niedziela, stycznia 31, 2016

Dobro Polski

Niedawno pisałem tutaj o pojęciu "dobro narodu", twierdząc, że jest one nieprecyzyjne i przez to może być dowolnie interpretowane. Wczoraj potknąłem się w jakimś artykule o zwrot "dobro narodu polskiego". I od razu pomyślałem, dlaczego autor nie napisał "dobro Polski". Czyżby "dobro narodu polskiego" to jest coś innego od "dobra Polski"? Dla mnie te pojęcia są jednoznaczne, ale jak widać nie dla wszystkich. "Dobro Polski" to dobro wszystkich polskich obywateli, to dobro polskiego społeczeństwa. Natomiast powiedzienie "dobro narodu polskiego" zakłada, że naród polski to nie są wszyscy obywatele Polski tylko jakaś bliżej nieokreślona podgrupa. Ktoś, kto uzurpuje sobie prawo do decydowania o narodzie polskim, może w sposób dowolny wykluczyć z niego grupy obywateli, którym z jakiegoś tam powodu odmawia przynależności do narodu polskiego. I to mi się nie podoba.

A tak mówi o pojęciu "dobro narodu" poetka Ewa Lipska:

"Dobro narodu nic nie znaczy i często jest tylko ideologiczną formułką. Dla mnie naród to obywatele. Zawsze ubolewałam nad tym, że nie jesteśmy krajem obywatelskim"


piątek, stycznia 22, 2016

Kto stworzył prawa fizyki?

Często słucham lub czytam wywiady z profesorem Krzysztofem Meissnerem.  Profesor Meissner to fizyk, który naprawdę potrafi wytlumaczyć współczesną fizykę tak, że nawet taki laik jak ja coś z tego rozumie.

Ostatnio profesor w tym wywiadzie (http://wyborcza.pl/duzyformat/1,149727,19410716,prof-krzysztof-meissner-czlowiek-nie-jest-mokrym-komputerem.html?disableRedirects=true) opowiadał sporo o kosmologii i pierwszych ułamkach sekundy (10 do -42 sekundy) istnienia naszego wszechświata i wspomniał przy tym, że jego zdaniem musi istnieć jakaś transcendencja czyli istota wyższa, która to ustanowiła takie a nie inne prawa natury. 

"...gdy myślę o tym, jak to się ma do tego, co uprawiam, czyli do fizyki cząstek elementarnych i bardzo wczesnego wszechświata, to podstawowym dla mnie pytaniem, wręcz kluczowym, jest: dlaczego istnieją prawa fizyki? Dlaczego świat jest poddany prawom?"

Otóż profesor Meissner twierdzi słusznie, że fizyka potrafi dobrze wytłumaczyć jak działają prawa fizyki. Jednak na pytanie dlaczego te prawa są takie, jak je fizycy opisują w swoich teoriach współczesna fizyka nie ma odpowiedzi. I to jest właśnie miejsce na transcendencję  która wprowadza prawa fizyki w całym wszechświecie. Profesor Meissner jest zdania, że prawa fizyki nie mogą być wytworem tego znanego nam wszechświata, one muszą pochodzić z poza tego wszechświata. 

Profesor Meissner mówi: "Ja sobie nie wyobrażam, żeby wszechświat sam z siebie uzasadnił to, że jest tak niebywale zorganizowany. Kurt Gödel, austriacki logik i matematyk, powiedział: "Jeśli chcesz opisywać język, musisz wejść na poziom metajęzyka". Jeżeli więc chcemy zrozumieć świat, jego działanie, ale nie na poziomie, że mamy jakąś przyczynę i jakiś skutek, tylko dlaczego w ogóle tak się dzieje, dlaczego istnieją prawa, to musimy wejść na poziom metaświata."

Ten poziom "metaświata", który nadaje kształt naszemu wszechświatowi, professor Meissner nazywa transcendencją, czyli istotą wyższą. 

Pomysł na transcendencję  która uruchamia wszechświat i nadaje mu kształt i sens nie jest nowy i ma wielu wyznawców.  Wyznawcy trancendencji uważają, że jest ona praprzyczyną, nadaje kszałt i sens naszemu wszechświatowi, decyduje o obowiązujących w nim prawach fizyki. Transdencencja jako byt doskonały sama nie potrzebuje zewnętrznej przyczyny, jednocześnie spełniąjąc tę rolę wobec wszechświata. Wszystko inne potrzebuje jakiś czynnik zewnętrzny tylko transcendecja nie. To złamanie idei przyczynowości, jest poważną wadą tej idei. Nic nie może powstać z niczego, więc jakaś transcendencja (istota wyższa) musiała stworzyć wszechświat wraz z jego prawami. Można jednak w tym przypadku zapytać kto stworzył tę transcendencję?  Bo przecież i do niej należy zastosować zasadę, że nic nie może powstać z niczego. Jeżeli jednak transcendencja nie potrzebuje zewnętrznej przyczyny aby zaistnieć i może sama dla siebie być swym początkiem i przyczyną, to równie dobrze można założyć, że znany nam wszechświat ma też tę zdolność tworzenia się i nadawania sobie pewnego kształtu. Również ta teoria ma wśród fizyków wielu wyznawców, a Lawrence Krauss napisał nawet obszerną książkę "A universe from nothing" na ten temat. 

Osobiście mogę zrozumieć obie te idee. Szukanie transcendencji jak źródła praw fizyki jest nam bardzo bliskie, gdyż założenie, że wszystko musi mieć swoją przyczynę jest jedną z podstaw naszego myślenia.

Profesor Meissner zadziwił mnie jednak wyznając również w tym artykule, że jest katolikiem, po czym właśnie przedstawił swoją koncepcję transcendencji  Ciekaw jestem jak Profesor Meissner łączy tę dosyć abstrakcyjną koncepcję transcendencji z katolickim Bogiem. Dlaczego właśnie katolickim, a nie na przykład islamskim czy hinduskim? Na dodatek katolicki obraz Boga jest dosyć niezgodny z tym, co ta transcendencja według profesora Meissnera stworzyła. A stworzyła ona absolutne prawa fizyki, które obowiązują bez wyjątków w każdym miejscu wszechświata i są całkowicie niezależne od czasu. To znaczy, że w przeszłości wszechświata obowiązywały takie same prawa fizyki jak teraz i zakłada się, że również w przyszłości będą one obowiązywać. W przeciwieństwie do tego absolutnego wymiaru praw fizyki, jaki obserwują fizycy, katolicki Bóg lubi przecież manipulować prawami fizyki. U samych u podstaw tej wiary leżą zdarzenia sprzeczne z naszą wiedzą o prawach fizyki takie jak nieskalane poczęcie czy wniebowstąpienie. Katolicki Bóg lubi też czynić cuda i robi to często na przykład w reakcji na modlitwy ludzi. Zmienia on więc punktowo absolutne działanie praw fizyki. Czy profesor Meissner rzeczywiście sądzi, że transcendencja  która stworzyła te nienaruszalne prawa fizyki słucha modlitw ludzi i ingeruje nieustannie w ten świat? 

 

środa, stycznia 06, 2016

Czy demokracja potrafi się obronić?

Chociaż demokracja to stosunkowo nowa forma państwowości to bardzo wielu ludzi już się do niej przyzwyczaiło i uważa ją za coś bardzo naturalnego. Tak też wielu ludzi podchodzi do wyborów. Myślimy sobie tak: teraz rządzi partia A, z której jestem niezadowolony; dam więc mój głos na partię B; jak się i partia B nie sprawdzi to wybiorę partię C albo znowu A, co za problem. Ano własnie, czy ta możliwość wyboru innej partii jest zawsze tak oczywista? A co będzie, gdy któraś z tych partii nie będzie chciała oddać władzy dobrowolnie? To jest właśnie pytanie, czy demokracja ma mechanizmy broniące ją przed tymi, którzy nie zechcą się podporządkować demokratycznym regułom gry. 

Demokracja, jaką many od jakiegoś czasu na Zachodzie, to zjawisko stosunkowo nowe w historii ludzkości. Oczywiście jej wzorem jest demokracja grecka, czy elementy republikańskiego Rzymu. Demokracja na zachodzie tworzyła się w walce z innymi systemami władzy i dosyć powoli stawała się dominujacym systemem organizacji społeczeństw. Z czasem coraz więcej ludzi dochodziło do wniosku, że ta forma organizacji państwa jest najlepsza dla nich. Demokracja gwarantowała im respektowanie ich wolności, respektowanie prawa (w tym jakże ważne prawo do prywatnej własności) i dawała pewien udział w sprawowaniu władzy coraz większym grupom społecznym.

Ta demokracja nadal nie jest jednak czymś absolutnie oczywistym. Czyha na nią wiele zagrożeń, a największym są mniejsi czy więksi dyktatorzy, którzy raz zdobywszy władzę już jej nigdy nie oddają. Twórcy demokratycznych systemów państwowych, świadomi różnych niebezpieczeństw czychających na demokrację na każdym kroku, starali się wyposażyć ją w różne mechanizmy zabezpieczające. I tak wprowadzono dwie izby parlamentu, niezależnego prezydenta, trójpodział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą i wiele innych reguł podziału władzy. Celem tych mechanizmów jest zapobieganie kumulowaniu władzy w rękach jednej osoby czy ugrupowania. W wielu krajach te mechanizmy sprawdzają sie i demokracja funkcjonuje tam dobrze. Jednak, jak pokazuje historia, nawet te wymyślne mechanizmy nie są w stanie obronić demokracji przed na nią czyhającymi dyktatorami. Demokracja republiki Weimarskej padła już po kilku dniach po tym, jak Hitler otrzymał nominację na kanclerza. Orban rozmontowywał węgierską demokrację wprawdzie nieco dłużej ale w końcu niestety skutecznie, Kaczyński próbuje zrobić to bardzo szybko. Mechanizmy obrony demokracji nie funkcjonują więc wystarczająco dobrze, gdy mamy do czyniena z politykiem, który chce za wszelką cenę przejąć władzę. Widać nie są te mechanizmy wystarczająco silne, aby kogoś kto dojdzie do władzy w wolnych wyborach powstrzymać przed demontażem demokracji,  albo w najlepszym przypadku zminimalizowaniem jej do li tylko fasady. Dyktator, który dojdzie w demokratycznych wyborach do władzy, zyskuje dostęp do bardzo wielu środków przymusu. Podział władzy nic nie daje, jeżeli jedno ugrupowanie przejmie wszystkie instytucje, które w założeniu miały zapobiegać kumulacji władzy w jednych rękach. Jeżeli na przykład sejm i senat wybiera się w tym samych czasie, to dominacja nad oboma izbami jednego ugrupowania jest częsta - teraz rozumiem, dlaczego Amerykanie wymieniają co dwa lata tylko jedną trzecią składu senatu. 

Jak więc bronić demokracji, gdy jej własne mechanizmy nie są wstanie powstrzymać dyktatorów?  Najbardziej skuteczną metodą jest niewybieranie osób czy ugrupowań, co do których można podejrzewać, że nie będą się stosować do demokratycznych reguł gry. Takie niedemokratyczne ugrupowania to wszelkie partie radykalne, partie wykluczające innych, partie uzurpujące sobie prawo do posiadania jednej i jedynej prawdy o świecie. Albo partie rzekomo absolutnej czystości moralnej, które twierdzą, że zrobią porządek z korupcją, upadkiem wartości i tym podobnymi patologiami życia społecznego i potem już będzie tylko dobrze. Jeżeli takie partie dochodzą do władzy to szybciutko wyłączają demokrację. 

Trzeba więc słuchać uważnie przed wyborami co i jak mówią przedstawiciele danej partii. Bo jeżeli zagłosujemy raz nierozsądnie, to mogą to być ostanie wolne wybory.

piątek, stycznia 01, 2016

Czy dobro narodu jest naprawdę ważniejsze niż prawo?

Ostatnio usłyszałem, że dobro narodu stoi ponad prawem. Stefan Chwin, krytyk literacki, uznał nawet, że jest to słowo, czy może raczej pojęcie, roku. Kto jednak decyduje o tym co jest dobre dla nardou? Naród czy może jednak grupa osób uzurpujących sobie prawo do decydowania o tym? Czy jeżeli prawo stoi w sprzeczności z dobrem narodu to można to prawo ignorować i nie stosować się do niego?

Wielu oburzyło się na te słowa, wypowiedzianie przez posła polskiego sejmu, mówiąc, że prawo przecież jest najważniejsze i z tym dobrem narodu to jest tylko demagogia. Czy więc dobro narodu jest naprawdę ważniejsze niż prawo?

Oto moja laicka odpowiedź na to pytanie. Prawo jest bardzo ważnym insturmentem organizacji życia społecznego. Prawo wprowadza reguły i zasady organizujące nasze życie codzienne i bardziej generalnie również funkcjonowanie państwa. Prawo jest więc nam potrzebne, bo pomaga nam żyć i tworzy pewien porządek w życiu społecznym. Nie jest jednak nadrzędne wobec naszych społecznych interesów, a jest raczej narzędziem tych interesów. Społeczeństwa tworzą prawa, aby regulować różne aspekty społecznych interakcji. Jeżeli tak sformułowane prawo odpowiada interesom społeczeństwa i jest dla większości korzystne, to wszyscy są zadowoleni. Jeżeli jednak prawo nie odpowiada potrzebom społecznym, to prawo takie się zmienia. Ważne aby ta zmiana odbywała się w sposób opisany w prawie, bo są też prawne regulacje dla zmiany samego prawa. Aktualnie obowiązujące prawo nie można ogłosić tak po prostu jako nieobowiązujące, tylko należy się do niego stosować tak długo, dopóki nie zastanie ustalone nowe prawo, które zastąpi stare. Nie stosowanie się do tych zasad prowadzi do zupełnego chaosu społecznego. 

Tak więc moim zdaniem można powiedzieć, że interes społeczny jest ponad prawem, bo to on ustanawia prawo. Jednak tylko w tym znaczeniu, że interes społeczny, ustanawia takie prawo, jakie mu najlepiej służy, a czyni to stosując się absolutnie do obowiąyujących reguł prawnych. Postawienie interesu społecznego ponad prawem w sensie ignorowania prawa jest jednak z pewnością złe. 

Czy interes społeczny jest równoznaczny z pojęciem dobra narodowego? Społeczeństwo danego państwa jest dobrze opisane jako suma obywateli tego państwa. Obywatele mogą wyrazić swoją wolę w ramach prawnie przewidzianych procesów wyłaniania władzy czy manifestowania swojej woli w referendum. W przypadku narodu, jeżeli to pojęcie nie jest tożsame z państwem i sumą jego obywateli sprawa nie jest tak łatwa. 
Mówiąc o dobru narodowym należy więc ustalić co to jest naród i kto decyduje co jest dla niego dobre, a co nie. Naród jest pojęciem dosyć abstrakcyjnym i dlatego łatwo nim manipulować wykluczając z niego pewne grupy ludzi. A jak zadecydować o tym co jest dla niego dobre? I kto o tym ma zadecydować? 

Pojęciem dobra narodu szermują z reguły ludzie uzurpujący sobie prawo do decydowania o tym, co jest dobre dla innych. Oni chowają się za tymi słowami ukrywając w ten sposób swoje partykularne interesy. Jedyną rzeczywistą możliwością, aby dowiedzieć się jako jest wola społeczeństwa jest demokracja i absolutne stosowanie się do jej reguł. 

A oto co myśli Stefan Chwin, Pisarz, krytyk literacki, eseista, historyk literatury, o pojęciu "dobra narodowego"

DOBRO NARODU. Jest potężne jak młot. Za jego pomocą można postawić na baczność każdego. Słowo "prawo" wydaje się przy nim blade, wodniste, jałowo abstrakcyjne. "Dobro narodu" ma w sobie krwawą konieczność życia i śmierci. Ginąć dla dobra narodu brzmi sto razy lepiej, niż ginąć w obronie jakiegoś tam prawa. Dzisiaj prawo jest takie, jutro będzie inne. Dlatego są ludzie, którzy uważają, że "Dobro narodu jest ponad prawem".

Ciekawe tylko, że ludzie ci bardzo niechętnie dopowiadają, o jakie to właściwie prawo im chodzi. Z pewnością są wśród nich tacy, którzy uznają istnienie "prawa naturalnego", a nawet "prawa boskiego", warto zatem ich zapytać, czy uważają, że "Dobro narodu jest ponad prawem naturalnym" albo ponad "prawem boskim".

Obok prawa zmiennego, zależnego od okoliczności, istnieje prawo podstawowe. Tym prawem są przyrodzone prawa człowieka. Zwolenników zdania "Dobro narodu jest ponad prawem" warto więc także zapytać, czy uważają, że "Dobro narodu jest ponad prawami człowieka". Jeśli tak uważają, niech powiedzą to otwarcie, wtedy będziemy wiedzieli, z kim mamy do czynienia. Jeśli zaś nie uważają tak, niech powiedzą równie otwarcie: "Dobro narodu nie jest ponad prawami człowieka. Dobro narodu jest równie ważne jak prawa człowieka".

Poza tym ci, którzy lubią używać pojęcia "dobro narodu", by stawiać ludzi na baczność, zwykle chętnie uważają za dobro narodu przede wszystkim to, co jest dobre dla nich samych i ludzi im podobnych. Obojętne, co za "dobro narodu" uważa cała reszta narodu, nawet jeśli ta reszta liczy miliony.

Piłsudski uważał, że "dobrem narodu" polskiego jest postawienie na związek z Niemcami. Dmowski, że postawienie na związek z Rosją. Który z nich zatem naprawdę stał po stronie "dobra narodu"?

niedziela, listopada 08, 2015

Dokąd zmierza religia chrześcijańska

Stanisław Obirek to były jezuita. Wystąpił z zakonu w 2005 roku, po 30 latach przynależności do niego. Od tego czasu wypowiada się on krytycznie na temat stanu polskiego katolicyzmu. Książka Obirka "Polak Katolik?" to jeszcze jeden głos krytyki polskiego kościoła katolickiego, głos obudowany mocno z jednej strony osobistą refleksją autora, a z drugiej krytyczną analizą stanu katolicyzmu, która pojawia się u wielu zachodnich teologów.

Kim jest Obirek dzisiaj? Czy jest jeszcze wierzącym, czy może jest ateistą? On sam określa się jako katolik kulturowy. Swoje credo wyraża tak - "nie dać się ograniczyć przez to, co największe, zmieścić się jednak w tym co najmniejsze - to rzecz boska. ... dostosowuję się do zmiennych okoliczności i reaguję na równie zmienne bodźce. Gdzie zatem w tym jest miejsce na wierność absolutnej i niezmiennej prawdzie? - mógłby ktoś spytać. Otóż szkopuł w tym, że w istnienie takiej absolutnej i niezmiennej prawdy nie wierzę. Jedynym kryterium poszukiwania prawdy jest dla mnie twarz drugiego człowieka". Obirek jest w każdym razie zdecydowanym przeciwnikiem upolityczniania kościoła katolickiego i jego hierarchicznej organizacji. Taki polityczny kościół, próbujący narzucić swoją ideologię oddala się od swoich religijnych źródeł. Odrzucenie mitu Chrystusowego i wiary w niego jako jedyną drogę do zbawienia jest podstawą do odrodzenia katolicyzmu. Wiele tego co uważa się za religijność jest jedynie pewnym rytuałem społecznym, bardzo dalekim od jądra religijności. Obirek przytacza wiele przykładów takiego odejścia od religijnej czy biblijnej treści, jak na przykład usunięcie z "Ojcze nasz" elementu przebaczenia nam przez innych naszych czynów - nasze zbawienie wedle Ewangelii jest bez tego przebaczenia niemożliwe. Współczesne "Ojcze nasz" kładzie nacisk na przebaczenie przez Boga, a Ewangelia mówi, że przebaczenie przez tych którym wyrządziliśmy krzywdę jest absolutnie konieczne dla nas. To nie Bóg nam przebacza ale inni ludzie, więc kontakt i dobre stosunki z nimi są dla zbawienia decydujące. Taka interpretacja zmienia radykalnie perspektywę, podkreśla rolę stosunków społecznych i eliminuje rolę zinstytucjonalizowanego kościoła jako pośrednika między ludźmi a Bogiem. Pytanie na ile dzisiejszy kościół katolicki, a w szczególności polski kościół, jest zgodny z duchem Ewangelii jest jednym z głównych wątków tej książki. Centralnym dla Obirka jest pytanie o to, co w teologii jest religią, a co kulturą i zwyczajnym człowieczeństwem. Ta analiza prowadzi Obirka do wniosku, że "można się więc zasadnie zastanawiać, w jakim sensie główne nurty chrześcijaństwa są w ogóle religią Jezusa".

Obirek to człowiek dialogu. Jedynie w dialogu różnych idei i religii, we wspólnym szukaniu prawdy bez bezwględnego narzucania innym swojego zdania może dojść jego zdaniem do odnowy kościoła. Trzeba więc być otwartym na innych, na ich sposób widzenia świata i respektować ich inność.

Taka dyskusja może pomóc nam zrozumieć świat i zbliżyć sie do prawdy, a może nawet do Boga. Obirek jest otwarty nawet na ateistów i z zaciekawieniem słucha jak oni postrzegają świat i krytykują religię. Cytuje on wypowiedź Richarda Dawkinsa, o tym, że ateizm to naturalny dalszy rozwój religii. Po tym jak z wielobóstwa powstało jednobóstwo teraz nadszedł czas na świat bez Boga. Obirek jest otwarty nawet na tak radykalne idee. Pisze on o możliwości odnalezienia Boga wśród ludzi bez odnoszenia się do kultu jednego Boga. W każdym przypadku zbawienie jest jego zdaniem możliwe bez instytucjonalengo kościoła. Obecna hierarchia kościelna nie tylko nie pomaga ludziom dotrzeć do prawdy, ale wręcz to utrudnia, narzucając wszystkim swój doktrynalny sposób widzenia.

Tendencje szukania prawdy poza obowiązującą doktryną katolicką, otwarcie na nowe i inne idee i poglądy pojawiają się coraz częściej wśród zachodnich jezuitów, którzy próbują nawet pogodzić katolicyzm z konfucjanizmem czy stają po stronie biednych w Ameryce Łacińskiej tworząc czy praktykując teologię wyzwolenia. To postępowe myślenie jest zwalczane przez konserwatywne kręgi w Watykanie, kręgi zdominowane przez Opus Dei. Również polski Papież był zdecydowanym przeciwnikiem teologii wyzwolenia i pod dużym wpływem Opus Dei. Można powiedzieć, że dawną rolę jezuitów, jako fanatycznych obrońców konserwatywnego myślenia przejął dzisiaj Opus Dei, a zachodni jezuici szukają nowych dróg i są otwarci na różne inne religie, idee i postępowe trendy. Dotyczy to jednak tylko tych zachodnich jezuitów, bo polscy jezuici są absolutnie wierni bardzo konserwatywnej linii polskiego Kościoła. Muszę przyznać, że ta przedstawiona przez Obirka postępowość dzisiejszych jezuitów mocno mnie zaskoczyła. Moje dotychczasowe zdanie o jezuitach było bardzo negatywne. Widziałem ich historycznie jako grupę fanatyków religijnych, starających się zachować za wszelką cenę władzę kościoła katolickiego, absolutnie konserwatywnych i zwalczających jakiekolwiek zmiany. Jezuici to zakon, który poprzez swoje szkoły wychowywał rzesze ludzi niezdolnych do krytycznej refleksji, zakon, który brutalnie narzucał katolicyzm podbitym ludom Ameryki. Bardzo dobrze rolę jezuitów w 17-tym wieku ukazał Amir Alexander w książce Infinitesimal. Otóż jezuici zwalczali wtedy z dużą pasją wszelkie nowe idee, nawet nowe koncepcje matematyczne. Bronili oni za wszelką cenę uznanej przez kościół za właściwą nauki i odrzucali stanowczo wszelkie jej zmiany. Ich celem było jedynie doskonalenie wiedzy o obowiązującej doktrynie. Zmiany, nowe idee były w ich zdaniem wyzwaniem dla zastanego ładu i jako takie niebezpieczne. Ten zakon powstał w czasie reformacji, aby bronić katolicyzmu, a konkretnie papiestwa, przed protestantami. Jego naczelną wartością było i jest bezwględnie posłuszeństwo papieżowi i zachowanie katolickich wartości, więc jest on z tych względów od swego początku przeciwko jakimkolwiek zmianom. I to właśnie ten zakon, chcący bronić katolickej doktryny za wszelką cenę staje się awangardą postępowej teologii. Czy to nie ironia losu? To mnie zdumiewa i daje nadzieję na przyszłość.

Obirek mocno krytykuje stan polskiego kościoła katolickiego. Obirek pisze - "Bardzo mi przeszkadza, a wręcz budzi moje najgłębsze oburzenie, że w Polsce katolicyzm został zawłaszczony przez teologicznych ignorantów i fundamentalistów religijnych, których krzykliwa arogancja w przestrzeni publicznej jest proporcjonalna do ich ignorancji. Martwi mnie, że polscy hierarchowie katoliccy oddali w jasyr tak zwanej publicystyki katolickiej najlepsze tradycje katolicyzmu otwartego i współtworzącego pluralistyczne dziedzictwo naszego kraju".

Polsko kościół katolicki jest zamknięty na współczesność i dialog, konserwatywny i mocno ludowy. Ta ludowość to chyba jego największy problem, gdyż spycha wiarę z zakres wierzeń w cuda, objawienia i proste, by nie powiedzieć prymitywne prawdy. Ta wizja katolicyzmu rozprzestrzenia się w kraju w niebezpieczny sposób eliminując wszelkie inne formy wiary. Polaryzacja opinii społecznej poprzez politykę Episkopatu i jego dążenie do wpływania na politykę państwa to główne zagrożenie dla świeckiego państwa i demokracji. Podstawą demokracji jest uznanie istnienia wielu różnych grup społecznych i szukanie kompromisu pomiędzy ich interesami. Kompromis to główna cecha demokracji. Bezwzględne narzucanie woli jednej grupy społecznej, nawet gdy jest ona bardzo duża, innym wypacza demokrację i prowadzi do coraz większych konfliktów. Żądania katolickich elit wobec świeckiego państwa są coraz większe, a głosy katolickich hierarchów są coraz bardziej radykalne, by nie powiedzieć fanatyczne. Widać wyraźnie, że kościół chce za wszelką cenę wymusić na wszystkich swój punkt widzenia i zwalcza inne poglądy z absolutnym radykalizmem. Obirek pisze - " [instytucję polskiego kościóła katolickiego] ...postrzegam jako szkodliwą, a nawet niszczącą dla demokratycznych struktur polskiego państwa". Jakże to wielki kontrast, do tak bliskiego Obirkowi podejścia kościoła zachodniego, szukającego dialogu z innymi poglądami i otwartego na inne idee. Dobry opis takiego wykluczania innych głosów i postępującej eskalacji jedynie słusznej idei pokazuje Andrzej Szczypiorski w książce "Msza za miasto Arras". Smutną puentą książki Szczypiorskiego jest stwierdzenie, że taką spiralę fanatyzmu i radykalizacji można tylko zatrzymać poprzez interwencję z zewnątrz. Fala mordów z pseudo-religijnych względów ustaje dopiero wtedy, gdy do miasta Arras przybywa jego zwierzchnik i pokazuje mieszkańcom ich obłęd. To tak jakby ten zewnętrzny autorytet przybył i otworzył nagle mieszkańcom oczy na te okrucieństwa których się dopuścili. Jakby nagle dostrzegli rzeczywistość w której żyli, ale której nie dostrzegali lub nie chcieli dostrzec. Sami mieszkańcy nie są zdolni do takiej refleksji nad swoim postępowaniem, bo wszystkie głosy rozsądku zostały wyeliminowane, a strach aby nie paść ofiarą puszczonego w ruch terroru wyklucza jakikolwiek opór i inne myślenie. Może Papież Franciszek będzie takim zewnętrznym czynnikiem inicjującym opamiętanie?

Obirek pisze sporo o samotności wiernych wobec Boga. Każdy wierzący sam staje przed Bogiem i musi sam decydować o swoim postępowaniu. I to pomimo przynależności do wspólnoty wiernych. Czy jednak wszyscy tak traktują wolność jak ją zdefiniował Lord Acton - "Przez wolność rozumiem gwarancję, że każdy człowiek może czynić wszystko, co uzna za swój obowiązek. Wbrew wpływom władzy, większości, zwyczajom i opiniom innych". Czy wszyscy wierni są w tym sensie samotni wobec Boga i nie podlegają wpływowi ich wspólnoty religijnej? Ja sądzę, że właśnie wielu ludzi zadowala się powielaniem reguł postępowania narzuconych im przez wspólnotę wiernych. Potrzeba przynależności do wspólnoty jest u wielu z nas tak duża, że dla niej wielu rezygnuje z podejmowania własnych decyzji zgodnych z własnym sumieniem. Robimy to, czego oczekuje od nas wspólnota, bo cena za decyzje własne jest wysoka, a jest nią wykluczenie ze wspólnoty. Oczywiście, że tacy wierzący jak Obirek są samotni wobec Boga, bo nie ulegają bezkrytycznie wspólnocie wierzących. Jest to jednak chyba zdecydowana mniejszość. Jakże jednak bardziej samotni są ateiści. Występując, albo nie wstępując, do wspólnoty wiernych stają absolutnie sami wobec egzystencjalnych wyzwań i sami, zgodnie z tylko własnym sumieniem, muszą podejmować decyzję. Brak czegoś takiego jak wspólnota ateistów, brak jakichkolwiek wspólnotowych ateistycznych rytuałów pogłębia tę ateistyczną samotność. Ateiści tak naprawdę nawet nie wiedzą ilu ich jest, bo ludzie którzy odchodzą od religii, odchodzą w samotność i nie przechodzą do innej wspólnoty. Brak wspólnoty ateistów, brak jakichkolwiek organizacji reprezentujących ich interesy sprawia, że nie ma zorganizowanego głosu atesitów w publicznej dyskusji. Wobec narastającej w Polsce tendencji organizowania się wokół katolickiej ideologii różnych grup zawodowych, jak na przykład katoliccy lekarze czy dziennikarze, ten brak organizacji czy wspólnoty stawia atestów na przegranej pozycji.

Obirek przytacza wiele interesujących faktów z historii religii chrześcijańskiej i pokazuje jak zmieniała się interpretacja pewnych biblijnych tekstów na przestrzeni wieków. Mnie bardzo zaciekawiła biblijna historia wieży Babel - "Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego". To powszechnie znana historia, ale Obirek pokazał mi jej inny aspekt. Zastanawiające dla mnie jest, dlaczego Bóg, albo jak ja uważam ludzie piszący ten fragment Biblii, uważał(li), że jest to źle, jeżeli ludzie osiągną to, co jest nieosiągalne. Jeżeli ludzie zdołaliby zbudować tę wieżę, to spostrzegliby, że mogą osiągnąć wszystko to, co aktualnie wydawało się im niemożliwe. Czy jest jest wyraz obawy, że ludzie, ze swej natury zdolni do osiągnięcia rzeczy niemożliwych, dostrzegą te swoje możliwości i w jakimś sensie staną się równi Bogu? Dlaczego Bóg wszechmogący, stwórca ludzi i całego świata, ma się jednak obawiać dążeń swojego dzieła? To nie jest logiczne. Dlaczego Bóg od początku nie chce, aby ludzie mieli wiedzę, zabraniając im dostępu do drzewa poznania, a potem uniemożliwiając im rozwój ich nieograniczonych możliwości. Dlaczego to wychodzenie poza aktualne granice ludzkich możliwości jest tak naganne w myśli religijnej? Może tu wcale nie chodzi o zagrożenie Boga ludzkimi osiągnięciami, tylko o zagrożenie pozycji samych kapłanów? Może chodzi tu przede wszystkim o interesy kapłanów jako boskich pośredników? Może takie ludzkie samoograniczenie jest ważne dla kasty kapłanów, bo dalszy rozwój ludzkich możliwości może być wyzwaniem dla ich interesów? Ludzie poznający samoistnie świat są mniej skłonni akceptować kapłanów i prawdy przez nich głoszone. Jest to znamienne, że w całej historii religii, te formalne jej organy dążą do samoograniczenia ludzi, zakazując im zadawania pewnych pytań i szukania odpowiedzi poza religią. I tak jest również dzisiaj, gdy katolicki kościół, ale nie tylko, chce zakazać dążenia do poznania jednej z ostatnich tajemnic jaka jeszcze trochę pozostaje w gestii religii, a mianowicie powstania życia. Nauka jednak nieustannie wpycha się w te religijne sfery i pokazuje, że to co do niedawna uchodziło za boskie i cudowne da się całkowicie racjonalnie wyjaśnić i dowolnie reprodukować. Boska, czy raczej w praktyce kapłańska interwencja już nie jest konieczna. Czy boskość i cudowność nie są więc li tylko atrybutami niewiedzy? I może nawet jeszcze bardziej interesujące jest to, że mianowicie ludzie, pomimo przynależności do wspólnoty religijnej, jednak nie stosują się do tych zakazów i nieustannie powiększają obszar swojej wiedzy i swoich możliwości. Bo to co my robimy teraz na codzień, jest z perspektywy wieków niewątpliwie osiągnięciem rzeczy jeszcze niedawno całkowicie niemożliwych.

Obirek bardzo krytykuje też decyzję o nieomylności papieża, którą wprowadził Pius IX. Encykliki z tamtych czasów były narzędziem walki z modernizmem i jakże często były w jaskrawy sposób niezgodne z duchem religijnym. Zastanawiające jest, że wiele doktryn teologicznych, takich jak na przykład dogmat o niepokalanym poczęciu Matki Boskiej, czy późniejszy dogmat o wniebowzięciu Matki Jezusa, czy też zabronienie wszelkich naukowych badań nad Biblią zostały sformułowane w takich właśnie encyklikach nieomylnych papieży dopiero w dziewiętnastym czy wręcz dwudziestym wieku. Ta nowa forma sprawowania władzy i weryfikowania lojalności wobec coraz bardziej rozbudowanej doktryny watykańskiej na długi czas zamknęła dyskusję w kościele i jego samego odizolowała od wszelkich innych poglądów i trendów. Fakt, że współczesny kościół rewiduje, czy przynajmniej mocno przemilcza, te papieskie decyzje opublikowane przez rzekomo nieomylnych papieży pokazuje w całej okazałości błędność tej decyzji.

Obirek to bardzo wspaniały erudyta. Wielość myśli i refleksji zawartych w jego książce jest olbrzymia i zachęca do przemyśleń i dalszej lektury. Aby je wszystkie zrozumieć należy jego książkę przeczytać kilka razy. Książka Obirka to punkt wyjścia do dalszej refleksji nad stanem polskiego kościoła, czy ogólniej religii i jej przyszłości. To głos krytyczny ale bardzo ważny, bo wypowiada go ktoś, kto zna kościół od środka, kto wie jak on funkcjonuje. To głos krytyczny ale pomimo to życzliwy religii i kościołowi, głos za zmianą na lepsze.

sobota, października 03, 2015

Niezbyt udany urlop

Wczoraj cały dzień spędziłem w naszym wiedeńskim mieszkaniu, a w przedpokoju robotnicy instalowali wentylację aby osuszyć sufit i podłogę - dwa spore osuszacze powietrza, kilka wentylatorów podwieszonych pod sufitem, kilka dziur w parkiecie, przez które wdmuchwane jest ciepłe powietrze pod podłogę. W zeszłym tygodniu nas, to znaczy mieszkanie w którym mieszka teraz nasz syn, zalał sąsiad z góry. Woda stała w przedpokoju i w jednym z dużych pokoi na przeszło centymetr. W zasadzie to problem syna ale wyszło tak, że ja muszę sie tym zajmować. Ze względu na to zalane mieszkanie niestety przerwaliśmy urlop we Włoszech. 

Wynająłem w Grado, to takie nieduże ale stare miasteczko nad Adriatykiem, bardzo ładny apartament nad samym morzem tuż przy głównym deptaku w miasteczku. 



Spędziliśmy tam tylko jeden dzień, bo zaalarmowani telefonem syna postanowiliśmy wrócić od razu do Wiednia i zobaczyć co się dzieje w tym zalanym mieszkaniu. Na początku też nie było jasne kto je zalał. Czy to lało się od sąsiada z góry czy to może u nas pękła rura? Na szczęście dla nas awaria była u sąsiada. Podobno pękła rura od zmywarki do naczyń.

Ten jeden dzień w Grado też nie był taki jak chciałem. Według prognozy pogody jechaliśmy do słońca i ciepła. Zamiast tego gdy przyjechaliśmy do Grado lało jak z cebra, chociaż nie było zimno. Następnego dnia już było lepiej, ale nadal sąpił od czasu do czasu lekki deszczyk. Pomimo to pospacerowaliśmy trochę po miasteczku i na plaży B zbierała muszelki. Było bardzo fajnie.  Po południu pojechaliśmy w dobrych nastrojach na zakupy. Popołudnie było słoneczne i ciepłe. Chyba niecały kilometr od hotelu zatrzymała nas policja.  Rutynowa kontrola. W jej trakcie nagle jeden z policjantów zaczął coś wykrzykiwać i wskazywać na tył samochodu. Wysiedliśmy i widzimy, że w prawym tylnym kole prawie nie ma powietrza. Byłem tym nieco zszokowany, bo jadąc nie czułem nic specjalnego, a na dodatek samochód ma system kontroli ciśnienia w oponach, który nic nie pokazywał. Grzeczni policjanci pokazali nam stację benzynową 200 metrów dalej i poradzili aby do niej powolutku podjechać. Tak też zrobiłem. Na stacji usłużni ludzie obejrzeli dokładnie oponę, nadymali ją, obsłuchali, ale nic podejrzanego nie znaleźli. Poradzili abym dzień poczekał i jak następnego dnia znowu powietrze ucieknie to trzeba jechać do mechanika. Z B postanowiliśmy jednak prosto pojechać do tego mechanika. Mechanik od razu się nami zajął. Popsikał oponę jakimś płynem i patrzył czy nie robią się bąbelki powietrza. Ale nic nie było widać.  Podziekowałem więc mechanikowi i pojechaliśmy na zakupy, a potem z powrotem do hotelu. Ani mechanik ani ci ludzie na stacji benzynowej nie chcieli wziąć ode mnie pieniędzy, chociaż pomagali nam naprawdę serdecznie.


Wieczorem poszliśmy z B do "naszej" na restauracji rybnej na zupę rybną, którą w Grado nazywają boreto, i jeszcze trochę innych rybek. Przy butelce Friuliano spędziliśmy naprawdę fajny wieczór. B pogodziła się chyba z pogodą i nawet o oponie zapomnieliśmy. Wróciliśmy do hotelu w świetnych nastrojach zmęczeni mocą wrażeń zasneliśmy mocno. Gdzieś koło pierwszej w nocy obudził nas telefon od syna, że mieszkanie jest zalane.

Po niespokojnie przespanej nocy rano ruszyliśmy z powrotem do Wiednia. Całą drogę lało znowu. A teraz sprzątam mieszkanie, oceniam straty, myślę jak to wszystko ponaprawiać. Taki to urlop mieliśmy w tym roku.  

poniedziałek, września 14, 2015

Jak powstała nauka w starożytnej Grecji?

Coraz bardziej interesuje mnie historia. Ale nie ta o datach i suchych faktach, nie ta o królach i cesarzach, czy innych możnych rodach. Ja chcę poprzez historię zrozumieć przyczyny i mechanizmy zmian społecznych i co powoduje, że pewne idee rozprzestrzeniają się po świecie. Interesuje mnie na przykład dlaczego chrześciaństwo tak szybko znalazło zwolenników na całym obszarze cesarstwa rzymskiego. Albo o 6 wieków późniejszy błyskawiczny sukces islamu. Dlaczego te idee tak szybko wyparły stare wierzenia i zawładnęły przestrzeń społeczną? Ja nie wiem, a chciałbym wiedzieć, więc czytam sporo na ten temat. Równie interesujące jest pytanie dlaczego pewne narody są bogate a inne biedne. Od czego to zależy? Czy jedne mają szczęście i zamieszkują tereny wyjątkowo przyjazne dla ludzi? Tak mogło być w przypadku starożytnego Egiptu, który swą potęgę zawdzięczał Nilowi. Czy może bogate narody to te, które mają dostęp do cennych surowców mineralnych? Tutaj wymieniłbym z pewnością Arabię Saudyjską, czy kraje zatoki Perskiej. Jednak jest wiele krajów, którym brak surowców naturalnych, a ich położenie geograficzne nie jest tak korzystne. Pomimo to są one bogate.  Albo są kraje, które leżą geograficznie bardzo blisko siebie, mają sporo surowców i jeden z tych krajów jest biedny, a inny bogaty. Od czego to zależy? Wiele książek napisano już na ten temat. Niektórzy autorzy, jak Daron Acemoglu i James A. Robinson w książce "Why nations fail - the origins of power, prosperity and poverty", twierdzą, że w czasach bardziej nam współczesnych motorem bogactwa państw jest wolność osobista ludzi i zagwarantowe prawo do prywatnej własności. Ludzie wolni, ludzie, którzy mają zagwarantowaną nienaruszalność ich prywatnej własności, wiedząc, że owoce ich pracy będą służyć im i ich potomstwu, są gotowi ciężko pracować i wynajdować nowe rozwiązania techniczne i metody gospodarowania. Ta wyzwolona ludzka przedsiębiorczość jest dużo więcej warta niż inne bogactwa i czyni te państwa bogatymi.

W historii szczególnie interesują mnie sytuacje wyjątkowe. Gdy dany naród idzie w zupełnie innym kierunku niż wszystkie inne, gdy dana idea jest całkowicie sprzeczna z aktualnie w danym momencie obowiązującymi kanonami. Takim interesującym "innym" momenten jest na przykład zdolność zachodniej cywilizacji aby spojrzeć krytycznie na aktualnie obowiązujący światopogląd, w szczególności religijny, i szukać w racjonalny sposób nowych wyjaśnień dla zjawisk otaczającego nas świata. Ten rewolucyjny krok stworzył nowoczesną naukę i z pewnością przyczynił się do wielowiekowej supremacji zachodu nad resztą świata.  

Równie fascynujące jest powstanie nauki w starożytnej Grecji. Patrząc na wyłanianie się tej starożytnej metody naukowej można dostrzec, że również organizacja społeczna i religia Greków jest nieco inna niż w krajach ościennych. Pomiędzy 9 a 2 wiekiem przed naszą erą w wielu rejonach świata rozpoczęło się kształtowanie monoteistycznych systemów religijnych. Grecy jednak pozostali przy swoich bogach. Zastanawiam się co sprawiło, że rozwój religii w starożytnej Grecji nie poszedł w tym samym kierunku jak w innych krajach bliskiego wschodu, Persji czy Indii. I czy może właśnie ten inny stosunek do religii doprowadził w Grecji do powstania nauki jako sposobu na wyjaśnienie świata? I czy fakt powstania tam pierwszej demokracji ma z tym coś wspólnego? Zastanawiam się, czy tymi procesami rządził jedynie przypadek, czy może jakieś inne mechanizmy.

Gdzieś ostatnio przeczytałem, że greccy bogowie bardzo przypominają rodzinę arystokratyczną. Tak jak w rodzinie arystokratów i wśród greckich bogów trwają ciągle waśnie i spory. Jedyna różnica między boga,i a ludźmi to to, że bogowie greccy są nieśmiertelni. Może to rzeczywiście fakt, że ponieważ Grecy nie przeszli ze swojej politeistycznej religii na monoteistyczną i tych swoich bogów, obdarzonych chyba wszelkimi negatywnymi ludzkimi cechami, traktowali wprawdzie poważnie, ale też trochę niepoważnie, to musieli znaleźć inną metodę wyjaśnienia świata i wymyślili filozofię, matematykę, astronomię i inne nauki. Chociaż absolutnie główną zasługą Greków było upowszechnienie tej wiedzy. Wiedzą astronomiczną i matematyczną rozporządzali już długo przed Grekami Egipcjanie i Babilończycy. Wiedza była jednak wtedy tajemna, a dostęp do niej mieli wyłącznie kapłani. Kapłani potrafili obliczyć zaćmienia słońca i dzień wylewu Nilu, a do tego potrzebna była dokładna wiedza o długości ziemskiego roku, i o wielu innych ważnych dla funkcjonowania tamtejszych społeczeństw zjawisk. Kapłani nie ujawniali tej wiedzy, a dzięki niej manipulowali zręcznie społeczeństwem. Lud modlił się do Bogów i składał im ofiary, a kapłani, wiedząc kiedy dane zdarzenie nastąpi, oznajmiali we właściwym momencie, że bogowie wysłuchali próśb ludu. Była to więc wiedza zamknięta i podporządkowana całkowicie religii, a jej jedynym celem było umacnianie władzy kasty kapłańskiej.

Tales z Miletu był jednym z pierwszych nam znanych greckich myślicieli, który wyjaśnienił zaćmienie słońca analizując naturę i nie odwoływał się przy tym do bogów. Wielka to więc zasługa Greków, że tę tajemną wiedzę udostępnili nam i dalej udoskonalali analizując racjonalnie naturę. 

Ostatnio poczytuję książkę Karen Amstrong "Wielka zmiana. o początku światowych religii", tytuł niemiecki "Der grosse Umbruch, vom Ursprung der Weltreligionen". Karen Amstrong opisuje w niej okres dużych przemian religijnych, nazwę dla tego okresu, "Achsenzeit", zaporoponował filozof Karl Jaspers. Jets to czas wielkich przemian religijnych i czas wyłaniania się znanych man do dzisiaj monoteistycznych systemów religijnych. Historycznie chodzi o czas od 9 do 2 wieku p.n.e. w którym wyklarowały się takie systemy religijne jak hinduizm i buddyzm w Indiach, konfucjanizm w Chinach, judaizm na bliskim wschodzie i kultura Grecka. Karen Amstrong opisuje sytuację polityczną i gospodarczą w tych rejonach i na ich tle pokazuje zmiany w rozumieniu religii i powolne przejście od politeistycznych do monoteistycznych systemów religijnych - na przykład Jahwe, zamin stał się jedynym Bogiem, był jedynie jednym z wielu czczonych wtedy Bogów, Bogiem wojny. Równocześnie z kształtowaniem się religii monoteistycznych we wszystkich tych regionach kształtowała się też centralna władza króIewska. To jest okres powstawania coraz większych centralnie zarządzanych państw. I tu od razu rzuca się w oczy olbrzymia różnica pomiędzy greckim systemem wielu niezależnych państw miast i coraz mocniej scentralizowaną władzą królewską w innych rejonach. Można chyba powiedzieć, że postępująca kumulacja władzy, a w tym czasie powstają coraz większe królestwa, które podbijają małe dotąd niezależne państewka, potrzebowała innych, rownie potężniejszych bogów. 

Według Karen Amstrong w Grecji nie doszło do kumulacji władzy w rękach królewskich, bo greccy chłopi zdecydowanie sprzeciwili się prymatowi greckich arystokratów. Postawili się na równi z nimi i byli na tyle silni, że postawili na swoim. Tak więc lud grecki, a konkretnie mężczyźni którzy posiadali ziemie, nie pozwolił sobą rządzić i sam zaczął rządzić. Może bogowie greccy byli za słabi, aby można było ugruntować centralny system królewski z bożego nadania. Jak pisze Amstrong w Grecji nie doszło więc do całkowitej zmiany systemu plemiennego na królewski i to doprowadziło do powstania jakże specyficznego i wyjątkowego politycznego systemu państw miast. Ponieważ obywatele greckich miast stanęli na równi z grecką arystokracją więc każdy z nich musiał pokazać, że jest godny tej roli i przynajmniej nie jest gorszy od innych. To z kolei było motorem indywidualizmu. Każdy obywatel chciał lepiej przemawiać, lepiej wojować, robić wszystko lepiej niż inni. Od tych umiejętności zależała wtedy pozycja społeczna i prestiż. Nie ważne było z jakiego rodu się pochodzi, każdy musiał wykazać się czymś wyjątkowym, aby wyróżnić się i osiągnąć szacunek społeczny. Może tak jak jedni chcieli być wyjątkowymi wojakami, inni próbowali imponować swoją wiedzą - już w 5 wieku p.n.e. greccy filozofowie byli szalenie sławni. Może więc to z takiego powodu doszło do tej greckiej rewolucji naukowej.

Oczywiście rzeczywiste przyczyny tego diametralnie innego rozwoju greckich społeczeństw są nadal dla mnie nie w pełni uchwytne. Jednak pewne tendecje chyba są rozpoznawalne. Słaba religia i niechęć do podporządkowania prowadzi do systemu obywatelskiego, gdzie wszyscy, niestety z wyjątkiem kobiet i niewolników, są sobie równi. Ta równość prowadzi z kolei do rozwoju indywidualizmu, w którym każdy chce się wykazać swoimi umiejętnościami. Mędrzec, ktoś kto wie dużo więcej niż inni, to w takim systemie osoba bardzo szanowana. Słaba religia nie dominuje tak mocno nad systemen idei danego społeczeństwa jak to jest w religiach monoteistycznych. Religia politeistyczna nie daje aż tak jednoznacznych odpowiedzi na szereg podstawowych pytań, takich jak na przykład: Jak powstał świat? Jak porządek zwyciężył chaos? Jak wielość powstała z jednego? 

Greccy filozofowie zaczęli szukać odpowiedzi na te pytania. Nie zadowolili się im dostępnymi wyjaśnieniami religijnymi i próbowali w sposób racjonalny znaleźć odpowiedź na te pytania. Właśnie ten racjonalizm i logika jako podstawowe instrumenty poznawcze umożliwiły Grekom zupełnie inne poznanie świata, poznanie z którego korzystamy do dziś. Kto wie, może tak to właśnie było.

Jaka nauka płynie z tej histori dla nas? Ta starożytna historia zdaje się potwierdzać słuszność naszej zachodniej organizacji społecznej. Historia ta pokazuje rownież jak ważne, dla nas ludzi, jest szukanie prawdy poza doktrynalnym przekazem. Każda chwilowa prawda musi być poddana konstruktynej krytyce. Nieustanna weryfikacja aktualnej prawdy (naszego tymczasowego wyjaśnienia świata) jest decydująca dla dalszego rozwoju naszego zrozumienia świata.

wtorek, sierpnia 25, 2015

Czy kapitalizm można naprawić? Jan Sowa twierdzi, że tak, ale trzeba go zamienić na nowy, sprawiedliwszy system gospodarczy

Z mojego ostatniego pobytu w Polsce przywiozłem między innymi książkę Jana Sowy "Inna rzeczpospolita jest możliwa". Książka ta jest bardzo fajnie napisana, czyta się ją prawie jak dobry kryminał. W kilka dni przeczytałem ją od początku do końca. Rzadko tak szybko czytam.

Jan Sowa w tej książce zrywa radykalnie z tradycyjnym przekazem historycznym, zarówno konserwatywnym jak i liberalnym. Krytyka Jana Sowy nie oszczędza ani lewej ani prawej strony sceny politycznej. Sowa wychodzi z utartych ścieżek dyskursu polityczno-historycznego i ukazuje realia społeczne z zupełnie innego punktu widzenia. Jeżeli miałbym przytoczyć tylko jeden jedyny punkt z jego rozważań, który zaskoczył mnie najbardziej, to wybrałbym przyczynę upadku sarmackiej rzeczpospolitej. Zwykle widzimy przyczynę tego upadku i rozbiorów w złych sąsiadach Polski, którze wspólnie zagarnęli i podzielili Polskę między siebie. Polska była więc niewinną ofiarą obcych mocarstw. Natomiast Sowa uważa, że przyczyną rozbiorów była fatalna organizacja i zacofanie polskiego państwa i rządy szlachty i magnatów, dążących do własnej korzyści kosztem polskiej państwowości.

Wyłuskałem z bardzo wielu nietypowo przez Sowę opisanych wątków kilka, które są z mojego punktu najciekawsze.

O komuniźmie

Sowa sygnalizuje sympatie do komunizmu w ścisłym marksistowskim rozumieniu. Marks w ogóle przeżywa właśnie renenans i wielu krytyków aktualnej sytuacji gospodarczej i krytyków neoliberalnego systemu gospodarczego sięga znowu do Marksa. Krytyka kapitału przedstawiona przez Marksa zdaje się być nadal aktualna. Sowa jest jednak wyraźnym wrogiem leninowskiej interpretacji teorii Marksa, gdyż poprawki Lenina są dokładnym zaprzeczeniem logiki Marksa. Marks uważał, że komunizm jest wynikiem praw dynamicznego rozwoju społeczeństw i do jego powstania dojdzie w państwach najwyżej rozwiniętego kapitalizmu, gdy kapitalizm stanie się już hamulcem dalszego rozwoju i wzrostu produkcji. Lenin natomiast wypaczył teorię Marksa dla swych potrzeb i doprowadził do rewolucji w kraju mocno zacofanym, które nawet jeszcze tak na prawdę nie dotarło do początków kapitalizmu. Sowa dlatego nie mówi o ZSRR czy PRL jako o państwach komunistycznych czy nawet socjalistycznych. On je nazywa państwami leninowskimi.  Państwo leninowskie według Sowy to państwo które posiada czy kontroluje prawie wszystkie środki produkcji. Państwo leninowskie w tym rozumieniu jest więc praktycznie państwem kapitalistycznym. Państwa leninowskie były największym i jedynym pracodawcą i miało ogrommą kontrolę nad wszystkimi obywatelami. Kontrolę nad środkami produkcji w państwie leninowskim miała bardzo wąska elita, która nazywała się zupełnie niesłusznie partią komunistyczną albo robotniczą. Elita ta, jak wszyscy wiemy, była całkowicie oderwana od społeczeństwa.

O kapitaliźmie

Sowa udowadnia, że kapitalizm nigdy nie był całkowicie oderwany od państwa, gdyż to zawsze jakieś państwo wymuszało siłą porządek prawny i ład społeczny korzystny dla kapitalizmu. A bez tego porządku prawno-politycznego kapitalizm nie przetrwał by zbyt długo. Sowa pokreśla, że kapitalizm jest niereformowalny sam z siebie - zawsze będzie dązył do maksymalizacji zysków poprzez wyzysk pracowników najemnych.

"Kapitalizm to zinstytucjonalizowana chciwość, a więc sama rozgrywka toczy się nie o to, kto najbardziej przyczynia się do ogólnego dobrostanu, ale o to kto zgarnia najwięcej."

Jedynie mocna społeczna kontrola może go trzymać w ryzach i zmusić do ustępstw na rzecz pracowników.

"Dobrobyt społeczeństw zachodnich nie jest bezpośrednią i automatyczną konsekwencją akumulacji kapitału, ale walk, jakie pracownicy przez dekady, a nawet stulecia toczyli w imię redystrybucji."

O Sarmatach

Sowa zrywa z konserwatywną idealizacją sarmatyzmu. Sarmatyzm, według Sowy, to rządy wąskiej grupy społecznej (arystokratów i szlachty), która dbała jedynie o swój własny interes i tym doprowadziła do upadku kraju. Dla Sowy Polska nie jest biedną ofiarą niedobrych sąsiadów. Polska tamtych czasów to państwo feudalne, które podbojami zwiększa swoje wpływy i kolonializuje kraje ościenne. Jako kolonialne mocarstwo Polska walczy z późniejszymi zaborcami o wpływy w regionie. Słabość ówczesnej Polski według Sowy to nie wynik spisku zaborców, ale jedynie skutek słabości sarmackiego państwa. Polsce nie udało się przeprowadzić koniecznych reform i zbudować mocnego, centralnego państwa, co osiągnęła nawet nie mniej zacofana Rosja. Na drodze do reform stanęła uprzywilejowana szlachta, która dbała jedynie o własne interesy. To właśnie szlachta uchwaliła wiele praw, które tylko jej przynosiły korzyść. Szlachta stłumiła rozwój miast i kupiectwa, które na zachodzie były motorem przemian i zalążkiem industralizacji. Poprzez liberum veto zasadnicze zmiany sarmackiej organizacji społecznej były praktycznie niemożliwe, a interwencja obcych mocarstw stała się dosyć łatwa. Chociaż sarmacka Polska zaopatrywała całą Europę w zboże, to wydajność w polskim rolnictwie była bardzo słaba. Poprawiano ją tak jak to zwykle czynią kapitaliści, albo kolonizacją ziem krajów ościennych, albo poprzez podwyższanie zobowiązań chłopów pańszczyźnianych wobec pana. Chłop pańszczyźniany był niewolnikiem szlachcica. Sarmaci również pozwolili przejąć cały handel polskim zbożem kupcom holenderskim, zabraniając polskim kupcom miedzynarodowego handlu. 

O liberałach

Liberalizm jest pojęciem bardzo różnorako definiowanym i niestety to określenie jest bardzo nieprecyzyjne. Sowa rozróżnia trzy rodzaje liberalizmu - polityczny (różne prawa jednostki muszą być chronione przed atakami wszelkiego rodzaju władzy), społeczny (ochrona praw jednostki w sferze obyczajowej i światopoglądowej) i gospodarczy (prawo do własności i swobodnej przedsiębiorczości i samoregulacja gospodarki poprzez wolny rynek). Ludzie którzy są na przykład liberałami społecznymi z regóły są przeciw liberalizmowi gospodarczemu. Sowa rozprawia się stanowczo z liberalizmen gospodarczym, a przede wszystkim jego formą najbardziej radykalną jaką jest neoliberalizm. Sowa wykazuje złudność wiary w wolny rynek, jako siły samodzielnie korygującej sytuację na rynku i likwidującej wszelkie wypaczenia. Sowa pokazuje również absurdalność teorii skapywania - dajmy bogatym więcej zarobić, a po czasie i biedni nieco zarobią - która była podstawą polityki Regana redukcji podatków dla bogatych. Sowa jest zdania, że trzeba szukać nowych rozwiązań na aktualne problemy. Sięganie do starych koncepcji, takich jak socjaldemokracja, nie pomoże nam. Socjaldemokracja była niezłym rozwiązaniem w przeszłości i dość skutecznie broniła praw pracowniczych, ograniczała kapitał i  wprowadziła państwo dobrobytu. Świat się jednak zmienił, kapitał jest globalny i stare recepty już nie działają. Nawet parlamentarna demokracja obrywa mocno:

"Parlamentaryzm nie jest więc wcale formą suwerenności ludu, tylko strategią obrony przed możliwością masowej emancypacji. Strategię tę stosuje się przede wszystkim po to, aby chronić coś, co byłoby oczywiście pierwszą ofiarą autentycznej suwerenności powszechnej, czyli prywatną własność środków produkcji. "

O przyszłości

  Sowa jest wyraźnym zwolennikiem społecznej kontroli środków produkcji. Odrzuca on zarówno kapitalizm, jako ustrój dążący do maksymalizacji zysków poprzez wyzysk pracowników, jak i naturalnie państwo leninowskie, które w sposób nieco bardziej zakamuflowany dąży do tego samego praktycznie takimi samymi metodami. Wzorem do naśladowania są dla Sowy koncepcje piewszej Solidarności, tej z lat 1980 i 1981. Program Solidarności z tamtych lat mocno podkreślał ważność społecznej kontroli nad środkami produkcji. Brak tam było koncepcji liberalnych, czy zgoła neoliberalnych. Sowa twierdzi, że idee pierwszej Solidarności były w rzeczy samej bardzo komunistyczne (oczywiście w rozumieniu marksistowskim). 

Sowa próbuje na tej bazie naszkicować koncepcję nowego porządku gospodarczego opartego na społecznej własności i kontroli środków produkcji.

"Batalia o prawa autorskie i własność intelektualną jest walką o własność środków produkcji. Rozgrywa się ona w domenie cyfrowej, ponieważ tam właśnie stare prawa ekonomii przestają funkcjonować. Jednym z warunków głównego nurtu jest założenie o rzadkości, czyli przekonanie, że ogólnie rzec biorąc dóbr jest zawsze mniej niż ich potencjalnych użytkowników, a ich wytworzenie wymaga nakładów, czyli wydatkowania środków produkcji. Domena cyfrowa rządzi się jednak innymi prawami. Ekskluzywność i konkurencyjność nie leżą w żaden sposób w jej naturze. "

Sowa pokreśla ważność dobra wspólnego. Jego analiza na przykładzie języka, wiedzy, kodu (software), miasta i demokracji pokazuje jak ważne jest zachowanie kontroli społecznej nad dobrem wspólnym dla dobrego funkcjonowania całego społeczeństwa i jego dalszego szybkiego rozwoju. Wiedza może się rozwijać tylko wtedy, gdy jest swobodnie dostępna. Przejęcie na przykład wiedzy przez kapitał prowadzi do jej zamknięcia i wykorzystania jedynie w celu partykularnych interesów danej korporacji. Korporacja może nie udostępniać posiadanej wiedzy, gdy nie leży to w jej interesie. Korporacja może również nie być zainteresowana dalszym rozwojem posiadanej wiedzy tak długo dopóki osiąga zadawalające zyski. Korzyść społeczna nie ma tu żadnego znaczenia.  Sowa pokreśla, że aktualne zmiany w systemie gospodarczym, a w pierszym rzędzie rewolucja informatyczna wprowadzają nowe wartości i powoli zaczynają zmieniać podstawowe zasady działania naszego systemu gospodarczego. Kapitalizm jest oparty w zasadzie na pewnym niedostatku (scarcity) i dośc wysokich kosztach produkcji. Informacja, jako podstawa gospodarki przyszłości, jest natomiast dostępna w nadmiarze (abundance), a jej produkcja, czyli kopiowanie informacji, odbywa się praktycznie za darmo. To jest ta dynamiczna siła, która powoli będze rozsadzać kapitalizm niejako od wewnątrz. Ta teza jest mocno zgodna z propagowanym przez Marksa determinizmen społecznym. Nowy porządek gospodarczy wyłania się w tym momencie, kiedy stary hamuje dalszy rozwój systemu gospodarczego. I tego procesu nikt nie jest w stanie zatrzymać. Niektóre firmy próbują jeszcze przejąć i zamknąć w swoich systemach informację dobrowolnie generowaną przez użytkowników. Firmy te próbują zamienić coś co jest dostępne w nadmiarze, czyli informację, w produkt niedostatku i wytwarzają w ten sposób sztucznie stan niedoboru informacji, co pozwala jeszcze przez chwilę utrzymać kapitalistyczny ład. W tym aspekcie Sowa jest całkowiecie zgodny z koncepcją postkapitalizmu, głoszoną między innymi przez Paula Masona - http://www.theguardian.com/books/2015/jul/17/postcapitalism-end-of-capitalism-begun

Czy te idee modernizacji współczesnego systemu gospodarczego są realistyczne? Nie wiem. Faktem jest jednak, że aktualny system kapitalistyczny, a szczególnie jego neoliberalna forma, są powszechnie krytykowane. Globalny kapitalizm podlega bardzo słabej kontroli państwowej i jak podkreśla wielu autorów jest odpowiedzialny za coraz bardziej dramatyczne rozwarstwienie społeczne - wąska grupa bogatych jest coraz bardziej bogata, a reszta społeczeństwa biednieje.

Polecam gorąco książkę Sowy. Jest ona na pewno interesującą i oryginalną analizą obecnej sytuacji.