Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, września 03, 2008

Urlop z psem

Dosyć urlopowo u mnie ostatnio. Ten tydzień to tylko taka krótka przerwa między urlopami. Fajnie jest, ale powrót do rzeczywistości ciężki będzie, oj ciężki! ;(

Poprzedni tydzień spędziłem nad Lago di Garda z psem. Urlop z psem nie jest łatwy. Nie wszystkie hotele przyjmują czworonoga, nie wszędzie można z nim pójść - praktycznie na wszystkich plażach nad jeziorem obowiązuje zakaz dla psów -, no i do tego ten upał.

Pomimo to fajnie było i nawet chwilki czasu nie miałem na te tam socjalne serwisy i internet. ;)

piątek, czerwca 06, 2008

Pisane w drodze

Taki przynajmniej miałem zamiar. Chciałem na gorąco opisywać moje urlopowe spostrzeżenia i przeżycia. Przecież internet jest wszędzie dostępny, a to z internetowych kafejek, źle zabezpieczonych WLAN-ów czy w ostateczności, ale za wprawdzie strasznie drogie pieniądze, poprzez komórkę.

Wyszło jednak całkiem inaczej. Internetowych kafejek to aż tak dużo nad jeziorem Garda nie ma, WLAN-y ludzie zabezpieczają całkiem dobrze. Przede wszystkim jednak zwyciężyło totalne lenistwo.

Nie miałem absolutnie ochoty na zaglądanie do internetu, na wiadomości ze świata. Takie dwa tygodnie bez tego codziennego szumu człowiek chyba od czasu do czasu potrzebuje, co nie? Co ciekawe wydaje się, że to odcięcie od świata wirtualnego przeżyłem bez zbytniego - chyba? - uszczerbku. A więc życie tylko w realu jest ciągle jeszcze możliwe!


Chociaż pogoda była kiepska odpocząłem więc wyśmienicie wędrując z naszą psiną nad jeziorem i po okolicznych górach. Gino bawił się w taternika i zdobywał jeden szczyt za drugim czego dowody zamieszczam tutaj. A wieczorami w miasteczku pobijał serca młodych Włoszek, które bez żenady i zachwycone obejmowały go. Trochę mu tego zazdrościłem.;-(




czwartek, grudnia 27, 2007

A w góry zawitała już prawdziwa zima

Aby na chwilkę małą odetchnąć od jedzenia przysmaków świątecznych wybraliśmy się wczoraj w pobliskie góry. Już godzinę drogi od Wiednia znajduje się fajny kurort górski - Semmering. Miejscowość leży na wysokości 1000 m.n.p.m, a okoliczne górki dochodzą do 1500 m. Kilka tras zjazdowych i do biegania na nartach czeka na chętnych. A i szlaków dla spacerowiczów tu nie brak.

śnieżna czapa

W górach już pełno śniegu - około 90 cm. Zimno tu też, ale za to słonecznie. Te góry obsypane śniegiem w pełnym słońcu to naprawdę wspaniały widok! Kilka takich widoczków znajdziecie na Flikr.

środa, grudnia 26, 2007

Wakacyjne wspomnienia

Te krótkie, zimne, no i z reguły ponure dni zimowe to dobra okazja do zerknięcia do letnich fotek z ciepłego urlopu. To nieco rozgrzewa i niewątpliwie poprawia nastrój. Od następnego letniego urlopu przecież dzieli nas już tylko kilka miesięcy!

Droga do Pregasiny

I ja nareszcie znalazłem chwilkę czasu aby trochę posortować zdjęcia z naszego wrześniowego, króciutkiego, ale jakże wspaniałego urlopu na jeziorem Garda. Pogoda była wrześniowa, więc ciepło, ale już nie upał. Wyśmienita do długich wędrówek. Na przykład z Riva del Garda do Pregasina wąziutką, górską dróżką tuż nad samym jeziorem. Albo nad samym jeziorem od Navene do Malcesine i dalej na południe.

Plaża w Navene

Gdzie by nie pójść wszędzie wspaniałe widoki. Trochę więcej ich możecie znaleźć na Flickr.

piątek, października 26, 2007

Londyńskie księgarnie

Dużą część mego pobytu spędzam w tutejszych księgarniach. Są naprawdę wspaniałe. Waterstone, Borders, Foyles, Blackwell czy nawet WHSmith oferują mnóstwo książek. Duża księgarnia Borders przy Charing Cross Road jest do tego otwarty aż do jedenastej wieczorem! Mnóstwo ludzi siedzi na podłodze - jest kilka fotelików, ale chętnych dużo więcej - i wertują w niezliczonych książkach. Nastrój taki, że nie sposób wyjść bez książki. Angielski- czy może raczej angielsko-języczny rynek książkowy oferuje masę fajnych książek popularno-naukowych czy tematycznych. Są one napisane bardzo przystępnym, takim normalnym językiem. Piszą je naukowcy lub dziennikarze specjalizujący się w tematach naukowych. Czyta się je naprawdę z przyjemnością.

Naprawdę nie rozumiem dlaczego w Polsce czy Niemczech albo Austrii takich książek praktycznie nie wydaje się. Na półkach u nas pełno tylko romansów i kryminałów, albo książek naukowych napisanych tak, że poza małym gronem wtajemniczonych nikt ich nie rozumie. Ponieważ tych różnych powieści już od lat nie czytam, to opuszczam polskie czy niemieckie księgarnie z pustymi rękami. Poszperałem trochę w internecie i jak widać na przykładzie książki Taleba takie książki jednak ukazują się. Tak więc to chyba przede wszystkim problem księgarni, które takich książek w ogóle nie mają na półkach lub je fatalnie eksponują. A to jest przecież też niezmiernie ważne.

W Londynie jest inaczej. Za każdym razem wracam z kilkoma, a niekiedy kilkunastoma książkami. Tym razem nabyłem:

- "Fooled by Randomness" - Nassim Taleb pisze o tym, że przypadek rządzi naszym życiem w dużo większym stopni niż to nam się wydaje.
- "The Undercover Economist" - Tim Harford daje proste i ciekawe wyjaśnienie podstawowych reguł ekonomii, na przykładzie codziennych problemów.
- "The Human Touch" - Michael Frayn rozważa jaki wpływ ma nasze świadome postrzeganie kosmosu na niego. Chyba, jeżeli dobrze zrozumiałem, chodzi mu o to czy kosmos tak naprawdę może istnieć poza naszą świadomością.
- "Ten Minutes Mysteries" - Albert Jack próbuje wyjaśnić znane tajemnice ostatnich czasów, Jak na przykład trójkąt bermudzki.
- "On Royalty" - Jeremy Paxman spędził sporo czasu towarzysząc księciu Charlesowi i opisuje życie dworskie dzisiaj i w przeszłości.
- "The God Delusion" - Richard Dawkins udowadnia po raz któryś, że Bóg to tylko wytwór naszej wyobraźni.
- "Hannibal Rising" - Thomas Harris to autor bestsellerów, no i skusiłem się na jego powieść.

Pewną zachętą w zakupie książek tutaj są popularne akcje jak "3 for 2" - kupujesz trzy książki, a płacisz za dwie - , czy "Half Price" - druga książka jest za pół ceny.

wtorek, października 23, 2007

Londyńskie spacery


Weekend był bardzo udany. Pogoda wyśmienita - słonecznie i 14 stopni, całkiem inna niż powszechne mniemanie o tej Londyńskiej mgle i deszczu - do długich pieszych spacerów. Piesze wędrówki to moje ulubione zajęcie. Potrafię spędzić cały dzień "w drodze". Wieczorem nóg nie czuję, ale następnego dnia ruszam znowu na odkrywanie Londynu.

Londyn to moje ulubione miasto. Moja przygoda z nim zaczęła się przed laty już prawie dwudziestu. W pewien marcowy dzień roku 1989 wylądowałem na lotnisku Gatwick, aby w Londynie zdać ważny (chyba przede wszystkim z ambicjonalnych względów) egzamin. Już wtedy biegałem zafascynowany tyn miastem i jego mieszkańcami do późnego wieczora. Od tego czasu odwiedzam to miasto bardzo regularnie (o czym również już tutaj pisałem), włóczę się się po londyńskich ulicach, siorbię piwko w pubach, piję kawę w niezliczonych barach kawowych i podpatruję tutejsze życie. Jest coś naprawdę wyjątkowego w tej londyńskiej ulicy.

Zahartowana nacja.
Pamiętam jeszcze dobrze Londyn z czasu mych pierwszych podróży w latach osiemdziesiątych, czy na początku lat dziewięćdziesiątych. Puby jak również inne lokale były niejako odseparowane od ulicy drzwiami i grubą z reguły nieprzezroczystą szybą okienną. Europejski trend to spędzania czasu na ulicy dotarł w między czasie nawet do Londynu. Dzisiaj praktycznie przed każdym pubem, restauracją czy barkiem stoi kilka stolików na ulicy.

Ludzie jędzą coś tam i popijają jak widać bardzo chętnie na świeżym - jeżeli to londyńskie zasługuje na takie określenie - powietrzu. Siedzą tak nawet do późnego wieczora chociaż teraz jesienią jest już raczej dosyć chłodno, tak około 7 stopni.

Podziwiam tę odporność na chłód "prawdziwych" Anglików. Chłopcy z krótkimi rękawami, dziewczyny z gołymi nogami, a niektóre nawet w sukienkach z dużych dekoltem to normalny widok na londyńskich ulicach. Ja zakutany w gruby sweter i kurtkę, a oni biegają pół nadzy. Do tego naprawdę nie robią wrażenia zmarzniętych. Dlaczego więc mi jest zimno?

Picie na ulicy
Innym ulubionym "sportem" londyńskim jest picie na ulicy. W porze lunchu albo wieczorem wokół pubów gromadzą się zbyt lekko jak na porę roku ubrani ludzie. Stoją w grupkach, absolutnie nieczuli na chłód i bawią się wyśmienicie popijając przy tym. Przechodząc obok myślisz, że lokal jest wypełniony po brzegi i dla tych stojących na ulicy już tam nie ma miejsca. Jeżeli jednak zajrzysz do środka to zdziwisz się mocno. Wprawdzie i w środku pełno ludzi, ale jeszcze sporo miejsca. Duża część tych z ulicy zmieściłaby się tam.

Dlaczego więc stoją na ulicy zamiast wejść do pubu? Może to efekt przepisów zabraniających palenie w lokalach. Albo po prostu londyńska potrzeba marznięcia?

poniedziałek, października 22, 2007

Londyn i inne podróże

19.10.07, piątek po południu.


Jestem właśnie na lotnisku (Schwechat) i czekam na lot do Londynu. Przede mną londyński weekend, a potem konferencja RSA.


Za mną nieco zwariowany tydzień. Monachium, Berlin, a teraz Londyn w ciągu jednego tygodnia! W między czasie ISO 27001 audit - pozytywnie zakończony - no i oczywiście parę innych trochę bardziej normalnych czynności.


Mam nadzieję, że nieco odpocznę w tym Londynie. Ostatnio - no to trwa już sporą chwilę - jestem ciągle zmęczony i niewyspany. I to niezależnie od ilości snu. B twierdzi, że to objaw przemęczenia ostatnich lat. B mówi, że to zmęczenie gromadziło się w moim przypadku od lat co najmniej dziesięciu i jeden czy dwa dni odpoczynku nie mają na nie żadnego wpływu. Wygląda, że ma rację.


Jak nie wypocznę, to może przynajmniej na parę dni zapomnę o tych normalnych problemach dnia codziennego. No i może trochę pomyślę o moim życiu. Okazja do tego dobra, bo właśnie są moje urodziny. Urodziny w wieku nazwijmy go bardzo dojrzałym to nie jest zbyt radosny moment. Przypomina on nam bardzo wyraźnie o przemijaniu.


Niestety nie obowiązuje mnie już od bardzo dawna ta reguła sprawdzania wieku, którą przeczytałem kiedyś w jakimś pubie. W dowolnym tłumaczeniu brzmi ona tak - "Jeżeli jesteś na tyle szczęśliwy aby wyglądać na mniej niż 21 lat, to będziesz musiał nam pokazać, że już ukończyłeś lat 18, aby zamówić alkohol". Nie, ja już nie jestem takim szczęściarzem :-((.

poniedziałek, maja 07, 2007

Londyńskie Puby

Londyńskie puby są słynne i znane chyba na całym świecie. Ja również uwielbiam tam przebywać. Co jest w nich jednak tak wyjątkowego, czego nie ma gdzie indziej?
The Elephant Castle
Już z zewnątrz puby rzucają się mocno w oczy. Kolorowe, z dowcipnymi nazwami i barwnymi szyldami i herbami widoczne są z daleka. Szczególnie dobrze wyglądają wieczorem przy sztucznym świetle. To zachęca aby zajrzeć do środka.

W środku oczekuje nas z regóły tłum ludzi i bałagan. To właśnie ten (pozorny) nieporządek czyni chyba tę specyficzną atmosferę. Pubowe wnętrza często są podzielone na kilka sfer o różnym charakterze. Gdzieś tam są normalne stoły, gdzie indziej fotele i niekiedy nawet kanapy, a w okolicy baru wysokie stoły. Stoły i krzesła rozrzucone są jednak dosyć chaotycznie po całym pomieszczeniu.

Earl of Lonsdale przy Portobello Road
To różni puby drastycznie od normalnych restauracji, gdzie stoliki ustawione są w bardzo regularne rządki. Wszystko ustwawione prościutko i równo jak pod sznurek. W tych restauracjach panuje porządek aż do przesady.

Ten układ lokalu z pewnością wpływa na nasz nastrój i sposób zachowania. Pub sygnalizuje już od samego wejścia, że można w nim czuć się swobodnie, bez wymuszonej sztywności.

W pubie każdy robi co chce. Jedni czytają coś tam, inni gapią się na gości, ktoś zerka na wielki ekran telewizora, a większość gaworzy w mniejszych lub większych grupkach. Kelner nie stoi mam ciągle nad głową i wymusza dalsze zamówienia, a kiedy nic nie zamawiamy daje do zrozumienia, że mamy zwolnić stolik dla innych gości. Pub to niejako lokal wielofunkcyjny, coś w rodzaju klubu, w którym po prostu można dobrze spędzić czas.

Bywalcy pubów są tolerancyjni. Chociaż każdy pub ma grono stałych gości, którzy przychodzą tu regularnie i znają się dobrze, to bez obaw może tu zajrzeć też obcy. "Tubylcy" albo nie zwracają na niego uwagi, albo wicągają w rozmowę. Obcy nie odczuwa wrogości "tubylców". Razu jednego nawet oglądałem z nimi, siedząć całkiem w środku tej grupy, jakiś mecz. Oczywiście nie znałem tam nikogo, ale było bardzo fajnie. Wspólne oglądanie meczy na wielkim ekranie telwizyjnym to też jedna ze specjalności angielskich pubów.

Blackbird przy Earls Court Road

Po południu, czy w trakcie lanchu, kiedy wszyscy wychodzą z pracy i idą do pubu to panuje tam prawdziwe oblężenie. Pubowi goście wylewają się wtedy na ulicę i stoją w grupkach, każdy ze szklanką piwa w ręku. Czegoś takiego nie widziałem w innych krajach.

Pubów w Londynie jest bez liku. Jeżeli ktoś szuka jakiegoś bardzo trudnego celu to proszę oto on - wypicie przynajmiej jednego piwa w każdym pubie w obrąbie wielkiego Londynu. Ostrzegam, że to bardzo trudne zadanie i to z dwóch powodów. Pubów w Londynie jest mnówstwo, a na jednym piwie naprawdę trudno poprzestać.

wtorek, maja 01, 2007

Londyńskie migawki

Znowu Londyn. Po nie wiem już sam który raz. Podróż trochę służbowa, a trochę prywatna. Te stare, niezbyt zadbane, szalenie drogie, przeludnione i wielkie miasto ma jednak swój urok. Przynajmiej na mnie działa ten codzienny chaos, ta mieszanka stylów, ten styk bogatcwa z biedotą, elegancji z kiczem, ten wielobarwny i wszechobecny tłum ludzi jakoś tak szczególnie. Za każdym jestem zauroczony. Już w zeszłym roku rozpisałem się nieco o tym mieście tutaj, więc tym razem tylko krótkie migawki.

Stolica herbaty

Anglia uchodzi w powszechnej opini za kraj wyjątkowych znawców i smakoszy herbaty. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu na Trafalgar Square ustawiono przeszło 70 tysięcy filiżanek. Ponoć tyle herbaty wypija w trakcie swego życia przeciętny anglik.

Tym bardziej trudno zrozumieć prawie całkowity brak specjalistycznych sklepów z herbatą. Sklepów w których można kupić te Assamy, Darjeelingi, Ceylony czy Yunany dobrej jakości (FTGFOP czy GBOP), sklepów w których pojęcie First Flush bynajmiej nie jest obce. Oczywiście herbata w supermarketach jest, ale tam sprzedają wyłącznie produkty masowe.

Chociaż schodziłem niejedne buty na niezliczonych londyńskich ulicach, to z trudem znalazłem dwa takowe sklepy. Jeden to Twinings przy Strand 216. Owszem jest tam trochę herbat tej firmy. Większość z nich to tak zwane Blend, czyli mieszanki różnych gatunków. Czystych, porządnych herbat tam nie ma.


Drugi sklep, który z trudem odkryłem, to Wittard przy Brompton Road 203. W tym sklepie można nabyć kilka ciekawych herbat, jak na przykład Keemun czy Nilgiri. Wybór nie jest jednak zbyt duży.

Oczywiście herbatę też prowadzi Herrods. Można tam kupić raz puszkę firmową Herrodsa, ale po za tym nie polecam, bo drogo. Tam płaci się za tę nazwę.

Ten brak małych specjalistycznych sklepów z herbatą zdumiewa mnie nieco, bo w mieście dużo mniejszym i bez takiej tradycji picia herbaty, jakim jest Wiedeń, znam osobiście siedem czy nawet osiem sklepów oferujących duży asortyment czarnych, zielonych i owocowych herbat. Ceny raczej wysokie, ale tak to już jest, że jakość sporo kosztuje.

Toffee

Najlepsze Toffiee to te firmy Thortons. Drogie, ale naprawdę wyśmienite. Można je kupić w firmowych
sklepach tej firmy, przy Oxford Street, albo w maleńkim sklepiku w przeuroczym Covent Garden.

poniedziałek, kwietnia 16, 2007

Tulipomania

Taka mania tulipanowa ogarnęła nas ostatnio. To znaczy dokładnie od czasu kiedy B przed czterema laty zakochała się w Amsterdamie. Od tego momentu jeździmy tam każdego roku. To naprawdę fascynujące miasto z bardzo ciekawą historią.

Tulipany odegrały znaczącą rolą w histori tego miasta, a właściwie całej Holandii. Na początku 17 wieku Holendrzy zakochali się w tym pięknym, wtedy bardzo egzotycznym kwiecie. Tulipan stał się bardzo modny i był też pewnym symbolem dostaku. Bogaci kupcy i rzemieśnicy holenderscy byli gotowi płacić praktycznie każdą cenę za cebulki rzadkich gatunków tulipana. Semper Augustus, absolutnie najbardziej rzadki i uchodzący za najpiękniejszy gatunek, był praktycznie bezcenny - kilka cebulek posiadał jedynie naówczas najbogatszy Holender, kupiec Jacob Poppen - tak, tak kupiec, a nie szlachcic. Inne atrakcyjne rodzaje, jak Admirael albo Violetten, osiągały zawrotne ceny. Za jedną cebulkę można było kupić porządny dom! Nawet dosyć pospolite gatunki osiągały bardzo wysokie ceny. Kilka takich cebulek było tyle warte co całoroczny dochód średnio zamożnego kupca.


Wobec takiego zainteresowania pobyt był dużo większy niż podaż. Wnet rozpoczęła się wielka spekulacja tymi cebulkami. W kilkuset gospodach rozsianych po całej Holandii handlowano od rana do późnej nocy. Od każdej zawartej transakcji potrącano mały procent, za który wszyscy w karczmie jedli i pili.


Najpierw handlowano jedynie od późnej wiosny do jesieni rzeczywistymi cebulkami. Rychło jednak pomysłowi Holendrzy znaleźli sposób na tą przymusową przerwę w handlu i wynaleźli opcje. Od tego momentu handlowano opcjami na cebulki w ziemi. Transakcje były w zasadzie przyszłościowe (future), bo ich finalizacja miała nastąpić po przekwitnięciu kwiata. Pomino to, te opcje w ciągu roku wielokrotnie zmienały właściciela.


Kiedy jedna cebulka tulipana była już dla większośći kupujących za droga zaczęto ją dzielić. No nie tak naprawdę. Ważono je tylko i handlowano uncjami. Tak, tak tymi samymi, którymi waży się złoto, tylko że uncja cebulki była droższa niż złoto. W ten sposób Holendrzy wynaleźli coś w rodzaju share. Zapewniło to dopływ świeżej gotówki do tych swoistych giełd w karczmach. Gotówka napływała teraz od drobnych graczy, z których wielu zrezygnowało ze swego zawodu i poświęciło się spekulacji, a nie tylko od bogatych kupujących. Fama o wielkich i szybkich pieniądzach, które można zarobić na handlu tulipanami jakiś jescze czas przyciągała coraz to nowe rzesze spekulantów. Liczba ich była jednak wnet wielokrotnie wyższa od liczby kupujących.


Jednego zimowego ranka w lutym roku 1637 w Haarlemskiej gospodzie - Haarlem był absolutnym centrum handlu tulipanami - nastąpił nieunikniony kolaps. Zabrakło kupujących, a sprzedawcy wpa

dli w panikę. Tak oto doszło do pierwszego poważnego kryzysu w historii giełdy. Giełdy, która jeszcze wtedy formalnie nie istniała.


Holendrzy to bardzo inteligentny naród i udało im się wyjść z tego kryzysu bez zbytniego uszczerbku. O całej tej mani tulipanowej opowiada pasjonująco Mike Dash w swej książce "Tulipmania".Gorąco polecam tę książkę wszysztkim miłośnikom Holandii, tulipanów i zainteresowanym historią giełdy. Chyba niestety nie jest ona dostępna w języku polskim.


Dla nas jedną z wielu atrakcji w Amsterdamie jest bardzo długi pobyt na tamtejszym targu kwiatowym. Kończy się on zakupem większej ilości cebulek, przede wszystkim tulipanowych. W zeszłym roku nabyliśmy ich 150. Jesienią zasadziłem je przykładnie w ogródku koło tych z poprzedniego roku. Dzięki łagodnej zimie wystawiły już swe łepki i otwierają powoli te wielobarwne kielichy. Ah, gdybym tak jeszcze bywał częściej za dnia w domu aby móc je podziwiać!





piątek, grudnia 29, 2006

Ani tu ani tam

To udany tytuł książki Billa Brysona "neither here nor there - travels in europe". To też niejako kontynuacja jego opisu amerykańskich podróży, które tak dobrze przedstawił w "The Lost Continent".

Całkiem niedawno jego inna książka - "A short history of nearly everything" - była przez dłuższy czas na czele angielskiej listy bestsellerów. Chyba w między czasie ukazała się również w Polsce - wydaje mi się, że mignęła mi w jakieś księgarni w Bielsku Białej.

Bill Bryson to Amerykanin w słusznym wieku, który od wielu lat żyje w Anglii. Jego sposób widzenia Europy jest nieco inny od naszego. Nic dziwnego. Przecież już nawet Anglicy mają pewne problemy z kontynentem, jak zwykli nazywać wszystkie inne kraje Europy.

Bryson potrafi dostrzec w całkiem zwyczajnych sytuacjach coś niezwykłego i charakterystycznego dla danego kraju czy miasta.
W Paryżu spostrzegł od razu ten brutalny ruch samochodowy. Opisuje z odrobiną przesady, ale bardzo trafnie swoje kłopoty przy przechodzeniu przez ulicę z kilkunastoma pasami, a zielone światło świeci się tak krótko, że starczy go tylko na kilka z nich. Ruch samochodowy w Paryżu jest naprawdę dziki. Jeździłem tam samochodem tak spięty jak nigdzie indziej. Nawet w Rzymie łatwiej jeździ się, a to już coś znaczy. B. po każdym przejściu przez ulicę, zwykła mawiać, że tym razem jeszcze uszła z życiem.

Bryson opisuje z dużą dozą humoru różne swe drobne niepowodzenia i kłopoty w trakcie podróży. Nawet tak banalne sceny, jak ta kiedy w Oslo usiłuje bezskutecznie przekonać upartą bileterkę aby wydała mu bilet - który on dużo wcześniej zamówił, ale przyjmujący zlecenie w biurze podróży przekręcił jego nazwisko - kilka minut przed odjazdem autobusu do Hammersfest, w opisie Brysona nabierają dużej plastyki.

Bryson potrafi też być złośliwy. Jest zdumiony Brukselą, miastem, które nie ma niczego charakterystycznego. Nie leży ani nad morzem, ani w górach ani nie ma wielkiego zamku czy klasztoru na pobliskiej górze. Ani nawet nie leży nad jakąś choćby małą rzeką! To fakt niewyobrażalny dla Brysona, fakt który dosadnie potwierdza jego zdanie o Brukseli jako mieście brzydkim, nieciekawym i bez wyrazu. Jego konkluzja brzmi "The best thing that can be said for Brussels is that it is only three hours from Paris".

Również Austria nie znalazła zbytniego uznania w jego oczach. Innsbruck i Salzburg to miasta, w których można tylko kupić duperele dla turystów, a pogłoski jakoby Wiedeń leżał nad Dunajem, są trudne do sprawdzenia. To prawda, bo Dunaj płynie sporo oddalony od centrum miasta. Bryson opisuje zabawnie swą wyprawę w poszukiwaniu Dunaju, w trakcie której zagubił się gdzieś w olbrzymim Praterze. Poza tym dokopał Austriakom, za wybór Waldheima na prezydenta. Tę typowo amerykańską reakcję nie podzielam w całości. Waldheim był przedtem przez wiele lat sekretarzem generalnym ONZ. Dlaczego jego przeszłość wtedy nikomu nie przeszkadzała?

Jakie wrażenie wywarła Polska na Brysonie nie wiadomo. Niestety nie dotarł nad Wisłę.