sobota, lipca 25, 2015

Wiara a fakty

Właśnie wczoraj dotarła do mnie najnowsza książka Jerry Coyne "Faith vs. Facts" (wiara a fakty). Średnio gruba w twardej okładce, z ładną kremową obwolutą - no może tylko ta czcionka jest nieco zbyt czarna jak dla mnie. Oczywiście natychmiast zacząłem ją wertować, przyjrzałem się dokładnie spisowi treści i przeczytałem prolog.

Ja zawsze prawie natychmiast czytam prolog nowej książki. Niestety dosyć rzadko docieram poza jej pierwszy rozdział. Gdzieś tam przed jego końcem moja ciekawość powoli zanika i tracę cierpliwość do dalszego czytania. Niekiedy stwierdzam, że dalsze czytanie wymaga więcej koncentracji i wolnego czasu niż jestem w stanie tej książce poświęcić po całym dniu pracy, krótko przed zaśnięciem - nierzadko z książką wypadającą mi wtedy z ręki. Odkładam więc wtedy czytanie tej książki na ten jakże rzadki dzień, kiedy będę miał świeży, wypoczęty umysł i sporo wolnego czasu. Niestety takie dni zadarzają się szalenie sporadycznie, więc książki z zakładką w pierwszym rozdziale leżąc grzecznie na półkach czekają grzecznie na ten wyjątkowy dzień. Niekiedy jednak, kierowany jakimś dla mnie samego niezrozumiałym impulsem, zaczynam szperać wśród stosów książek na półkach biorę w rece jedną z tych, które czekają na swoją kolej już od kilku lat, i czytam ją intensywnie do samiutkiego końca. Tak było z książką Martyna Amosa "Genesis Machines - the new science of biocomputing", którą nabyłem w roku 2009 w poteżnej księgarni Waterstones w pobliżu uniwersytetu UCL, a przeczytałem dopiero przed kilkoma miesiącami. Jeszcze dłużej na swoją kolej czekała książka Hemutha Santlera "Geheime Schriften des Christemtums", którą przeczytałem też do końca dopiero kilka tygodni temu.

Ale wrócmy do "wiary a fakty". Jej autor Jerry Coyne jest profesorem ewolucji na uniwersytecie w Chicago. Jerry jest również autorem bardzo popularnego blogu "why evolution is true" - taki tytuł ma również pierwsza książka Jerrey`ego. O tym blogu pisałem już tutaj.

Jerry jest gorliwym obrońcą naukowego podejścia do wyjaśniania świata i zwalcza z wielkim zaangażowaniem szalenie rozpowszechniony w USA kreacjonizm i inne bazujące na religii próby wyjaśnienia pochodzenia życia na ziemi. Jego dyskusje z wieloma oponentami są metodologicznie na niezłym naukowym poziomie. Jerry podróżuje też chętnie i często zamieszcza bardzo obszerne reportaże z miejsc które odwiedził, a szczególnie lubi pisać o tym gdzie coś smacznego zjadł i fotografuje chyba wszystkie swoje posiłki. Utrzymanie bloga na takim wysokim poziomie to ogrom pracy, wiem to dobrze z własnych blogowych prób. A Jerry dodatkowo wykłada, jeździ po świecie z odczytami no i pisze książki. Odwiedzam blog Jerry`ego regularnie i jestem pełen podziwu dla jego energii i ilości i jakości postów, które tam publikuje. Jerry i jego blog to na pewno ważny głos na rzecz naukowego pozniania i teorii ewolucji. Jerry ma również kilku współautorów, jak również wielu aktywnych czytelników.

"Wiara a fakty" to kolejna systemtyczna krytyka religijnego sposobu rozumienia świata i ważny głos na rzecz naukowej metody. W USA toczy się bardzo intensywna dyskusja na temat wzajemnego stosunku pomiędzy nauką a religią. Pojawiają się w niej najprzeróżniejsze głosy i przekonania. Religijni fundamentaliści twierdzą, że każdy ma prawo wierzyć w co chce. Jedni mogą wierzyć w teorię ewolucji, inni w akt stworzenia tak jak on jest opisany w biblii. Oni są za tym aby w szkołach uczyć dzieci obu tych teorii na równi. Przekonują, że ponieważ, ich zdaniem, nie ma absolutnych dowodów na prawdziwość teorii ewolucji, a więc jest to jedynie jedno z wielu możliwych wyjaśnień, a nie fakt. Ta strategia przypomina dokładnie strategię kościoła wobec teorii heliocentrycznej Kopernika. Otóż kościół w 16 i 17-tym wieku zezwalał na rozważania o teorii heliocentrycznej jako teorii czysto hipotetycznej. Kościół zabraniał jednak stanowczo - o czym przekonał się boleśnie Galileo po przekroczeniu tej granicy - twierdzenia jakoby model heliocentryczny był rzeczywistym opisem ruchu słońca, ziemi i innych planet. Są też zwolennicy współistnienia wiary i nauki, którzy twierdzą, że pomiędzy tymi dwoma dysciplinami nie ma konfliktu. Oni twierdzą, że nauka i wiara odpowiadają po prostu na inne pytania. Nauka wyjaśnia mechamizmy działania różnych zjawisk odpowiadając na pytanie "jak". Wiara natomiast wyjaśnia głębszy sens i odpowiada na pytanie "dlaczego". Niektórzy wyznawcy współistnienia idą jeszcze krok dalej i twierdzą, że nauka dostarcza dowody na potwierdzenie religijnych wierzeń. Oni oczywiście nie są wyznawcami tych najprostszych fundamentalistycznych teorii wywodzących się z dosłownego czytania bliblii - jak stworzenie świata i wszystkich gatunków zwierząt i ludzi w 6 dni przed maksymalnie 10.000 lat. Oni tworzą bardziej subtelne teorie teologiczne, dla których nauka, rzekomo, dostarcza dowody na istnienie Boga i jego aktywnego udziału w tworzeniu i działaniu świata. Prym wiedzie w tym fundacja Templeton, która finansuje wiele projektów z pogranicza teologii i nauki.

Jerry Coyne jest mocnym głosem stronnictwa odrzucającego zarówno fundamentalne teorie teologiczne jak również możliwość współistnienia nauki i religii. Jerry jest zdania, że niezgodność pomiędzy religią a nauką jest zasadnicza i wynika z fundamentalnych różnic w metodologicznym podejściu. Wiara bazuje na przekonaniu, którego nie trzeba udowadniać. Po prostu ktoś wierzy lub nie. Nauka natomiast u swych podstaw ma metodę krytycznej analizy postulowanych teorii i uznanych prawd. Nauka ze swej natury jest krytyczna wobec swych własnych osiągnięć i gotowa w każdej chwili je odrzucić bądź zweryfikować. Chociaż więc teorie naukowe nie są z założenia absolutnie słuszne, to jednak stopniowo przybliżają nas do poznania. Dana teoria jest tak długo słuszna dopóki jej prognozy są potwierdzane eksperymentalnie. W przeciwieństwie do nauki teologia stoi przed prawdą objawioną, której podstawowa słuszność - istnienie Boga - nie podlega dyskusji. Jeżeli nawet teologia próbuje udowodnić istnienie Boga, to nie czyni tego naukową metodą hipotez i eksperymentu, a dokonuje dowodu jedynie poprzez logiczny wywód. Celem teologii nie jest więc, jak w innych naukach, wyjaśnienie świata lub pewnych jego aspektów, a jedynie poparcie tezy postawionej na samym początku, która jest dla teologii niepodważalna. Nauka szuka prawdy o świecie, a teologia wspiera prawdę jej objawioną. Metoda działania i przyjęte aksjomaty to są główne różnice między podejściem naukowym, a teologicznym.

O jeszcze jednym aspekcie Jerry wspomina często. Otóż dzisiejsza teologia tworzy coraz bardziej abstrakcyjne pojęcia Boga, na przykład Boga jako pra przyczyny, który cały wszechświat wprawił w ruch, ale nie jest w nim na co dzień obecny. Ten teologiczny Bóg, dzięki swej eteryczności może nawet niekiedy dosyć dobrze wkomponować się w obraz współczesnej nauki. Bo przecież chociaż dzięki naukowemu poznaniu rozszryfrowaliśmy już mnóstwo tajemnic natury, to jednak wiele spraw jest nadal nie wyjaśnionych. Ten teologiczny Bóg jest tworem wysublimowanym na tyle, że rozumieją go tylko nieliczni. On nie trafia pod strzechy "normalnych" ludzi. Tam rządzi nadal Bóg ojciec, surowo karzący źle czyniących i łaskawie nagradzający jemu posłusznych. Pod strzechami wiernych nadal niepodzielne króluje Bóg ingerujący w codzienne życie, zmieniający bieg wydarzeń, kierujący naszymi czynami i od czasu do czasu czyniący cuda. Ten Bóg jest absolutnie niezgodny z nauką i jej aktualnym opisem świata i to z tak rozumianą wiarą walczy Jerry.

Bardzo piękne rozwiązanie dylematu - czy nauka czy religia ma rację - znalazłem przypadkowo w książce Amira Alexander "Infinitesimal", którą bardzo polecam. Książkę tę kupiłem w czerwcu w księgarni Waterstones w Amsterdamie. Ja bardzo lubię aby moje książki miały swoją historię i dlatego często kupuję je w bardzo różnych miejscach. Otóż Alexander bardzo ciekawie opisuje w tej książce jak z pozoru nieznacząca teoria matematyczna nieskończenie małych wielkości, którą wprowadzili do matematyki Cavalieri i Torricelli na początku 17-tego wieku, podkopała podwaliny ówczesnej doktryny teologicznej i przez długi czas była mocno zwalczana przez kościół. W książce tej pojawia się również Galileo. Ten wielki uczony, oskarżany przez swych kościelnych oponentów o kwestionowanie nauk kościoła głoszoną przez niego teorią heliocentryczną stwierdził, że dwie księgi są objawieniem boskim. Pismo (to znaczy konkretnie biblia) jest słowem Bożym, które my interpretujemy, aby zrozumieć Boskie prawa. Druga Boska księga to natura, która jest wynikiem Boskiego stworzenia i jej mechanizmy jako Boskie są absolutnie prawdziwe. Chcąc zrozumieć prawa Boskie i świat ludzie studiują pismo i badają naturę. Studiowaniem pisma zajmuje się teologia, a badaniem natury nauka. Jeżeli więc nauka ukaże prawa natury, które są sprzeczne z naszą aktualną interpretacją pisma, to należy je zaakceptować i zmienić naszą interpretację pisma. Galileo zdecydowanie unikał postawienia nauki w konflikcie wobec pisma. On twierdził jedynie, że to nasza wykładnia pisma jest nieprecezyjna, bo źle zrozumieliśmy absolutną prawdę Boską zawartą w piśmie. Natura i pismo, według Galileo, nigdy nie są sprzeczne, bo jako dzieła Boskie są doskonałe. Jedynie nasza ludzka niedoskonałość powoduje, że nasze rozumienie natury albo pisma może być niedokładne.

Ach ileż problemów można by uniknąć, gdyby ludzie stosowali się do tej reguły Galileo. Kościół oczywiście zarówno wtedy w 17-tym wieku jak i praktycznie do dzisiaj absolutnie odrzucił tę regułę. Również i dzisiaj mnówstwo ludzi na świecie nie chce zaakceptować naukowych faktów i trzyma się kurczowo biblijnej interpretacji świata. Wszystkim serdecznie polecam lekturę „Faith vs. Fact". Niech Jerry przekonuje nas jeszcze przez długie lata o słuszności naukowej metody i rozumienia świata.


niedziela, czerwca 14, 2015

Magna Carta z dzisiejszej perspektywy

Mija właśnie 800 lat od podpisania Magna Carta Libertatum przez angielskiego króla Jana bez ziemi. Traktat ten został wymuszony na królu przez angielskich baronów chcących zachować swoje przywileje i uniknąć coraz to nowych podatków, które król na nich nakładał.

Jest to jeden z pierwszych takich aktów prawnych ograniczających władzę monarchy. Traktat ten jest pewnym aktem wymiany. W zamian za zapewnienie praw wolnych ludzi do sprawiedliwego procesu i nienaruszalności prywatnego majątku baroni zgadzali się na pewne ustępstwa podatkowe.

To ważne dla dalszego rozwoju anglosaskich (i nie tylko) krajów prawo nie znieniło niczego bezpośrednio. To nie było tak, że po podpisaniu Magna Carta królowie trzymali się jej zasad, ludzie mogli żyć wolno i nie byli skazywani bezprawnie. Król Jan zaraz po podpisaniu traktaku zanegował go i walczył (jak również i jego następcy) dalej z baronami o niepodzielną władzę.

Magna Carta to z pewnością precedens. To pierwszy krok w kierunku ograniczenia władzy króleskiej i początek europejskiej demokracji. Jak pisze Tomasz Targański w artykule w Polityce:

"Nowa Wielka Karta, choć nie wyrażała tego wprost, powoli zmierzała w kierunku ustanowienia jednej generalnej zasady: że król, jakkolwiek wielka byłaby jego władza, jest ograniczony prawem."

Oczywiście przez wieki jeszcze toczyła się wojna między królami i baronami. Królowie dążyli do ustanowienia władzy absolutnej i ignorowali rolę parlamentu i prawa. Po przegranej wojnie domowej król Karol 1 został w roku 1649 osądzony i skazany przez trybunał. Jak pisze Targański:

"Postawiony przed sądem Karol utrzymywał, że jako monarcha odpowiada jedynie przed Bogiem. Trybunał uznał, że król, jak każdy inny człowiek, odpowiada przed prawem."

Od tego właśnie czasu Anglia jest monarchią parlamentarną i faktyczną władzę sprawuje parlament.

Również baronom wcale nie chodziło o powszechne prawa dla wszystkich ludzi. Oni walczyli tylko o swoje własne przywileje. Jednak Jak pisze Sheldon Richman w Reason.com czasami nawet drobne zmiany mają wielkie i niezamierzone skutki:

"That genuine liberty can grow out of efforts intended to achieve something less is worth keeping in mind. …. social processes, like the people who actuate them, are complex, and therefore unintended consequences—good and bad—are ubiquitous and to be expected."

Idee zawarte w Magna Carta wracały więc nieustannie w ciągu tych długich 800 lat i zyskiwały coraz większy wpływ na organizacje społeczeństw. Z tej perspektywy Magna Carta to jest raczej pewien proces społecznego rozwoju idei równości wobec prawa wszystkich ludzi (w traktacie zawężono to prawo do wszystkich wolnych ludzi, czyli angielskiej szlachty), a nie jedynie prawo, które zaczęło działać w momencie jego ustanowienia.

Inny aspekt, który autor podkreśla, to wielkość zawartego w roku 1215 kompromisu politycznego. Magna Carta to wyraz wielkiej zdolnośći do kompromisu i stworzenia sytuacji win-win.

Ja uważam, że wpływ Magna Carta na społeczeństwo angielskie był przeogrommy. To dzięki prawu do osobistej wolności i nietykalności prywatnej własności Anglicy przez kilka następnych wieków generowali grupy społeczne i rozwój idei, które ostatecznie doprowadziły do rewolucji przemysłowej w Anglii. Angielskie struktury społeczne były dużo lepiej przystosowane do wykorzystania nowych możliwości technicznych niż inne zniewolone i kontrolowane przez despotycznego monarchę społeczeństwa europejskie.

niedziela, kwietnia 05, 2015

Rynki i banki wypuszczone spod nadzoru stają się szkodnikami

Wywiad z profesorem Owsiakien w Wyborczej to jeszcze jeden głos w jakże ważnej dyskusji o nierównościach społecznych. A do tego głos nie byle kogo tylko wybitnego ekonomisty. Profesor Owsiak podkreśla jak szkodliwe społecznie są narastające dysproporcje w dochodach a przede wszystkim w skumulowanym majątku między super-bogatymi, a resztą społeczeństwa. Jednym słowem bogaci stają sie coraz bardziej bogaci, a biedni mają coraz mniej. Już dzisiaj bogaci płacą żenująco niskie podatki i wyprowadzają pieniądze gdzieś do finansowych oaz. Firmy płacą mniej podatkuu niż pracownicy tychże firm, a przecież one korzystają z dobrej infrastruktury czy to dróg, telekomunikacji czy też, dzięki państwowemu wsparciu, wykształconej kadrze pracowniczej. Bez interwencji państwa, bez rozsądnych podatków dla super-bogatych i firm wzrost dysproporcji majątkowych jest procesem nieodwracalnym.

Neoliberalne mrzonki o samokontrolujących się rynkach i liberalizacji regół finansowych rozbiły się w 2007 jak bańka mydlana doprowadzając do poteżnego kryzysu. Szczególną rolę odegrała tu branża finansowa, która od dłuższego czasu nie służy społeczeństwu, a jedynie jak pasożyt wysysa z niego pieniądze tworząc bzdurne i bez pokrycia tak zwane produkty finansowe. Za ten kryzys zapłacić musi to samo państwo, które neoliberaliści z taką zaciętością zwalczali i próbowali zredukować do minimum. W chwili kryzysu jednak jedynie to wyśmiane państwo okazało się zdolne uzdrowić sytuację. Najgorsze jednak, że w zasadzie nic się nie zmieniło. Po krótkim szoku finsowa ruletka kręci się dalej. 

A skąd to państwo bierze pieniądze na pokrycie strat z powodu nieodpowiedzialnych spekulacji finansowych? Oczywiście z naszych podatków. A kto płaci te podatki? Podatki płacą procobiorcy i konsumenci. Podatków praktycznie nie płacą firmy globalne i super-bogaci, bo uciekają z dochodami gdzieś tam, gdzie praktycznie nic płacić nie muszą.

Czy społeczeństwo, czyli my, nie widzi tego problemu? Czemu godzimy się tak biernie z tą sytuacją?

Chyba częściowo dlatego, że wielu z nas bardzo chciałoby być bogatymi i klasa średnia trochę zerka w stronę super-bogatych marząc o takich samych wielkkich majątkach. No a do tego podatki nie są dobrze widziane i to praktycznie przez wszystkie warstwy społeczne. Nikt nie chce płacić podatków, często przytacza się przykłady biurokratycznego marnotrawstwa pieniędzy zebranych z naszych podatków. Ale ciekawym faktem jest, że jednocześnie roszczenia obywateli wobec państwa są ogromme. Ta powszechna niechęć do podatków to oczywiście woda na młyn super-bogatych i firm, które maksymalizują swoje zyski kosztem społeczeństwa. 

Partią i mediom reprezentującym super-bogatych udało się przekonać klasę średnią, że podatek od majątku dotknie również ich. A całemu społeczeństwu można, jak widać, zaaplikować środek zastępczy czyli nacjonalizm i religię, przekonując ich, że to są właśnie najważniejsze wyzwania z jakimi musimy walczyć. Przecież nieustannie rzekomo ktoś nam zagraża i obraża naszą religię i naszych bogów. Klasie pracującej natomiast wmówiono, że ich wrogiem są imigranci zabierający jej pracę i już nikt nie wskazuje palcem, na super-bogatych, którzy w swoich firmach wyciskają z ludzi ostatnie poty, aby tylko ich zysk rósł nieustannie. Profesor Owsiak pisze, że nasza produktywność wzrosła w ostatnich latach wielokrotnie a płace stoją w miejscu. Wielkie banki i globalne korporacje wykazują regularnie miliardowe zyski, szefowie dostają milionowe premie - ostanio szef banku JP Morgan dostał premię w wysokości 16 milionów! - a pracowników się zwalnia z ramach redukcji kosztów!

Czy zgoda społeczna, równość szans i możliwości nie jest dużo ważniejsza od zysku garstki super-bogaczy? Oczywiście, że jest, bo te czynniki uruchomiają dynamikę i rozwój społeczeństwa z którego w efekcie korzystają wszyscy, również bogacze.


niedziela, listopada 02, 2014

Gdynia po latach

Gdynia to miasto mojej młodości. To w tym portowym mieście urodziłem się i tam między morzem, a zalesionymi klifami wyrastałem. Od kilkudziesięciu lat już tam jednak nie mieszkam. W czasach tej emigracji odwiedzałem Gdynię dosyć regularnie. Mieszkałem wtedy u mamy, a później u siostry. Chętnie odwiedzałem miejsca mi znane, miejsca ważnych zdarzeń w moim młodym życiu, miejsca dobrych i nie tak całkiem fajnych wspomnień, zerkałem w znane tylko mi zakątki, patrzyłem co zmieniło się w trakcie mojej nieobecności. Nigdy nie zabrakło mi czasu na spacer po bulwarze i skwerze Kościuszki i wypicie tam kawy, przyglądałem się nowym sklepom na Świętojańskiej czy Starowiejskiej. Lubiłem zerknąć na Plac Koszubski, poszwędać sie po halii targowej, która nadal zachowała swój urok. Ten tłok i pewien bałagan mocno przypomina nastrój tureckiego bazaru, gęstość kontaktów międzyludzkich jest nieporównywalnie większa niż w niezliczonych centrach handlowych, które powstały wokół miasta. No i oczywiście nie mogłem nie odwiedzić mojego ulubionego Orłowa, pięknej dzielnicy Gdynii położonej nad samym morzem i schowanej za wspaniałym klifem. Orłowo jest spokojne, nieco zaspane, ma w sobie troszkę smutku. Jednak ta mała plaża pomiędzy klifem i Kępą Redłowska porośniętą wspaniałym bukowym lasem, a rzeką Kaczą z widokiem na piękne molo, łodzie rybackie, suszące się sieci i to nieco stalowe morze szemrzące nieustannie ma coś smutno romantycznego w sobie. Szczególnie jesienią kiedy las porastający kępę Redłowską zmienia swój kolor z dnia na dzień.

Zawsze ze smutkiem opuszczałem Gdynię planując następny pobyt. Z biegiem czasu, a szczególnie w ostatnich latach moje pobyty tam stały się jednak dużo rzadsze. Zabrakło, niestety, rodziny, a nas bardziej ciągnęło do Włoch.  

Kiedy więc B zaproponowała wyjazd do Gdynii ucieszyłem się bardzo. Szybko znalazłem fajny apartament w dzielnicy nazywającej się kiedyś wzgórze Nowotki, bardzo blisko mojej szkoły średniej. Mieszkało nam się tam bardzo dobrze, wygodnie i było wszędzie blisko. Z hotelu mieliśmy wspaniały widok na zatokę i nawet Hel. Nocą widać było światła przepływających staków. Rano biegałem z Ginem po mych dawnych ścieżkach na kępie Redłowskiej czy Kamiennej Górze. Miałem przy tym wrażenie, jakby ta cała moja dawna okolica zmalała. W moich wspomnieniach te odległości były dużo większe. No bo teraz w ciągu godziny biegłem na Redłowo, potem w dół na Polankę Redłowską i bulwarem na skwer Kościuszki i z powrotem przez Kamienną Górę. W południe spacerowaliśmy z B boso po plaży rozbijając stopami lodowate przybrzeżne fale, ciesząc się przy tym słońcem, łagodną jak na te jesienne dni pogodą i wspaniałym morskim widokiem. 

Oczywiście zajrzeliśmy również do Orłowa, wypiliśmy kawę na tarasie domku Żeromskeigo. Kiedyś mieszkała tam koleżanka B, a teraz przerobili ten rybacki domek na kawiarnię. Orłowo jest nadal bez porównania dużo spokojniejsze niż Sopot, w którym zawsze pełno ludzi i dużo się dzieje. Ale jak już wspomniałem jest takie dużo bardyiej romantyczne. Może właśnie dlatego kilka młodych par robiła sobie w tym orłowskim plenerze zdjęcia ślubne.

Wieczorami odwiedzaliśmy rodzinę, albo dobrych znajomych. Nie zabrakło nam też czasu na przechadzki po mieście, chociaż niejedno też musieliśmy załatwić. Podziwialiśmy Sea Towers w porcie, ładne fasady domów w centrum, wspaniałe nowe domy i biura na Redłowie no i w Orłowie. Ach to osiedle białych i czarnych domów w pobliżu Alei Zwycięstwa jest po prostu przepiękne. 

Ja, jak zwykle, trochę podglądałem ludzi, patrząc jak żyją. Rano przyglądałem się innym biegaczom, rowerzystom czy spacerowiczom, ludziom na przystankach autobosowych, czy kupującym w sklepach. Wydało mi się, że życie spokojnie toczy się w tym mieście. Bardzo spodobały mi się małe sklepiki na osiedlach, gdzie można kupić prawie wszystko i to do dziesiątej wieczorem. Sam kupiłem w jednym z nich krótko przed dziesiątą butelkę francuskiego wina. Wino francuskie w sklepiku na każdym rogu! To coś o czym przed laty nawet nie śmiałem zamarzyć. W Gdyni jest wszystko co jest potrzebne i przyjemne w życiu, a to wszystko jest tam tak blisko koło siebie. Nie trzeba daleko jeździć, wszystko jest w zasięgu ręki. Gdzie nie spojrzeć widać albo las na pagórkach otaczających Gdynię albo morze. Myślę, że dobrze żyje się w Gdyni. 

I znowu niechętnie, z łezką w oku opuszczałem to piękne miasto. Moje miasto. 

A tutaj kilka zdjęć z Gdyni

Statek piracki przy skwerze Kościuszki



Sea Towers w gdyńskim porcie. 



Gino zwiedza Gdynię


Widok na morze z naszego hotelu



Plaża w Orłowie i klif Redłowski



Plaża w Orłowie


Na tarasie w domku Żeromskiego



sobota, sierpnia 23, 2014

Wołanie o krew

Bardzo radykalne komentarze można niekiedy przeczytać w internecie. I tak pod filmikiem pokazującym kierowcę wyprzedzającego na trzeciego obok słusznego oburzenia pojawiają się też i takie głosy - 

"Takiego bydlaka powinno się zastrzelić na miejscu jak wściekłego psa."

Niedawno na urlopie we Włoszech spotkaliśmy w kawiarni grupkę jak się nam wydawało sympatycznych Polaków. A że byliśmy na urlopie z psem szybko rozmowa zeszła na temat psów. Ktoś opowiedział o strasznym losie jakiegoś psa we wrocławskim, głodzonego i katowanego przez właściciela. A inny ktoś zaraz na to - 

"Takich ludzi to trzeba od razu wieszać, bo inaczej nigdy nie zrozumieją, że robią źle."

Rozumiem oburzenie w obu wypadkach ale w żadnym wypadku nie mogę się zgodzić na tak szybkie szafowanie karą śmierci i grożenie linczem. Może to tylko takie gadanie, może ci ludzie nie są aż tak żądni krwi jak mi się wydaje. Nawet jednak takie gadanie uważam za niebezpieczne. Jeżeli nie oni wykonają ten wyrok, który tak łatwo postanowili, to taka mowa stwarza dobry społeczny nastrój do linczu i samosądów. To język nienawiści i skrajnego radykalizmu. Wykroczenie innych chcą karać równie ochydnym wykroczeniem. Mówię "Nie" tej słownej nienawiści.

Evernote helps you remember everything and get organized effortlessly. Download Evernote.

niedziela, sierpnia 10, 2014

Starożytne wojny o Jezusa

Philip Jenkins, amerykański historyk specjalizujący się we wczesnym chrześciaństwie, napisał bardzo ciekawą książkę o początkach religii chrześciańskiej. Celem Jenkinsa było pokazanie jak przez pierwsze cztery do pięciu wieków chrześciaństwa kształtowała się jego powszechnie teraz uznana przez kościóły katolickie i ewangelickie doktryna. Jenkins skupia się szczególnie na temacie natury Jezusa. Kwestia czy był on Bogiem, czy człowiekiem, czy jednym i drugim jednocześnie, a jeżeli tak to w którym momencie Bóg wstąpił w człowieka Jezusa, była bardzo gorąco dyskutowana na przestrzeni tych pierwszych kilku wieków chrześciaństwa. Zwolennicy dowolnej teorii, a było ich w tamtych czasach mnóstwo, znajdowali na jej poparcie wystarczająco dowodów w ewangeliach czy pismach pierwszych chrześciańskich myślicieli. Wyznawcy każdej z tych teorii byli mocno przekonani o swojej prawdzie i wszystkim innym odmawiali prawa do poznania prawdy. Inni to byli heretycy i jako takich wykluczano ich z tego jeszcze młodego kościoła. Przy czym ponieważ raz jedni, a raz inni brali w tym sporze górę to obwinienia o herezję i wygnania dotyczyły wszystkich odłamów. Te ideologiczne animozje toczyły się nie tylko w listach i innych pismach, ale także nie stroniły od przemocy. Wygnanie, uwięzienie czy całkiem często mordowanie oponentów religijnych było wtedy powszechne. Jenkins porównuje stosunki wtedy panujące do fanatycznego islamu z czasów nowożytnych. Gotowość zlikwidowania inaczej wierzących siłą była nawet większa niż u współczesnych fundamentalistów islamskich. Unoszenie się honorem przy najmniejszym podejrzeniu o obrazę tej jedynej i słusznej religii i żądanie kary najwyższej było również na porządku dziennym. W końcowym efekcie te doktrynalne spory doprowadziły do rozłamu wewnątrz wczesnej religii chrześciańskiej albo inaczej mówiąc nie udało się wtedy stworzyć wspólnego kościoła wokół wspólnej doktryny wiary. Jenkins idzie nawet dalej, twierdząc, że spory tak dalece osłabiły kościoły wschodnie (Antiocha i Alexandria), że nie były one wstanie się obronić przed naporem muzułmanów.


Jenkins mocno podreśla, że obecna interpretacja wielu doktryn religijnych nie została chrześcianom dana poprzez ewangelie czy pisma wchodzące w skład Nowego Testamentu - nie wspominając o fakcie, że zestaw pism zawartych w Nowym Testamencie też kształtował się przez wieki. Pojęcie samego Boga (Trójcy Świętej)  i natury Chrystusa było dyskutowane (często przy użyciu przemocy) przez wieki. Różne pierwsze silne kościoły chrześciańske (takie jak Aleksandria, Antiocha, Konstantinopol czy Rzym) reprezetowały różne poglądy na ten temat i absolutnie nie chciały z nich zrezygnować. Również pierwsze sobory chrześciańskie (Nicea, Efez, Chalkedon) nie były zgromadzeniem teologów, na których w uczony sposób dyskutowano o interpretacji ewangelii i innych spornych kwestiach religijnych, a wygrywał ten, komu udało się innych przekonać siłą argumentów. Nie, te sobory to była próba uzyskania większości dla swoich idei za wszelką cenę. Wszelkie środki i metody były dobre, jeżeli prowadziły do tego celu. Nie przypadkiem drugi sobór w Efezie do dzisiaj określa się jako zbójecki. 

Nie tylko jednak biskupi i ludzie religii gorliwie walczyli o swoje interpretacje religijne. Również świecy władcy ingerowali w te dyskusje i próbowali przeforsować im przyjazną interpretację. Jak Jenkins pisze, o tym jak dzisiaj chrześcianie rozumieją Jezusa decydowało 4 patriarchów, 3 królowe i 2 imperatorów. Dyskuja miała więc nie tylko religijny charakter ale również polityczny. W gruncie rzeczy szło o władzę i wpływ na bieg wydarzeń. 

Czy na końcu zwyciężyła prawda? Jenkins mocno w to wątpi. Nie siła argumentów teologiczych decydowała o zwycięstwie, lecz pozycja polityczna spierających się, ich zdolność wpływania i mobilizowania fanatycznych mas. Jenkins pisze: 

"In the controversies of the fifth and sixth centuries, the outcome was shaped not only by obviously religious dimensions but by factors that seen quite etraneous. This was not a case of one side producing better arguments in its cause, of a deeper familirity with Scripture or partristic texts: all sides had excellent justifications for their positions. All , equally, prduced men and women who practiced heroic ascetism and who demostrated obvious sancity. waht mattered were the interests and obsessions of rival emperors and queens, the rol of competing ecclesiastical princes and their churges, and the empire`s military success or failures against particular barbarian nations. To oversimplify, the fate of Christian doctrine was deeply influenced by just how well or badly the empire was fighting Attila the Hun."

Jeszcze słówko o honorze. Jenkins podkreśla, że idea honoru i clanu, jeszcze ciągle mocno dominująca w obszarze morza śródziemnego, była bardzo często głównym motywatorem zwalczania religijnych oponentów. Nie religijne argumenty ale rzekomo urażona Boska duma pchała ludzi do czynów jakże niezgodnych z głoszoną przez nich religią i jej absolutnie niegodnych. Tak było przez wieki i tak jest do dziś.

"Driving extremism was the concept of honor. Througout the centuries, ideas of honor have often served as an underappreciated component of religious conflict, and not just within Christianity."

  

piątek, lipca 11, 2014

Oby złe duchy opuściły premiera, prezydenta!

To, że jest sporo urzędników kościelnych, którzy w swym radykalizmie już zatracili poczucie realizmu, mnie nie dziwi. To, że wybitni reprezentanci głównej partii opozycyjnej stoją i klaszczą zachwyceni, gdy nawiedzony klecha wypędza diabły i złe duchy z prezydenta i premiera już mnie mocno zdumiewa. Na ile ludzie ci są obliczalni jako politycy, jeżeli poddają się aż tak swoistym emocjom i popierają ekstremalny radykalizm? O co będzie gdy egzorcystyczne zabiegi nie przyniosą oczekiwanego skutku? Czy sięgną oni wtedy do innych wyśmienitych metod dobrze sprawdzonych w średniowieczu? 

A tak na marginesie to egzorcyzmy znowu stają się modne. Tak, tak. Egzorcystów przybywa i są zawaleni robotą, bo przez te lata zaniechania złe duchy rozpleniły się strasznie. Ta doskonała średniowieczna technika niszczenia przeciwników jedynej prawdziwej religii całkiem niesłusznie była przez lata w zapomnieniu. Teraz wraca do łask. Właśnie Watykan uznał oficjalnie zrzeszenie egzorcystów. Te polskie wypędzania złych duchów są więc całkiem trendy.   

Wracając do samych nosicieli złych duchów widać wyraźnie, że umizgi prezydenta, premiera i innych polityków tego obozu politycznego do katolickich hierarchów (bo nikt mi nie wmówi, że ten obłąkany klecha mógłby wypowiadać te brednie bez przynajmniej milczącej zgody hierarchów) pozostają bez odzewu. Oni dla radykałów katolickich, a w tym kierunku kroczą chyba wszyscy kościelni mocodawcy, raz na zawsze pozostaną obcy. Są i będą obcy, bo nie są wystarcająco radykalni i zachowali jeszcze resztkę niezależności. Ich uniżone gesty wobec kościoła są przyjmowane, ale nie zmieniają ich podrzędnego statusu. Ich przymilanie się katolickiemu elektoratowi i tak nie zmieni jego preferencji wyborczych i nie zatrzyma nieustannej radykalnej nagonki na nich.

Panie Prezydencie! Panie Premierze! Ta widoczna dla wszystkich i absolutna porażka waszej polityki ustępowania i aktów podlizywania się katolickim możnowładcom to chyba właściwy moment aby się chwilę nad nią zastanowić i ją zmienić. To chyba ostatnia szansa dla was, aby powiedzieć nie katolickiemu radykalizmowi i ratować te żałosne resztki świeckiego państwa. Pan Premier coś tam niedawno wspominał o nie-klękaniu przed katolickimi zwierzchnikami. Może to czas, żeby wreszcie wstać z tych klęczek, bo kolana już nas wszystkich strasznie bolą! 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,16307453,Ks__Malkowski_odprawia_egzorcyzmy_wobec_Tuska___Oby.html#BoxSlotI3img

Genetyk o prawie sumienia

W zupełności zgadzam się z genetykiem Prof. Jakubowskim, który mówi

Tej wielkiej debaty nad sumieniem dyrektora, która się teraz przetacza, w ogóle nie powinno być. Jeśli komuś sumienie nie pozwala na wykonywanie zakontraktowanych świadczeń, to nie powinien być dyrektorem szpitala.

I jeszcze jeden cytat z komentarzy do tego artykułu:

Czy usuwany półd czuje i co czuje? Ja tego też nie wiem. Wiem natomiast, bo to widać gołym okiem, jak czuje narodzone dziecko, nie mogące funkcjonować bez codziennych porcji leków, bez pompy insulinowej, bez sztucznej nerki, bez możliwości samodzielnego podniesienia się. Wiem, jak się czują rodzice takiego dziecka, żyjący ze swiadomoscią, że ich kiedyś zabraknie, a ono będzie zdane na łaskę i niełaskę obcych ludzi. Wiem, jak się czują rodzice takiego dziecka, zaślinonego, robiacego w pieluchy nastolatka czy trzydziestolatka, z ktorym nie ma kontaktu żadnego, ale serce mu bije. Autorytety tego nie wiedzą. Autorytety mają za to sumienie, ale tylko na potrzeby płodu. To troszkę za mało do świętości.

Cały tekst w wyborczej:
http://wyborcza.pl/1,75478,16306056,Genetyk_o_sprawie_prof__Chazana__Mowienie_pacjentce_.html#BoxSlotI3img#ixzz379SddNlI