intensywne kontakty. I jak widać na przykładzie mojego kolegi wiek nie stanowi tu żadnej bariery.

środa, kwietnia 22, 2009

Gorąca, płaska i przeludniona

Thomas Friedman to bardzo znany amerykański dziennikarz, piszący dla New York Times. Friedman to też bardzo znany pisarz. Jego książki - jak "świat jest płaski" czy też ostania pod tytułem "Hot, Flat and Crowded" (gorąca, przeludniona i płaska") to bestsellery.

Friedman to również wspaniały mówca wykorzystujący wszelakie retoryczne instrumenty. Friedman to kaznodzieja własnych idei, to aktor przekazujący z dużym przekonaniem swój tekst.

Przekonałem się o tym słuchając jego
mowy w ramach publicznych lekcji London School of Economics.

Friedman mówił o globalnym ociepleniu i problemie energetycznym. Jego mowa bardzo plastycznie pokazuje gwałtowny wzrost temperatury i dramatyczne konsekwencje tego wzrostu. Ciągle wzrost światowy demograficzny prowadzi zwiększa gwałtownie nasze zapotrzebowanie na energię. Również coraz wyższy standard życia w coraz większej ilości regionów potęguje naturalnie ten problem.


Globalne ocieplenie i zaopatrzenie w energię to olbrzymie problemy, które musimy Friedman jest tutaj wprawdzie absolutnym nacjonalistą i mówi tylko o USA, ale to oczywiste, że to są problemy światowe) rozwiązać. Ta konieczna zmiana nie będzie łatwa i wymaga wielkich wysiłków i wyrzeczeń od każdego z nas. Friedman jest zdania, że dla rozwiązania tego problemu rządy muszą stworzyć odpowiednie warunki. Po pierwsze muszą podrożyć radykalnie energię ze źródeł wytwarzających dwutlenek węgla i potanić odnawialne źródła energii. Energia musi być bardzo droga, tak droga, aby każdy z nas zaczął szukać alternatyw. Po drugie ważne jest, aby w tym zakresie pojawiły się start-upy, im więcej tym lepiej, i szukały różnych sposobów na polepszenie sytuacji.


Osobiście też jestem zdania, że najwyższy czas na szybkie i zdecydowane działanie. Oczywiście dla Europy, która już od bardzo dawno mówi o ochronie środowiska i próbuje przekonać Amerykanów do podjęcia poważnych akcji, to nagle "odkrycie Ameryki" przez Amerykanów jest dosyć irytujące. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. To Amerykanie zaczynają naprawdę coś robić dla poprawy sytuacji. A my to tylko gadaliśmy o problemie, ale konkretnych czynów zabrakło niestety. Zamiast się więc obrażać lepiej popatrzyć Amerykanów i wraz z nimi wziąć się do roboty.


Linki:

- http://www.thomaslfriedman.com/bookshelf/hot-flat-and-crowded
- http://www.wired.com/culture/culturereviews/magazine/16-09/pl_print

- http://www.salon.com/env/feature/2008/09/24/thomas_friedman/print.html

- http://www.salon.com/env/feature/2008/09/24/thomas_friedman/print.html

- http://richmedia.lse.ac.uk/publicLecturesAndEvents/20081014_1830_hotFlatAndCrowded.mp3
- http://www.biblionetka.pl/ks.asp?id=72393

wtorek, stycznia 27, 2009

Entrepreneurship

... to znaczy przedsiębiorczość. Przedsiębiorczość rozumiana jako zdolność do budowania czegoś nowego, wdrażania w życie nowatorskich pomysłów i podejmowania sporego ryzyka związanego z działalnością gospodarczą w nowych, dotychczas nieistniejących dziedzinach gospodarki.

Entrepreneur to znaczy przedsiębiorca. Ale nie taki całkiem normalny przedsiębiorca, który działa w dobrze już rozpoznanych sektorach gospodarki. To śmiałek, który tworzy coś całkiem nowego, który kreuje całkiem innowacyjne produkty i usługi. Ta właśnie oni otwierają dla nas nowe perspektywy i przyczyniają się znacznie do rozwoju gospodarczego. Bez takich ludzi grozi nam stagnacja.

W naszym wspólnym społecznym interesie jest popieranie przedsiębiorczych ludzi gotowych podjąć wyjątkowe ryzyko. Szczególnie w Ameryce, gdzie przedsiębiorca jest bardzo ceniony i jest integralną częścią amerykańskiego mitu, istnieje wiele programów popierania przedsiębiorczości. Jak na przykład fundacja Kauffmana. Jej celem jest społeczeństwo ekonomicznie niezależnych osób, które swą działalnością polepszają sytuację lokalnych społeczności. Założyciel fundacji, Ewing Kaufman, to typowy amerykański self-made man. Założył on firmę farmaceutyczną w piwnicy swego domu i był na początku jej jedynym pracownikiem. Po 40 latach sprzedał swój business, w którym zatrudniał już 3400 ludzi, za miliard dolarów.

Aktualnie szefem fundacji Kauffmana jest Carl Schramm, uznany przedsiębiorca i filantrop, którego The Economist nazywa "ewangelistą przedsiębiorczości".

Fundacja Kauffmana organizuje w ostatnich latach światowy tydzień przedsiębiorczości. Jego celem jest zapoznanie młodych ludzi, przede wszystkim uczniów i studentów, z ideą przedsiębiorczości i zachęcanie ich do podejmowania takiej działalności. W zeszłym roku wzięło w nim udział 78 państw, w tym również Polska. W ramach tego światowego tygodnia przedsiębiorczości w Polsce zorganizowano 1500 imprez w których wzięło udział 85 tysięcy uczniów i studentów z całego kraju. Największym projektem była "otwarta firma", w ramach którego młodzież odwiedzała firmy, aby zapoznać się z ich działalnością.

Ciekawe ilu z nich, zamiast szukać ciepłych państwowych posadek, wybierze trudną drogę przedsiębiorczości.

Linki:

- Przedsiębiorczość
- Entrepreneurship
- Carl Schramm
- Fundacja Kauffmana
- światowy tydzień przedsiębiorczości
- Self-made man

sobota, listopada 08, 2008

Do something that matters

Zmienić świat. Zmienić świat na lepsze. Zmiana. Te apele słyszymy ostatnio często z Ameryki. Obama postawił w swej kampanii na radykalną zmianę i wygrał wybory. McCain też próbował wyborcom wmówić, że zmieni waszyngtońską biorokrację, której częścią jest od 30 lat, ale nie udało mu się ich przekonać.

Ale to nie tylko politycy mówią o zmianie. Te motyw apelowania do akceptacji zmiany, do podjęcia wyzwań, które przynoszą zmiany i szukania nowych rozwiązań słyszymy bardzo często z za oceanu. Thomas Friedman w swym "płaskim świecie" podkreślał, na przykładzie amerykańskiej misji księżycowej, znaczenie pozytywnej energii i niespotykanej przedsiębiorczości, którą tworzą takie potężne, mocno działające na wyobraźnie wyzwania. Ten motyw przewija się też u bardzo wielu amerykańskich myślicieli i technologicznych wizjonerów.

Rób coś co ma znaczenie! Nie marudź, nie narzekaj, nie czekaj na innych, tylko rób to co lubisz, zajmij się swoimi pasjami. Rób przy tym coś pożytecznego dla całego świata. Twórz nowe wartości dla świata!

A to z kolei apel Tima O'reilly, który wygłosił on we wrześniu na konferencji Web 2.0 Expo w Nowym Jorku. Tim O'reilly (tutaj angielski link) - sławny guru Open Source, technologiczny wizjoner i twórca pojęcia Web 2.0, ale też wydawca i businessman i organizator tej konferencji - mówił tym razem bardzo mało o nowych technologicznych trendach. W swej mowie skupił się on na problemach (jak na przykład kryzys finansowy, kryzys paliwowy, zanieczyszczenie środowiska, globalne ocieplenie, niewolnictwo), które stanowią poważne wyzwanie dla świata. Aby je rozwiązać będziemy musieli wiele zmienić w naszym życiu, znaleźć nowe rozwiązania polityczne, organizacyjne i technologiczne. Tim podkreśla jednak, że w trakcie takich radykalnych zmian pojawiają się też nowe możliwości i szanse na dalszy wzrost, na nową siłę. Tim apelował do słuchaczy, aby podjęli te wyzwania i szukali niekonwencjonalnych rozwiązań światowych problemów.

Dlaczego ten motyw zmiany i wyzwania jest tak mocny w Ameryce?

Otóż ja sądzę, że Amerykanie, jako awangarda światowych zmian od wielu dziesięcioleci, najlepiej znają te procesy Zmiany i związany z nią dynamizm. Oni wiedzą doskonale, że zmiana jest nieunikniona i nieustannie napędzana walką o władzę, obfitością (lub jej brakiem) dóbr, rozwojem społeczeństw i postępem technologicznym. Oni wiedzą najlepiej, że w zmianie są tylko dwie role, a mianowicie tych którzy zmianami sterują i tych którzy do zmian muszą się przystosować.

Amerykanie nie chcą być pasywnym obiektem (ofiarą?) zmian. Oni chcą kształtować i tworzyć, a to jest jest możliwe tylko wtedy, kiedy podejmiemy wyzwanie i będziemy robić coś co jest ważne!

Sądzę, że te klimat pozytywnego nastawienia do zmian i podejmowania wyzwań potrzebujemy również i my w Europie. Chyba nawet bardziej niż Amerykanie!



wtorek, listopada 04, 2008

Jak spędzamy nasz wolny czas?

Ano przeważnie marnujemy go siedząc przed telewizją. W swej keynote na tegorocznej konferencji Web 2.0 Expo Clay Shirky namawiał słuchaczy, aby zamiast oglądać telewizję zajęli się tworzeniem socjalnych projektów.

Clay Shirky, badacz socjalnych i ekonomicznych skutków internetowych technologi, porównywał czas jaki spędzamy przeciętnie przed telewizją do nakładu pracy potrzebnego na stworzenie wikipedii. Szacuje się, że stworzenie wikipedii zajęło około 100 milionów godzin. 100 milionów godzin to olbrzymia ilość czasu. To 163 żyć! Niektórzy dziwią się skąd twórcy wikipedii mieli tyle czasu. Od telewizji odpowiada Shirky! To znaczy zamiast oglądać telewizję pracowali i nadal pracują nad tym wspaniałym projektem.


Te kolosalne 100 milionów godzin sami tylko amerykanie spędzają w każdy weekend oglądając reklamy. Tak tak tylko i wyłącznie reklamy!


A czas spędzany przez Amerykanów przed telewizją w ciągu całego roku można by wykorzystać na stworzenie co co najmniej kilkuset tysięcy takich projektów jak wikipedia! A jakie to wspaniałe projekty można by zrealizować gdyby wykorzystać światową konsumpcję programów telewizyjnych!


Tak więc drogie Panie i Panowie zamiast gapić się wieczorem w telewizję dołączmy do tych wielu fascynujących socjalnych projektów! Nie trzeba całkiem rezygnować z telewizji. Wystarczy już jeden procent światowej konsumpcji telewizyjnej aby stworzyć kilka czy kilkanaście nowych wikipedi!



czwartek, marca 27, 2008

Free Tibet - szantaż moralny?

Fala protestów po brutalnie stłumionych manifestacjach w Lhasa i innych miastach Tybetu przybiera na sile. Blogosfera błyskawicznie podjęła ten temat i bardzo aktywnie informuje i organizuje dalszy protest. Coraz częściej też można słyszeć głosy dezaprobaty i rozważania możliwych sankcji z ust politycznych liderów. Mowa jest o zmianie przebiegu sztafety olimpijskiej, o nie braniu udziału w imprezie otwarcia olimpiady. Na obrzeżach pojawiają się też pogróżki bojkotu olimpiady.

Ten jakże zrozumiały protest i solidarność z ujarzmionym przez chińczyków narodem tybetańskim wywołuje spore emocje i jest zdecydowanym apelem do naszej moralności i naszych ideałów wolności i demokracji.

Pomimo to warto abyśmy zadali sobie dwa pytania:

  1. Dlaczego protesty Tybetańskich mnichów wybuchły dokładnie teraz kilka miesięcy przed olimpiadą?
  2. Dlaczego nasze oburzenie jest aktualne aż tak wielkie, chociaż Tybet od wielu lat nie jest wolny?
1. Sądzę, że trzeba wyraźnie powiedzieć, że protesty w Tybecie wynikają z oczywistego politycznego wyrachowania. Chiny chcą za wszelką cenę przeprowadzić olimpiadę bez zakłóceń, bez protestów, w pozytywnym klimacie. Powszechnie też wiadomo, że zachodnia opinia publiczna reaguje zawsze bardzo mocno na wszelkie brutalnie tłumione manifestacje i protesty. Te protesty w Tybiecie manipulują więc zachodnią opinię publiczną, która to wywiera nacisk na swe demokratycznie wybrane rządy. Te próbują - przynajmniej czynią takie wrażenie jak długo temat ten zajmuje opinię publiczną - wymusić na Chińczykach pewne ustępstwa dla Tybetu. Lepszego momentu jak teraz przed olimpiadą Tybet nie miał i pewnie długo mieć nie będzie.

Protest tybetański to próba politycznej manipulacji. Manipulacji w pełni zrozumiałej i uzasadnionej, bo oni walczą o swe prawa do samostanowienia. Nie można im robić tutaj zarzutu, że sięgają też do takich środków.

2. Sytuacja w Tybecie od dawna jest daleka od ideału. Wszyscy wiemy bardzo dobrze od wielu lat, że Tybet jest okupowany przez Chińczyków, że prawa obywatelskie tam nie obowiązują, że zwyczaje tybetańskie są zwalczane. Jak dotąd jednak nie protestowaliśmy masowo przeciwko tej sytuacji, nie robiliśmy nic aby ją zmienić! konsumowaliśmy zadowoleni tanie produkty chińskie i ani przez moment nie myśleliśmy o bojkocie olimpiady w Pekinie. Zachód nie prowadził też zdecydowanej polityki w sprawie Tybetu. Tematu po prostu nie było.

Dopiero teraz po wybuchu tych krwawo stłumionych protestów obudziliśmy się i też protestujemy. No bo przecież coś trzeba zrobić, nie można się tej sytuacji biernie przyglądać. Nasz protest, chociaż bardzo słuszny, to moralne oburzenie wywołane przez aktualną sytuację. Tą wspaniałą cechą społeczeństw zachodnich - moralne oburzenie wobec łamania podstawowych praw ludzkich - można niestety wręcz dowolnie manipulować. Coś wydarzy się i my od razu protestujemy. Wołamy głośno o wolności i demokracji. I dosyć szybko zapominamy o tym i wracamy do naszej wygodnej codzienności.
Ta manipulacja naszym oburzeniem prowadzi też do pewnej akcyjności naszej polityki. Zamiast stałego dążenia do poprawy sytuacji w krajach takich jak Tybet robimy coś tylko z okazji takich wydarzeń. Akcyjność zastępuje wytrwałą i długoterminową politykę.

PS. Na ten jakże aktualny temat toczy się też zaciekła blogowa dyskusja, jak na przykład ta u Andsola.

czwartek, stycznia 10, 2008

Nasza klasa, a co potem?

Niedawno uległem presji publicznej (no może bardziej blogowej) i założyłem sobie konto na naszej klasie. Należę więc do tej "szalenie" elitarnej grupy 6 milionów Polaków, którzy się tam zarejestrowali.


Na początku poruszanie się po tej klasie wcale nie było zabawne. Leniwe serwery potrzebowały wieczność aby pokazać nową stronę. A najczęściej informowały mnie lakonicznie, że tego nie zrobią i żebym przyszedł kiedy indziej. Jednak od chyba wczoraj naszą klasę przeniesiono na nową serwerownię i wszystko działa cacy.


Bardzo szybko zorientowałem się w logice serwisu. Jest przejrzysty i łatwo zrozumiały, no a do tego ma całkiem przyjemną grafikę. Naprawdę dobrze zrobione!


Dosyć szybko też znalazłem moją klasę licealną i nawiązałem kontakt z 6 (z 42!) koleżankami i kolegami. Mojej klasy podstawowej jeszcze tam nie ma, a i mój wydział ze studiów jeszcze nie odczuł potrzeby wirtualnych spotkań.


Nieco powłóczyłem się tam po różnych klasach, oglądając profile ludzi, w większości bez zdjęć i tylko z podstawową informacją. Mało kto napisał o tym co teraz robi, albo coś więcej o sobie. Większość zamieszczanych tam komentarzy jest na temat wspaniałego wyglądu koleżanek i niekiedy nawet i kolegów. Pełno tam komentarzy w stylu - "Ach, wyglądasz wspaniale. Pomimo tych -dzieści lat absolutnie nic się nie zmieniłaś(łeś)." Oczywiście jest to szalenie przyjemne. Dochodzimy w tym momencie do wniosku, że chyba coś nie tak z naszym lustrem, bo ono pokazuje mam nieco inną osobę. Nie, nie chcę tu bynajmniej marudzić. Ludzie wyglądają naprawdę wspaniale, ale może kapkę za dużo tego krzyku o tym na naszej klasie.


W mojej klasie znalazłem też forum, o tym, że to już 35 lat od matury (tak, tak latka lecą ;-( ) i musimy się koniecznie spotkać. No a potem sporo życzeń świątecznych i noworocznych.


"No i co teraz się tam wydarzy?" - zapytuję z dużym zainteresowaniem. Nagle zbiera się na naszej klasie klasa, która naście lat się nie widziała. Wszyscy są zachwyceni, że "widzą" - chociaż to tylko wirtualnie - swoje koleżanki i kolegów. I co teraz? Czy rozpoczniemy intensywną korespondencję, czy zaczniemy się regularnie spotykać? A jeżeli tak, to czy do tego jest naprawdę potrzebna nasza klasa. Przecież spotykać można się w życiu realnym, a ci którzy chcą się z kimś z klasy spotykać na pewno to robią i nie potrzebują do tego naszej klasy. Większość ludzi z klasy mieszka przecież ciągle jeszcze w tym samym mieście, ale widują się tylko sporadycznie, gdzieś tam przypadkowo przy zakupach, czy na jakimś spacerku.


Czy może skończy się to tylko na tym, że opowiemy sobie ile mamy dzieci, żon, mężów, domów, samochodów, jaką to wspaniałą pracę mamy, gdzie to nie spędzamy urlopów i tak dalej? A potem zostanie tylko pustka i komunikacja powoli ustanie.


Czy może jednak nasza klasa jest w stanie znowu nas ponownie zbliżyć i wywołać to poczucie wspólnoty? Czy te stare emocje szkolne odżyją na tyle, że klasowe życie towarzyskie po nastu latach znowu zacznie kwitnąć? A no zobaczymy?


Ania próbuje właśnie znaleźć te dawne chwile, te klasowe flirty, ale jak pisze na swoim blogu nie jest to wcale takie łatwe!


Może ta notka brzmi nieco sceptycznie, więc chcę na zakończenie podkreślić, że ja osobiście bardzo, bardzo cieszę się z tego naszo-klasowego spotkania i będę się starał te kontakty pogłębić.


niedziela, stycznia 06, 2008

Tylko 7 kroków do nieśmiertelności!

Początek roku to ulubiony czas do podejmowania różnych postanowień, które najczęściej bardzo szybko są zapominane. Sądzę, że ten brak konsekwencji w realizacji postanowień wynika przynajmniej częściowo z pewnej nieatrakcyjności naszych celów. Bo czyż jest atrakcyjnym celem stosowanie diety lub regularna gimnastyka?

A gdyby tak zacząć Nowy Rok z naprawdę atrakcyjnym i ambitnym postanowieniem?

Gdyby tak powiedzieć sobie - "Będę żył(a) 1000 lat!"

Wiele z Was pewnie od razu wykrzyknie - "nie to absolutnie niemożliwe, to jakaś totalna bzdura!".


To fakt, że dziś to jest jeszcze nierealne, ale kto wie co będzie możliwe za jakieś dwadzieścia, czy maksymalnie trzydzieści lat.


Posłuchajmy proroka długowieczności
Aubrey de Grey. Otóż jest on zdania, że starość to taka sama choroba jak na przykład malaria czy inne. Starość to tak naprawdę najczęstsza przyczyna śmierci. Starość trzeba więc leczyć i jej zapobiegać tak jak inne choroby. A to będzie już możliwe w niedalekiej przyszłości.

Co trzeba więc zrobić aby żyć z tysiąc, albo przynajmniej pięćset lat?


Wydłużenie życia - de Grey używa raczej to pojęcie zamiast nieśmiertelności) - to po prostu zwalczanie negatywnych dla organizmu
efektów mutacji kodu genetycznego, usuwanie substancji odpadowych z organizmu i regeneracja komórek.

Program zatrzymania starzenia według
Aubrey de Grey to zwalczanie 7 podstawowych przyczyn starzenia się:

  1. Mutacje DNA (Cancer-causing nuclear mutations/epimutations)
  2. Mutacje w Mitochondriach (Mitochondrial mutations)
  3. Produkty odpadowe wewnątrz komórek (Intracellular junk)
  4. Produkty odpadowe pomiędzy komórkami (Extracellular junk)
  5. Utrata pewnych komórek (Cell loss). Komórki nie są zastępowane nowymi po obumarciu
  6. Starzenie się komórek (Cell senescence)
  7. Utrata elastyczności w tkance łącznej (Extracellular crosslinks)
Aubrey de Grey, biogerontolog i bioinformatyk, jest prezesem fundacji Matuzalema ( The Methuselah Foundation ), której celem jest wspieranie badań w zakresie poznania i zatrzymania procesów starzenia się (anti-aging). De Grey polaryzuje mocno swymi tezami środowisko naukowe i wzbudza tym zainteresowanie masowych mediów. Można i nim nieco poczytać tutaj, tutaj i tutaj

De Grey koncentruje się na medyczno-genetycznej stronie przedsięwzięcia. Wszelkie etyczne i demograficzne asapekty, wpływ takiej ilości ludzi na układ społeczny i sytuację na rynku pracy ignoruje raczej. Twierdzi, że nastąpią tu zmiany, ale nie będą one tak negatywne jak twierdzą jego krytycy. Przeludnienia nie będzie, bo ludzie będą mieli dużo mniej dzieci. Może ma rację, bo dzieci to na zachodzie już teraz strasznie malutko.

Z drugiej strony tak przyglądam się temu oryginalnemu naukowcowi i trochę zaczynają mnie ogarniać wątpliwości. Czy on aby rzeczywiście pracuje nad wydłużeniem życia? Patrząc na niego mam wrażenie, że udało mu się przyśpieszyć własne starzenie o jakieś trzydzieści! Bo czy tak wygląda ktoś kto ma 47 lat?

Zresztą zobaczcie sami:




czwartek, stycznia 03, 2008

Czy Kanibale są wśród nas?

Jak każdy bloger cieszę się z każdego odwiedzającego. Normalnie. Jest jednak pewna grupa gości, która budzi we mnie pewne obawy.


Przed wieloma miesiącami napisałem posta o wypadku kanibalizmu we Wiedniu. Krótka notka z okazji tego przykrego wydarzenia, nic szczególnego. Moim celem było raczej pokazanie pewnej manipulacji dziennikarskiej, a nie samo wydarzenie.


Od tego czasu trafia do mnie z wyszukiwarki google codziennie (!) kilka osób szukających czegoś tam pod hasłem "Kanibalizm".


Nie wiem czego tak naprawdę szukają te osoby i dlatego nie wiem czy mam się cieszyć czy raczej martwić z ich tych odwiedzin.


Wzywam więc szukających na moim blogu hasła "Kanibalizm" abyście napisali kilka słów o tym, czego tak naprawdę szukacie, co Was w tym temacie interesuje!


środa, grudnia 19, 2007

Kobieca siła!

Oto przykład zmian, które już zaszły i jeszcze szybciej zachodzić będą, a które stają się możliwe dzięki nowym technologiom. Całkiem młodziutka firma, 23andme, oferuje bardzo nietypowy webowy serwis. Otóż każdy za jedyne tysiąc dolców może dostać tam obszerne informacje o swym genomie. Ma to pomóc w rozpoznaniu możliwych chorób o podłożu genetycznym, a przede wszystkim w zatrzymaniu ich dalszego rozwoju.

23andme to szalenie ciekawa mieszanka dwóch nowoczesnych i bardzo zaawansowanych technologii: genetyki i informatyki (w tym przypadku aplikacja typu web 2.0).


Czy to nie jest absolutnie fenomenalne, że już dziś, zaledwie kilka lat po zdekodowaniu ludzkiego genomu, technika genetyczna jest tak doskonała, że praktycznie każdy - no każdy kto ma luźne tysiąc dolców ;O) - może przyjrzeć się dokładnie swym genom? Technika genetyczna wkracza więc bez uprzedzenia w nasze życie codzienne. Czy my jesteśmy już gotowi na jej przyjęcie?

Użytkownik 23andme otrzymuje bardzo współczesny i prosty serwis do dyspozycji. Serwis niewiele różniący się od innych serwisów socjalnych. Serwis, który w bardzo prosty sposób daje mu do dyspozycji okrutnie skomplikowaną technologię genetyczną. Serwis ten łączy w wyrafinowany sposób prostotę dzisiejszych socjalnych sieci z realnymi procesami, jak na przykład wysłanie próbki własnej śliny. 23andme ukrywa niejako przed użytkownikiem tę całą skomplikowaną maszynerię w tle oferując mu dokładnie te informacje, które go interesują w sposób bardzo przejrzysty i zrozumiały.

Ale to jeszcze nie wszystko. Założycielami tej firmy są trzy kobiety! Trzy zdecydowane, świetnie wykształcone, energiczne i przedsiębiorcze kobiety! Spójrzcie tylko na ich zdjęcia. Jakaż nieodparta siła kryje się pod tymi puklami włosów!

Ciekawy artykuł o paniach Linda Avey i Anne Wojcicki zamieścił Wired. A filmik z wywiadu z tymi paniami, w którym Linda Avey oprócz użycia swych atutów naukowo-przedsiębiorczych sięga również do prastarej broni kobiecej prezentując nam swoje długie nogi możecie zobaczyć poniżej albo tutaj.
Naprawdę warto chwilkę popatrzyć, niekoniecznie trzeba słuchać.



A marginesie donoszę posłusznie, że ta młoda osoba po prawej to Anne Wojcicki (chyba nasza z pochodzenia?). Anne Wojcicki jest żoną Sergey Brina, jednego z założycieli Google. Czy to tylko czysty przypadek?
Naprawdę nie chcę o tym myśleć co to będzie, jak Google zacznie mieszać w genetyce i założy na ten przykład bazę danych ludzkich genomów wraz z dobrą wyszukiwarką. ;-) To połączenie genetyki i informatyki w wydaniu Google będzie miało z pewnością potworną siłę rażenia.

czwartek, grudnia 13, 2007

Niby ten sam kościół, a jednak...

Na blogosferze (na przykład tutaj) sporo różnych dyskusji o kościele, jego wymaganiach wobec wiernych i różnych takich zachowaniach księży. Czytuje je od czasu do czasu i nie sposób nie zauważyć sporego kontrastu, między tym polskim kościołem a austriackim. Oto dwie małe historyjki o tym, że można inaczej:

Chrzest
Znajoma, która już przed laty rozwiodła się i żyje teraz z nowym partnerem chciała ochrzcić swoją malutką córeczkę. Swe pierwsze kroki skierowała do polskiego kościoła na Rennwegu. Ksiądz zwymyślał ją, powiedział, że o chrzcie nie ma mowy i kazał jej wrócić do poprzedniego męża (!), z którym miała ona ślub kościelny. Porada całkowicie bezsensowna i absolutnie nieżyciowa , wykazująca całkowity brak zainteresowania jej faktyczną sytuacją. Ta katolicka dziewczyna opuszczając ten kościół nie mogła dojść do siebie z oburzenia.

Kilka dni później udała się do pobliskiej parafii austriackiej. Ksiądz przyjął bardzo grzecznie i ze zrozumieniem. Chrzest oczywiście zrobi bardzo chętnie, nie ma problemu. "A czy rodzicami chrzestnymi mogą być osoby, które wystąpiły z kościoła?" - zapytała Polka. I z tym ksiądz tutejszy nie miał problemu!

Mowa pogrzebowa
Niedawno, nagle zmarł kolega z pracy. Młody chłop, poniżej czterdziestki, pełen życia, planów na przyszłość, pogodny, wesoły i towarzyski. Naprawdę szkoda go. Na pogrzeb w pod wiedeńskim miasteczku przyszło mnóstwo ludzi, bo człowiek był bardzo łubiany. Ksiądz wygłosił mowę, z której dowiedziałem się, że ten mój kolega wypisał się z kościoła już przed wielu laty. Ksiądz przyszedł na prośbę rodziny. Był świetnie przygotowany, znał wiele faktów z życia tego biedaka. Mówił o nim bardzo ładnie i wcale nie potępiał za wystąpienie z kościoła. Opowiadał o jego zainteresowaniach, jego fascynacji przyrodą i bardzo pozytywnym stosunku do życia i ludzi. Na tej podstawie ksiądz stwierdził, że chociaż ten mój kolega nie chodził do kościoła, to był prawym i bogobojnym (!) człowiekiem. Teoria nieco łopatologiczna, ale mowa pogrzebowa była naprawdę wspaniała. Pełna tolerancji i zrozumienia dla innych poglądów. Byłem szczerze wzruszony.

Ten austriacki ksiądz pokazał wysoką klasę i kulturę prowadzenia dialogu. Jakaż olbrzymia różnica do tej żenującej mowy na pogrzebie mojej mamy, a szczególnie ojca. Ksiądz, niesympatyczny i jakby obrażony (nie wiem czy na mnie, czy na ojca), mówił o zmarłych wyłącznie jako grzesznikach którzy błądzili w życiu, i tak dalej w tym stylu. Nic, absolutnie nic pozytywnego nie było w jego mowie, a jego wypowiedzi o moim ojcu były wręcz obraźliwe. Wtedy zagryzłem zęby i milczałem pełen oburzenia za ten brak szacunku. Sądziłem, że księża inaczej po prostu nie potrafią. Jak jednak widać można inaczej.

sobota, grudnia 01, 2007

Dzieci Internetu

Nie dalej niż kilka dni temu pisałem tu o olbrzymich zmianach w pokoleniowych układach, które internet wniósł w nasze życie. A tu proszę namacalny dowód tej zmiany.

Radek, człowiek bardzo młody, zamieścił na swym blogu wywiad z Kamilem. Kamil to autor poczytnego blogu i programista który właśnie wypuścił nowy serwis. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Kamil ma dopiero 13 lat! Tak, tak trzynaście. Obu Panom serdecznie gratuluję ich osiągnięć.

A w Webstop fajny post o tym 22-letmin gołowąsie Zuckerbergu, który jest szefem Facebooka - wart podobno 2 miliardy dolców!

Jak tak dalej pójdzie to zobaczycie, że całkiem wnet spełni się ma przepowiednia i na scenie pojawi się nowa generacja twórców nowych serwisów już w wieku przedszkolnym. ;o)

wtorek, listopada 27, 2007

Zachwiana równowaga pokoleń

Przeglądając ostatnio gazety zwróciłem uwagę na niemiecką statystykę na temat użytkowników Web 2.0. Według tej statystyki to przede wszystkim młodzi ludzie - często bardzo młodzi, bo poniżej 20 lat - tworzą te 2.0 webowe treści. To oni, przeważnie piszą blogi, publikują coś, tworzą podcasty, robią filmiki. To oni są autorami artykułów w wikipedzie.

W sferze konsumpcji tych informacji równowaga pokoleniowa wyrównuje się. Starsze roczniki zaglądają chętnie do 2.0 webowych serwisów i oglądają zamieszczone tam przez ich dzieci treści.

"Co się dzieje? Świat staje na głowie" - pomyślałem.

Kiedyś encyklopedie tworzyli sędziwi profesorowie, bardzo sławni i wybitni w swym fachu, o znanych nazwiskach. Dzisiaj natomiast ich twórcami są w dużej mierze uczniowie szkół średnich, którzy zamiast grzecznie pobierać nauki i słuchać starszych wymądrzają się fachowo na różnych forach.

Tak, to olbrzymia zmiana w stosunkach pokoleniowych. Przez wieki dzieci, młodzież uczyła się od dorosłych. W każdym plemieniu istniało coś takiego jak rada starszych. Sędziwi mędrcy przekazywali swą wiedzę młodszym.

A dzisiaj na co nam przyszło. Zamiast przekazywać dzieciom naszą z takim mozołem zdobytą wiedzę i mądrość konsumujemy potulnie ich twórczość.

Młody czytelniku, jeżeli takowi czytują tego bloga, nie ciesz się zbytnio z tej chwilowo dla Ciebie korzystnej sytuacji. Dzisiejsze przedszkola są pełne potencjalnych twórców, którzy już jutro przejmą pałeczkę i będą nas pouczać. Cie choroba, w jakich to faszynujących czasach żyjemy.

Chyba jedyna instytucja, która opiera się (jeszcze) tym niebezpiecznym trendom to kościół katolicki. Tam dopiero gdzieś tak około siedemdziesiątki można zabierać głos.

środa, listopada 21, 2007

Czy ludzka natura może zmienić się?


Pewien mój znajomy, zdecydowany zwolennik konserwatyzmu, odrzuca wszelakie teorie postępu twierdząc, że tak naprawdę nic się nie zmienia. I nic się zmienić nie może, bo natura ludzka ciągle taka sama jest. To co uważamy za postęp to tylko technologiczne gadżety na powierzchni.

Ja, zdecydowany zwolennik postępu i rozwoju moralnego ludzkości, oczywiście nie zgadzam się z nim twierdząc, że te wszystkie zmiany mają też pewien wpływ na naszą naturę i czynią nas powoli lepszymi.

Czasami jednak są takie dni, że nawet moje głębokie przekonanie o ciągłym, chociaż dosyć powolnym postępie moralnym ludzkości zostaje poważnie zachwiane. Chociaż bardzo niechętnie muszę wtedy przyznać rację memu znajomemu.

Przed paroma dniami zorganizowałem spory Event na temat bezpieczeństwa w naszej firmie. Chociaż mieliśmy około 280 zgłoszeń na wszelki wypadek przygotowaliśmy wszystko dla 350 osób. Na każdym krzesełku położyliśmy woreczek z broszurką na temat podstawowych zasad bezpieczeństwa. No a do tego, co najważniejsze, software antywirusowy! Rozdawaliśmy go za darmo.

Przyszło około 250 osób. Wysłuchali grzecznie przygotowanych z dużym nakładem pracy prezentacji i zadali na koniec kilka nawet rozsądnych pytań. A potem splądrowali wszystkie pozostałe woreczki! Rzucali się wręcz na nie i wyszarpywali z nich te DVD z software. Szybkim krokiem, prawie biegiem, przesuwali się wzdłuż rzędów i przeszukiwali pozostawione woreczki. Niewiele brakowało, żeby zaczęli sobie te DVD wyrywać z ręki i bić się o nie.

Ja i inni prezenterzy staliśmy jak skamieniali ze zdumienia przyglądając się temu "spektaklowi". A nasza publiczność absolutnie bez żenady, tuż przy nas nerwowo wypróżniała ostatnie woreczki z zawartością. Te w pierwszych rzędach.

Zażenowany ich zachowaniem odwróciłem wzrok i zacząłem dumać o naturze ludzkiej. O jak widać bezgranicznym wpływie ludzkiej chciwości na ich zachowanie. W pogoni za jakimś tam barachłem, co im oferujesz za darmo zapominają o dobrym wychowaniu i wszelkich innych im (nam?) w domu i w szkole z takim mozołem wpajanych zasadach zachowania. A przede wszystkim w ogóle wstydu nie mają.

A potem znowu inna refleksja. Czy ja jestem tak naprawdę taki całkiem inny niż ci przeszukiwacze torebeczek? Czy to może tylko kwestia sumy, bo podobno każdego można kupić? Czy w ogóle istnieje ktoś, dla kogo zasady moralne są ważniejsze niż zyski materialne? Mam naprawdę głęboką nadzieję, że tacy ludzie istnieją.

piątek, października 26, 2007

Prawo własności intelektualnej

Właśnie stałem się ofiarą przestępstwa. Naruszono w sposób bezczelny moje prawo autorskie.

Jak niedawno pisałem bywam ostatnio dosyć często na różnych fachowych konferencjach, prezentując tam co nieco. Zwyczajem tych konferencji jest, że ich uczestnicy mają potem dostęp do wszystkich prezentacji, opublikowanych w formie pdf

Wczoraj znajomy z innej firmy poinformował mnie, że był na tak zwanym business breakfast znanej firmy. Jeden z pokazanych tam prezentacji wydała mu się znajoma. Przesłał mi ją i cóż widzę. Trzy moje slajdy - bardzo detaliczne, a jednocześnie łatwo zrozumiałe. Kosztowały kilka dobrych dni pracy. - skopiowane bez żadnej zmiany! i bez żadnej wzmianki o ich pochodzeniu!

Bezczelna kradzież mojej, czy mojej firmy, własności intelektualnej!

Pierwszy raz zdarza mi się coś takiego. Nie bardzo jeszcze wiem co mogę zrobić w tej sytuacji. A no zobaczymy jak dobrze działa ochrona praw autorskich w Austrii.