O wszystkim i o niczym. Piszę o sprawach dla mnie ważnych, o tym co mnie zainteresowało - wspomnienia z podróży, reakcje na aktualne wydarzenia polityczne, krótkie recenzje książek, które właśnie przeczytałem, no i refleksje na tematy różne.
piątek, stycznia 01, 2016
Czy dobro narodu jest naprawdę ważniejsze niż prawo?
niedziela, listopada 08, 2015
Dokąd zmierza religia chrześcijańska
Kim jest Obirek dzisiaj? Czy jest jeszcze wierzącym, czy może jest ateistą? On sam określa się jako katolik kulturowy. Swoje credo wyraża tak - "nie dać się ograniczyć przez to, co największe, zmieścić się jednak w tym co najmniejsze - to rzecz boska. ... dostosowuję się do zmiennych okoliczności i reaguję na równie zmienne bodźce. Gdzie zatem w tym jest miejsce na wierność absolutnej i niezmiennej prawdzie? - mógłby ktoś spytać. Otóż szkopuł w tym, że w istnienie takiej absolutnej i niezmiennej prawdy nie wierzę. Jedynym kryterium poszukiwania prawdy jest dla mnie twarz drugiego człowieka". Obirek jest w każdym razie zdecydowanym przeciwnikiem upolityczniania kościoła katolickiego i jego hierarchicznej organizacji. Taki polityczny kościół, próbujący narzucić swoją ideologię oddala się od swoich religijnych źródeł. Odrzucenie mitu Chrystusowego i wiary w niego jako jedyną drogę do zbawienia jest podstawą do odrodzenia katolicyzmu. Wiele tego co uważa się za religijność jest jedynie pewnym rytuałem społecznym, bardzo dalekim od jądra religijności. Obirek przytacza wiele przykładów takiego odejścia od religijnej czy biblijnej treści, jak na przykład usunięcie z "Ojcze nasz" elementu przebaczenia nam przez innych naszych czynów - nasze zbawienie wedle Ewangelii jest bez tego przebaczenia niemożliwe. Współczesne "Ojcze nasz" kładzie nacisk na przebaczenie przez Boga, a Ewangelia mówi, że przebaczenie przez tych którym wyrządziliśmy krzywdę jest absolutnie konieczne dla nas. To nie Bóg nam przebacza ale inni ludzie, więc kontakt i dobre stosunki z nimi są dla zbawienia decydujące. Taka interpretacja zmienia radykalnie perspektywę, podkreśla rolę stosunków społecznych i eliminuje rolę zinstytucjonalizowanego kościoła jako pośrednika między ludźmi a Bogiem. Pytanie na ile dzisiejszy kościół katolicki, a w szczególności polski kościół, jest zgodny z duchem Ewangelii jest jednym z głównych wątków tej książki. Centralnym dla Obirka jest pytanie o to, co w teologii jest religią, a co kulturą i zwyczajnym człowieczeństwem. Ta analiza prowadzi Obirka do wniosku, że "można się więc zasadnie zastanawiać, w jakim sensie główne nurty chrześcijaństwa są w ogóle religią Jezusa".
Obirek to człowiek dialogu. Jedynie w dialogu różnych idei i religii, we wspólnym szukaniu prawdy bez bezwględnego narzucania innym swojego zdania może dojść jego zdaniem do odnowy kościoła. Trzeba więc być otwartym na innych, na ich sposób widzenia świata i respektować ich inność.
Taka dyskusja może pomóc nam zrozumieć świat i zbliżyć sie do prawdy, a może nawet do Boga. Obirek jest otwarty nawet na ateistów i z zaciekawieniem słucha jak oni postrzegają świat i krytykują religię. Cytuje on wypowiedź Richarda Dawkinsa, o tym, że ateizm to naturalny dalszy rozwój religii. Po tym jak z wielobóstwa powstało jednobóstwo teraz nadszedł czas na świat bez Boga. Obirek jest otwarty nawet na tak radykalne idee. Pisze on o możliwości odnalezienia Boga wśród ludzi bez odnoszenia się do kultu jednego Boga. W każdym przypadku zbawienie jest jego zdaniem możliwe bez instytucjonalengo kościoła. Obecna hierarchia kościelna nie tylko nie pomaga ludziom dotrzeć do prawdy, ale wręcz to utrudnia, narzucając wszystkim swój doktrynalny sposób widzenia.
Tendencje szukania prawdy poza obowiązującą doktryną katolicką, otwarcie na nowe i inne idee i poglądy pojawiają się coraz częściej wśród zachodnich jezuitów, którzy próbują nawet pogodzić katolicyzm z konfucjanizmem czy stają po stronie biednych w Ameryce Łacińskiej tworząc czy praktykując teologię wyzwolenia. To postępowe myślenie jest zwalczane przez konserwatywne kręgi w Watykanie, kręgi zdominowane przez Opus Dei. Również polski Papież był zdecydowanym przeciwnikiem teologii wyzwolenia i pod dużym wpływem Opus Dei. Można powiedzieć, że dawną rolę jezuitów, jako fanatycznych obrońców konserwatywnego myślenia przejął dzisiaj Opus Dei, a zachodni jezuici szukają nowych dróg i są otwarci na różne inne religie, idee i postępowe trendy. Dotyczy to jednak tylko tych zachodnich jezuitów, bo polscy jezuici są absolutnie wierni bardzo konserwatywnej linii polskiego Kościoła. Muszę przyznać, że ta przedstawiona przez Obirka postępowość dzisiejszych jezuitów mocno mnie zaskoczyła. Moje dotychczasowe zdanie o jezuitach było bardzo negatywne. Widziałem ich historycznie jako grupę fanatyków religijnych, starających się zachować za wszelką cenę władzę kościoła katolickiego, absolutnie konserwatywnych i zwalczających jakiekolwiek zmiany. Jezuici to zakon, który poprzez swoje szkoły wychowywał rzesze ludzi niezdolnych do krytycznej refleksji, zakon, który brutalnie narzucał katolicyzm podbitym ludom Ameryki. Bardzo dobrze rolę jezuitów w 17-tym wieku ukazał Amir Alexander w książce Infinitesimal. Otóż jezuici zwalczali wtedy z dużą pasją wszelkie nowe idee, nawet nowe koncepcje matematyczne. Bronili oni za wszelką cenę uznanej przez kościół za właściwą nauki i odrzucali stanowczo wszelkie jej zmiany. Ich celem było jedynie doskonalenie wiedzy o obowiązującej doktrynie. Zmiany, nowe idee były w ich zdaniem wyzwaniem dla zastanego ładu i jako takie niebezpieczne. Ten zakon powstał w czasie reformacji, aby bronić katolicyzmu, a konkretnie papiestwa, przed protestantami. Jego naczelną wartością było i jest bezwględnie posłuszeństwo papieżowi i zachowanie katolickich wartości, więc jest on z tych względów od swego początku przeciwko jakimkolwiek zmianom. I to właśnie ten zakon, chcący bronić katolickej doktryny za wszelką cenę staje się awangardą postępowej teologii. Czy to nie ironia losu? To mnie zdumiewa i daje nadzieję na przyszłość.
Obirek mocno krytykuje stan polskiego kościoła katolickiego. Obirek pisze - "Bardzo mi przeszkadza, a wręcz budzi moje najgłębsze oburzenie, że w Polsce katolicyzm został zawłaszczony przez teologicznych ignorantów i fundamentalistów religijnych, których krzykliwa arogancja w przestrzeni publicznej jest proporcjonalna do ich ignorancji. Martwi mnie, że polscy hierarchowie katoliccy oddali w jasyr tak zwanej publicystyki katolickiej najlepsze tradycje katolicyzmu otwartego i współtworzącego pluralistyczne dziedzictwo naszego kraju".
Polsko kościół katolicki jest zamknięty na współczesność i dialog, konserwatywny i mocno ludowy. Ta ludowość to chyba jego największy problem, gdyż spycha wiarę z zakres wierzeń w cuda, objawienia i proste, by nie powiedzieć prymitywne prawdy. Ta wizja katolicyzmu rozprzestrzenia się w kraju w niebezpieczny sposób eliminując wszelkie inne formy wiary. Polaryzacja opinii społecznej poprzez politykę Episkopatu i jego dążenie do wpływania na politykę państwa to główne zagrożenie dla świeckiego państwa i demokracji. Podstawą demokracji jest uznanie istnienia wielu różnych grup społecznych i szukanie kompromisu pomiędzy ich interesami. Kompromis to główna cecha demokracji. Bezwzględne narzucanie woli jednej grupy społecznej, nawet gdy jest ona bardzo duża, innym wypacza demokrację i prowadzi do coraz większych konfliktów. Żądania katolickich elit wobec świeckiego państwa są coraz większe, a głosy katolickich hierarchów są coraz bardziej radykalne, by nie powiedzieć fanatyczne. Widać wyraźnie, że kościół chce za wszelką cenę wymusić na wszystkich swój punkt widzenia i zwalcza inne poglądy z absolutnym radykalizmem. Obirek pisze - " [instytucję polskiego kościóła katolickiego] ...postrzegam jako szkodliwą, a nawet niszczącą dla demokratycznych struktur polskiego państwa". Jakże to wielki kontrast, do tak bliskiego Obirkowi podejścia kościoła zachodniego, szukającego dialogu z innymi poglądami i otwartego na inne idee. Dobry opis takiego wykluczania innych głosów i postępującej eskalacji jedynie słusznej idei pokazuje Andrzej Szczypiorski w książce "Msza za miasto Arras". Smutną puentą książki Szczypiorskiego jest stwierdzenie, że taką spiralę fanatyzmu i radykalizacji można tylko zatrzymać poprzez interwencję z zewnątrz. Fala mordów z pseudo-religijnych względów ustaje dopiero wtedy, gdy do miasta Arras przybywa jego zwierzchnik i pokazuje mieszkańcom ich obłęd. To tak jakby ten zewnętrzny autorytet przybył i otworzył nagle mieszkańcom oczy na te okrucieństwa których się dopuścili. Jakby nagle dostrzegli rzeczywistość w której żyli, ale której nie dostrzegali lub nie chcieli dostrzec. Sami mieszkańcy nie są zdolni do takiej refleksji nad swoim postępowaniem, bo wszystkie głosy rozsądku zostały wyeliminowane, a strach aby nie paść ofiarą puszczonego w ruch terroru wyklucza jakikolwiek opór i inne myślenie. Może Papież Franciszek będzie takim zewnętrznym czynnikiem inicjującym opamiętanie?
Obirek pisze sporo o samotności wiernych wobec Boga. Każdy wierzący sam staje przed Bogiem i musi sam decydować o swoim postępowaniu. I to pomimo przynależności do wspólnoty wiernych. Czy jednak wszyscy tak traktują wolność jak ją zdefiniował Lord Acton - "Przez wolność rozumiem gwarancję, że każdy człowiek może czynić wszystko, co uzna za swój obowiązek. Wbrew wpływom władzy, większości, zwyczajom i opiniom innych". Czy wszyscy wierni są w tym sensie samotni wobec Boga i nie podlegają wpływowi ich wspólnoty religijnej? Ja sądzę, że właśnie wielu ludzi zadowala się powielaniem reguł postępowania narzuconych im przez wspólnotę wiernych. Potrzeba przynależności do wspólnoty jest u wielu z nas tak duża, że dla niej wielu rezygnuje z podejmowania własnych decyzji zgodnych z własnym sumieniem. Robimy to, czego oczekuje od nas wspólnota, bo cena za decyzje własne jest wysoka, a jest nią wykluczenie ze wspólnoty. Oczywiście, że tacy wierzący jak Obirek są samotni wobec Boga, bo nie ulegają bezkrytycznie wspólnocie wierzących. Jest to jednak chyba zdecydowana mniejszość. Jakże jednak bardziej samotni są ateiści. Występując, albo nie wstępując, do wspólnoty wiernych stają absolutnie sami wobec egzystencjalnych wyzwań i sami, zgodnie z tylko własnym sumieniem, muszą podejmować decyzję. Brak czegoś takiego jak wspólnota ateistów, brak jakichkolwiek wspólnotowych ateistycznych rytuałów pogłębia tę ateistyczną samotność. Ateiści tak naprawdę nawet nie wiedzą ilu ich jest, bo ludzie którzy odchodzą od religii, odchodzą w samotność i nie przechodzą do innej wspólnoty. Brak wspólnoty ateistów, brak jakichkolwiek organizacji reprezentujących ich interesy sprawia, że nie ma zorganizowanego głosu atesitów w publicznej dyskusji. Wobec narastającej w Polsce tendencji organizowania się wokół katolickiej ideologii różnych grup zawodowych, jak na przykład katoliccy lekarze czy dziennikarze, ten brak organizacji czy wspólnoty stawia atestów na przegranej pozycji.
Obirek przytacza wiele interesujących faktów z historii religii chrześcijańskiej i pokazuje jak zmieniała się interpretacja pewnych biblijnych tekstów na przestrzeni wieków. Mnie bardzo zaciekawiła biblijna historia wieży Babel - "Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego". To powszechnie znana historia, ale Obirek pokazał mi jej inny aspekt. Zastanawiające dla mnie jest, dlaczego Bóg, albo jak ja uważam ludzie piszący ten fragment Biblii, uważał(li), że jest to źle, jeżeli ludzie osiągną to, co jest nieosiągalne. Jeżeli ludzie zdołaliby zbudować tę wieżę, to spostrzegliby, że mogą osiągnąć wszystko to, co aktualnie wydawało się im niemożliwe. Czy jest jest wyraz obawy, że ludzie, ze swej natury zdolni do osiągnięcia rzeczy niemożliwych, dostrzegą te swoje możliwości i w jakimś sensie staną się równi Bogu? Dlaczego Bóg wszechmogący, stwórca ludzi i całego świata, ma się jednak obawiać dążeń swojego dzieła? To nie jest logiczne. Dlaczego Bóg od początku nie chce, aby ludzie mieli wiedzę, zabraniając im dostępu do drzewa poznania, a potem uniemożliwiając im rozwój ich nieograniczonych możliwości. Dlaczego to wychodzenie poza aktualne granice ludzkich możliwości jest tak naganne w myśli religijnej? Może tu wcale nie chodzi o zagrożenie Boga ludzkimi osiągnięciami, tylko o zagrożenie pozycji samych kapłanów? Może chodzi tu przede wszystkim o interesy kapłanów jako boskich pośredników? Może takie ludzkie samoograniczenie jest ważne dla kasty kapłanów, bo dalszy rozwój ludzkich możliwości może być wyzwaniem dla ich interesów? Ludzie poznający samoistnie świat są mniej skłonni akceptować kapłanów i prawdy przez nich głoszone. Jest to znamienne, że w całej historii religii, te formalne jej organy dążą do samoograniczenia ludzi, zakazując im zadawania pewnych pytań i szukania odpowiedzi poza religią. I tak jest również dzisiaj, gdy katolicki kościół, ale nie tylko, chce zakazać dążenia do poznania jednej z ostatnich tajemnic jaka jeszcze trochę pozostaje w gestii religii, a mianowicie powstania życia. Nauka jednak nieustannie wpycha się w te religijne sfery i pokazuje, że to co do niedawna uchodziło za boskie i cudowne da się całkowicie racjonalnie wyjaśnić i dowolnie reprodukować. Boska, czy raczej w praktyce kapłańska interwencja już nie jest konieczna. Czy boskość i cudowność nie są więc li tylko atrybutami niewiedzy? I może nawet jeszcze bardziej interesujące jest to, że mianowicie ludzie, pomimo przynależności do wspólnoty religijnej, jednak nie stosują się do tych zakazów i nieustannie powiększają obszar swojej wiedzy i swoich możliwości. Bo to co my robimy teraz na codzień, jest z perspektywy wieków niewątpliwie osiągnięciem rzeczy jeszcze niedawno całkowicie niemożliwych.
Obirek bardzo krytykuje też decyzję o nieomylności papieża, którą wprowadził Pius IX. Encykliki z tamtych czasów były narzędziem walki z modernizmem i jakże często były w jaskrawy sposób niezgodne z duchem religijnym. Zastanawiające jest, że wiele doktryn teologicznych, takich jak na przykład dogmat o niepokalanym poczęciu Matki Boskiej, czy późniejszy dogmat o wniebowzięciu Matki Jezusa, czy też zabronienie wszelkich naukowych badań nad Biblią zostały sformułowane w takich właśnie encyklikach nieomylnych papieży dopiero w dziewiętnastym czy wręcz dwudziestym wieku. Ta nowa forma sprawowania władzy i weryfikowania lojalności wobec coraz bardziej rozbudowanej doktryny watykańskiej na długi czas zamknęła dyskusję w kościele i jego samego odizolowała od wszelkich innych poglądów i trendów. Fakt, że współczesny kościół rewiduje, czy przynajmniej mocno przemilcza, te papieskie decyzje opublikowane przez rzekomo nieomylnych papieży pokazuje w całej okazałości błędność tej decyzji.
Obirek to bardzo wspaniały erudyta. Wielość myśli i refleksji zawartych w jego książce jest olbrzymia i zachęca do przemyśleń i dalszej lektury. Aby je wszystkie zrozumieć należy jego książkę przeczytać kilka razy. Książka Obirka to punkt wyjścia do dalszej refleksji nad stanem polskiego kościoła, czy ogólniej religii i jej przyszłości. To głos krytyczny ale bardzo ważny, bo wypowiada go ktoś, kto zna kościół od środka, kto wie jak on funkcjonuje. To głos krytyczny ale pomimo to życzliwy religii i kościołowi, głos za zmianą na lepsze.
sobota, października 03, 2015
Niezbyt udany urlop
poniedziałek, września 14, 2015
Jak powstała nauka w starożytnej Grecji?
wtorek, sierpnia 25, 2015
Czy kapitalizm można naprawić? Jan Sowa twierdzi, że tak, ale trzeba go zamienić na nowy, sprawiedliwszy system gospodarczy
Z mojego ostatniego pobytu w Polsce przywiozłem między innymi książkę Jana Sowy "Inna rzeczpospolita jest możliwa". Książka ta jest bardzo fajnie napisana, czyta się ją prawie jak dobry kryminał. W kilka dni przeczytałem ją od początku do końca. Rzadko tak szybko czytam.
Jan Sowa w tej książce zrywa radykalnie z tradycyjnym przekazem historycznym, zarówno konserwatywnym jak i liberalnym. Krytyka Jana Sowy nie oszczędza ani lewej ani prawej strony sceny politycznej. Sowa wychodzi z utartych ścieżek dyskursu polityczno-historycznego i ukazuje realia społeczne z zupełnie innego punktu widzenia. Jeżeli miałbym przytoczyć tylko jeden jedyny punkt z jego rozważań, który zaskoczył mnie najbardziej, to wybrałbym przyczynę upadku sarmackiej rzeczpospolitej. Zwykle widzimy przyczynę tego upadku i rozbiorów w złych sąsiadach Polski, którze wspólnie zagarnęli i podzielili Polskę między siebie. Polska była więc niewinną ofiarą obcych mocarstw. Natomiast Sowa uważa, że przyczyną rozbiorów była fatalna organizacja i zacofanie polskiego państwa i rządy szlachty i magnatów, dążących do własnej korzyści kosztem polskiej państwowości.
Wyłuskałem z bardzo wielu nietypowo przez Sowę opisanych wątków kilka, które są z mojego punktu najciekawsze.
O komuniźmie
Sowa sygnalizuje sympatie do komunizmu w ścisłym marksistowskim rozumieniu. Marks w ogóle przeżywa właśnie renenans i wielu krytyków aktualnej sytuacji gospodarczej i krytyków neoliberalnego systemu gospodarczego sięga znowu do Marksa. Krytyka kapitału przedstawiona przez Marksa zdaje się być nadal aktualna. Sowa jest jednak wyraźnym wrogiem leninowskiej interpretacji teorii Marksa, gdyż poprawki Lenina są dokładnym zaprzeczeniem logiki Marksa. Marks uważał, że komunizm jest wynikiem praw dynamicznego rozwoju społeczeństw i do jego powstania dojdzie w państwach najwyżej rozwiniętego kapitalizmu, gdy kapitalizm stanie się już hamulcem dalszego rozwoju i wzrostu produkcji. Lenin natomiast wypaczył teorię Marksa dla swych potrzeb i doprowadził do rewolucji w kraju mocno zacofanym, które nawet jeszcze tak na prawdę nie dotarło do początków kapitalizmu. Sowa dlatego nie mówi o ZSRR czy PRL jako o państwach komunistycznych czy nawet socjalistycznych. On je nazywa państwami leninowskimi. Państwo leninowskie według Sowy to państwo które posiada czy kontroluje prawie wszystkie środki produkcji. Państwo leninowskie w tym rozumieniu jest więc praktycznie państwem kapitalistycznym. Państwa leninowskie były największym i jedynym pracodawcą i miało ogrommą kontrolę nad wszystkimi obywatelami. Kontrolę nad środkami produkcji w państwie leninowskim miała bardzo wąska elita, która nazywała się zupełnie niesłusznie partią komunistyczną albo robotniczą. Elita ta, jak wszyscy wiemy, była całkowicie oderwana od społeczeństwa.
O kapitaliźmie
Sowa udowadnia, że kapitalizm nigdy nie był całkowicie oderwany od państwa, gdyż to zawsze jakieś państwo wymuszało siłą porządek prawny i ład społeczny korzystny dla kapitalizmu. A bez tego porządku prawno-politycznego kapitalizm nie przetrwał by zbyt długo. Sowa pokreśla, że kapitalizm jest niereformowalny sam z siebie - zawsze będzie dązył do maksymalizacji zysków poprzez wyzysk pracowników najemnych.
"Kapitalizm to zinstytucjonalizowana chciwość, a więc sama rozgrywka toczy się nie o to, kto najbardziej przyczynia się do ogólnego dobrostanu, ale o to kto zgarnia najwięcej."
Jedynie mocna społeczna kontrola może go trzymać w ryzach i zmusić do ustępstw na rzecz pracowników.
"Dobrobyt społeczeństw zachodnich nie jest bezpośrednią i automatyczną konsekwencją akumulacji kapitału, ale walk, jakie pracownicy przez dekady, a nawet stulecia toczyli w imię redystrybucji."
O Sarmatach
Sowa zrywa z konserwatywną idealizacją sarmatyzmu. Sarmatyzm, według Sowy, to rządy wąskiej grupy społecznej (arystokratów i szlachty), która dbała jedynie o swój własny interes i tym doprowadziła do upadku kraju. Dla Sowy Polska nie jest biedną ofiarą niedobrych sąsiadów. Polska tamtych czasów to państwo feudalne, które podbojami zwiększa swoje wpływy i kolonializuje kraje ościenne. Jako kolonialne mocarstwo Polska walczy z późniejszymi zaborcami o wpływy w regionie. Słabość ówczesnej Polski według Sowy to nie wynik spisku zaborców, ale jedynie skutek słabości sarmackiego państwa. Polsce nie udało się przeprowadzić koniecznych reform i zbudować mocnego, centralnego państwa, co osiągnęła nawet nie mniej zacofana Rosja. Na drodze do reform stanęła uprzywilejowana szlachta, która dbała jedynie o własne interesy. To właśnie szlachta uchwaliła wiele praw, które tylko jej przynosiły korzyść. Szlachta stłumiła rozwój miast i kupiectwa, które na zachodzie były motorem przemian i zalążkiem industralizacji. Poprzez liberum veto zasadnicze zmiany sarmackiej organizacji społecznej były praktycznie niemożliwe, a interwencja obcych mocarstw stała się dosyć łatwa. Chociaż sarmacka Polska zaopatrywała całą Europę w zboże, to wydajność w polskim rolnictwie była bardzo słaba. Poprawiano ją tak jak to zwykle czynią kapitaliści, albo kolonizacją ziem krajów ościennych, albo poprzez podwyższanie zobowiązań chłopów pańszczyźnianych wobec pana. Chłop pańszczyźniany był niewolnikiem szlachcica. Sarmaci również pozwolili przejąć cały handel polskim zbożem kupcom holenderskim, zabraniając polskim kupcom miedzynarodowego handlu.
O liberałach
Liberalizm jest pojęciem bardzo różnorako definiowanym i niestety to określenie jest bardzo nieprecyzyjne. Sowa rozróżnia trzy rodzaje liberalizmu - polityczny (różne prawa jednostki muszą być chronione przed atakami wszelkiego rodzaju władzy), społeczny (ochrona praw jednostki w sferze obyczajowej i światopoglądowej) i gospodarczy (prawo do własności i swobodnej przedsiębiorczości i samoregulacja gospodarki poprzez wolny rynek). Ludzie którzy są na przykład liberałami społecznymi z regóły są przeciw liberalizmowi gospodarczemu. Sowa rozprawia się stanowczo z liberalizmen gospodarczym, a przede wszystkim jego formą najbardziej radykalną jaką jest neoliberalizm. Sowa wykazuje złudność wiary w wolny rynek, jako siły samodzielnie korygującej sytuację na rynku i likwidującej wszelkie wypaczenia. Sowa pokazuje również absurdalność teorii skapywania - dajmy bogatym więcej zarobić, a po czasie i biedni nieco zarobią - która była podstawą polityki Regana redukcji podatków dla bogatych. Sowa jest zdania, że trzeba szukać nowych rozwiązań na aktualne problemy. Sięganie do starych koncepcji, takich jak socjaldemokracja, nie pomoże nam. Socjaldemokracja była niezłym rozwiązaniem w przeszłości i dość skutecznie broniła praw pracowniczych, ograniczała kapitał i wprowadziła państwo dobrobytu. Świat się jednak zmienił, kapitał jest globalny i stare recepty już nie działają. Nawet parlamentarna demokracja obrywa mocno:
"Parlamentaryzm nie jest więc wcale formą suwerenności ludu, tylko strategią obrony przed możliwością masowej emancypacji. Strategię tę stosuje się przede wszystkim po to, aby chronić coś, co byłoby oczywiście pierwszą ofiarą autentycznej suwerenności powszechnej, czyli prywatną własność środków produkcji. "
O przyszłości
Sowa jest wyraźnym zwolennikiem społecznej kontroli środków produkcji. Odrzuca on zarówno kapitalizm, jako ustrój dążący do maksymalizacji zysków poprzez wyzysk pracowników, jak i naturalnie państwo leninowskie, które w sposób nieco bardziej zakamuflowany dąży do tego samego praktycznie takimi samymi metodami. Wzorem do naśladowania są dla Sowy koncepcje piewszej Solidarności, tej z lat 1980 i 1981. Program Solidarności z tamtych lat mocno podkreślał ważność społecznej kontroli nad środkami produkcji. Brak tam było koncepcji liberalnych, czy zgoła neoliberalnych. Sowa twierdzi, że idee pierwszej Solidarności były w rzeczy samej bardzo komunistyczne (oczywiście w rozumieniu marksistowskim).
Sowa próbuje na tej bazie naszkicować koncepcję nowego porządku gospodarczego opartego na społecznej własności i kontroli środków produkcji.
"Batalia o prawa autorskie i własność intelektualną jest walką o własność środków produkcji. Rozgrywa się ona w domenie cyfrowej, ponieważ tam właśnie stare prawa ekonomii przestają funkcjonować. Jednym z warunków głównego nurtu jest założenie o rzadkości, czyli przekonanie, że ogólnie rzec biorąc dóbr jest zawsze mniej niż ich potencjalnych użytkowników, a ich wytworzenie wymaga nakładów, czyli wydatkowania środków produkcji. Domena cyfrowa rządzi się jednak innymi prawami. Ekskluzywność i konkurencyjność nie leżą w żaden sposób w jej naturze. "
Sowa pokreśla ważność dobra wspólnego. Jego analiza na przykładzie języka, wiedzy, kodu (software), miasta i demokracji pokazuje jak ważne jest zachowanie kontroli społecznej nad dobrem wspólnym dla dobrego funkcjonowania całego społeczeństwa i jego dalszego szybkiego rozwoju. Wiedza może się rozwijać tylko wtedy, gdy jest swobodnie dostępna. Przejęcie na przykład wiedzy przez kapitał prowadzi do jej zamknięcia i wykorzystania jedynie w celu partykularnych interesów danej korporacji. Korporacja może nie udostępniać posiadanej wiedzy, gdy nie leży to w jej interesie. Korporacja może również nie być zainteresowana dalszym rozwojem posiadanej wiedzy tak długo dopóki osiąga zadawalające zyski. Korzyść społeczna nie ma tu żadnego znaczenia. Sowa pokreśla, że aktualne zmiany w systemie gospodarczym, a w pierszym rzędzie rewolucja informatyczna wprowadzają nowe wartości i powoli zaczynają zmieniać podstawowe zasady działania naszego systemu gospodarczego. Kapitalizm jest oparty w zasadzie na pewnym niedostatku (scarcity) i dośc wysokich kosztach produkcji. Informacja, jako podstawa gospodarki przyszłości, jest natomiast dostępna w nadmiarze (abundance), a jej produkcja, czyli kopiowanie informacji, odbywa się praktycznie za darmo. To jest ta dynamiczna siła, która powoli będze rozsadzać kapitalizm niejako od wewnątrz. Ta teza jest mocno zgodna z propagowanym przez Marksa determinizmen społecznym. Nowy porządek gospodarczy wyłania się w tym momencie, kiedy stary hamuje dalszy rozwój systemu gospodarczego. I tego procesu nikt nie jest w stanie zatrzymać. Niektóre firmy próbują jeszcze przejąć i zamknąć w swoich systemach informację dobrowolnie generowaną przez użytkowników. Firmy te próbują zamienić coś co jest dostępne w nadmiarze, czyli informację, w produkt niedostatku i wytwarzają w ten sposób sztucznie stan niedoboru informacji, co pozwala jeszcze przez chwilę utrzymać kapitalistyczny ład. W tym aspekcie Sowa jest całkowiecie zgodny z koncepcją postkapitalizmu, głoszoną między innymi przez Paula Masona - http://www.theguardian.com/books/2015/jul/17/postcapitalism-end-of-capitalism-begun
Czy te idee modernizacji współczesnego systemu gospodarczego są realistyczne? Nie wiem. Faktem jest jednak, że aktualny system kapitalistyczny, a szczególnie jego neoliberalna forma, są powszechnie krytykowane. Globalny kapitalizm podlega bardzo słabej kontroli państwowej i jak podkreśla wielu autorów jest odpowiedzialny za coraz bardziej dramatyczne rozwarstwienie społeczne - wąska grupa bogatych jest coraz bardziej bogata, a reszta społeczeństwa biednieje.
Polecam gorąco książkę Sowy. Jest ona na pewno interesującą i oryginalną analizą obecnej sytuacji.
piątek, sierpnia 14, 2015
Feralny piątek
Słowo usprawiedliwienia. Ten post miał się ukazać trzynastego lutego. To jest taka rozmowa w myślach z przyjacielem z dawnych młodzieńczych lat. Napisałem tego posta rzeczywiście tego dnia późnym wieczorem. Byłem jednak zbyt zmęczony aby jeszcze zrobić konieczne poprawki. Chciałem je wykonać następnego dnia, ale jakoś tak czas zleciał aż do dzisiaj. Dlatego publikuję ten zimowy tekst dopiero teraz pod koniec jakże upalnego lata.
Wiesz kilka dni temu jadąc do pracy usłyszałem w radiu, że właśnie mamy trzynastego i do tego piątek. I tak nagle przypomniał mi się ten nasz piątek. To też był trzynasty. To chyba był luty. Pamiętasz?
Zima była tamtego dawnego roku bardzo ostra. Sporo śniegu i siarczysty mróz. Taka prawdziwa zima, nie taka nijaka, jak te teraz. Byliśmy w szkole tego dnia, gdy nagle postanowiliśmy dać dyla. Niestety nie pamiętam na której lekcji to było i dlaczego aż tak szybko opuszczaliśmy szkołę. A ty pamietasz? Decyzja była raczej na pewno bardzo spontaniczna, bo spakowaliśmy nasze teczki tuż przed końcem przerwy. Wyjście ze szkoły głównym wejściem nie było możliwe, bo nauczyciele tam pilnowali, a może woźny. Postanowiliśmy więc wyskoczyć z klasy przez okno. Nie było to trudne, bo klasa była na parterze i okna były tak może nieco ponad metr nad ziemią. Tuż za oknen zaczynało się takie mocno strome zbocze, a na jego końcu był dość wysoki płot. Tak więc wyskoczyliśmy przez to okno w klasie i zaczęliśmy się szybko wspinać na to zbocze. Niestety to pokryte śniegiem zbocze było bardzo śliskie. Powoli wdrapywaliśmy się, ty chyba kilka razy zjechałeś z powrotem prawie na sam dół. Ja też walczyłem rozpaczliwie. W między czasie już zaczęła się następna lekcja. Wszyscy uczniowie ale niestety też nauczyciele, wrócili do klas. A my walczyliśmy nadal w pocie czoła z tym zboczem. Chyba cała szkoła przyglądała się naszym zmaganiom. Zapewne również i nauczyciele. Nie tylko z klas na parterze byliśmy dobrze widoczni. Również klasy na piętrze mogły nas świetnie obserwować. Może nawet lepiej. Nie oglądałem się wprawdzie do tyłu, ale czułem te spojrzenia i ten śmiech, który zapewne nam towarzyszył. A ty zerknąłeś może do tyłu? Widziałeś czy się z nas śmiali, czy może patrzyli na nas z zazdrością i podziwem?
W końcu dotarliśmy wykończeni do płotu i jeszcze dobrą chwilę zajęło nam jego pokonanie. Potem szwędaliśmy po niedalekim lasku, poszliśmy na plażę i dopiero później wróciliśmy do miasta. Wagary były tym razem całkiem kiepskie. Snuliśmy się tak naprawdę bez celu, tak tylko po to aby czas w końcu minął. Zmarzliśmy przy tym solidnie. Humory mieliśmy nie najlepsze, bo przeczuwaliśmy, że tym razem ta eskapada nie przejdzie nam na sucho.
I tak też się stało. Nie pamiętam już czy to szkoła zadzwoniła do naszych rodziców i wezwała ich z nami następnego dnia, czy dopiero następnego dnia jeszcze przed pierwszą lekcją wezwała nas wychowawczyni i kazała przyjść z rodzicami do dyrektora. Dobrze pamiętam tylko tę scenę w gabinecie u dyrektora. Dyrektor, wychowawczyni, nasze mamy i my. Dyrektor był wściekły i wygłosił groźną i długą mowę. Mówił, że dla takich jak my nie ma miejsca w tej szkole. Jak nie chcemy się uczyć, lub nam się ta szkoła nie podoba to on nas nie będzie zmuszać. Chodzić do takiej szkoły to wyróżnienie, a my, zamiast uznania dla tego przywileju, tak strasznie się zachowujemy i uciekamy ze szkoły na oczach wszystkich. On tego w ogóle nie może zrozumieć. Ty podśmiewałeś się pod nasem w trakcie dyrektorskiej reprymendy, pamiętasz? W końcu dyrektor postanowił nas zawiesić w prawach ucznia na trzy dni. To było pomyślane jako kara i poważne ostrzeżenie dla nas, no i czas do namysłu. Mieliśmy zastanowić się, czy nadal chcemy chodzić do tej szkoły. Oczywiście nie chcieliśmy, ale już wtedy jako młodzi ludzie wiedzieliśmy dobrze, że nie zawsze można mówić co się myśli. Czego jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy to tego, o ile dalsze nasze życie bez skończonej szkoły byłoby trudniejsze - nawet dzisiaj nie chcę o tym myśleć, co by było gdyby nas naprawdę wywalili z tej szkoły. Jednak chyba już wtedy rozumieliśmy, że pomimo naszej niechęci do uczęszczania do szkoły - przecież można spędzać czas na tak wiele dużo przyjemniejszych sposobów - rozsądnej alternatywy dla nas nie ma.
I tak po trzech dniach i to tylko dzięki naszym dzielnym mamom wróciliśmy do szkoły i to był na szczęście koniec tej afery. Dalsze obyły się już bez zawieszania. ;)
Jadąc do pracy zastanawiałem sie w którym roku to było. Chyba byliśmy w drugiej klasie wtedy? Lepiej może jednak nie wspominać ile lat już od tego czasu minęło, bo to czasy strasznie odległe.
Jak walczyć z buczeniem?
Na marginesie wywiadu z prezydentem Komorowskim w Wyborczej zastanawiam się jak można sobie poradzić w tym zakłócaniem spotkań wyborczych przez grupy ludzi o odmienym zdaniu, które zakłócają je gwizdami i obraźliwymi okrzykami? Jak walczyć z ludźmi, którzy przychodzą tylko po to na oficjalne uroczystości państwowe aby wygwizdać i wybuczeć demokratycznie wybrane głowy państwa? Jaka strategia przeciwko takiemu postępowaniu może być skuteczna? Czy słuszne jest ignorowanie takich zachowań, czy może należy chodzić na spotkania partii popierających takie zachowania i polityków tych partii też wybuczeć? Czy może zamiast elegancko milczeć i udawać, że nic się nie stało, trzeba przerwać uroczystość czy zebranie i jak się nie da inaczej, to usunąć protestantów siłą?
Jest wiele spłeczeństw, które potrafią sobie z tym problemem poradzić. Voltaire na przykład walcząc ze swoimi przeciwnikami ideologicznymi mówił, że on będzie zwalczać jego zdaniem niesłuszne opinie z całą stanowczością. Jednak w tym momencie, gdy jego oponentom zabroni się je wygłaszać on będzie pierwszym, który stanie w obronie głoszenia tych opinii. A czym innym jest buczenie, jak nie formą uniemożliwienia mzsłącym inczej wyrażania swoich racji? W Ameryce toczy się naprawdę gorąca dyskusja między religijnymi fundamentalistami a ateistami. Spór jest wielki, ale dyskusja toczy się szalenie kulturalnie. Nie ma wyzwisk i prób poniżania i obrażania oponentów. Jest mocna, bezlitosna walka na argumenty, ale jest to walka kulturalna.
Większość ludzi dobrze wychowanych uznaje zapewne, że buczenie na cmentarzach i innych miejscach uroczystości to oznaka braku dobrego wychowania. Można przecież mieć różne poglądy i spierać się na argumenty, ale należy to robić w cywilizowany sposób. Ludzie dobrze wychowani odwracają się z niesmakeim widząc takie zachowania i starają w ten wykwintny sposób dać wyraz swojej dezaprobacie. Ale ta zbyt zaawulowana dezaprobata na gwiżdżących jak widać w ogóle nie działa. Rozochoceni brakiem bezpośredniej reakcji i oporu ośmielają się coraz bardziej i wrzeszczą nawet w trakcie grania polskiego hymnu narodowego. Takie radykalne ruchy protestu, przy braku oporu ze strony ich nie akceptującej większości, radykalizują się coraz mocniej i w końcu narzucają większości swoje postępowanie jako normatywne zachowania społeczne.
Komorowski o swojej ostatniej uroczystości:
"gdy żegnałem się z siłami zbrojnymi, urządzono mi kocią muzykę, i to wrzeszcząc w czasie hymnu narodowego. To byli ci sami ludzie, z tymi samymi transparentami, którzy w czasie kampanii wyborczej siali przeciwko mnie nienawiść na rozkaz."
Komorowski słusznie też mówi o błędzie zaniechania, gdy sądzimy, że z biegiem czasu prawda się sama obroni. Może po bardzo wielu latach tak, ale okazuje się, że prawdę można zakrzyczeć i ona sama bez pomocy jej zwolenników nie da sobie rady. Komorowski tak pisze o swoich prezydenckich doświadczeniach:
"… zawsze miałem przekonanie, że prawda i racja sama się obroni. Otóż sama się nie broni. Trzeba jej pomagać, zwłaszcza w czasach internetu, kiedy łatwo pobudzić nienawiść i agresję i gdy rośnie atrakcyjność radykalnej ułudy."
I jeszcze ten cytat o bezsilności wobec takiej formy protestowania:
"Trudno poradzić sobie z falą autentycznej nienawiści. Nienawiści niemającej nawet najmniejszego potwierdzenia w faktach. Zrobić ze mnie agenta WSI tylko dlatego, że byłem przeciwnikiem głupich decyzji w sprawie wywiadu wojskowego? To aberracja.
Okoliczności objęcia prezydentury po katastrofie smoleńskiej były bardzo trudne i również pełne wobec mnie nienawiści. Jakoś to jednak wtedy rozumiałem, gdyż objąłem urząd po Lechu, a wygrałem z Jarosławem… Potem udało mi się uzyskać zaufanie 70 proc. Polaków, a więc także części wyborców braci Kaczyńskich. Pod koniec prezydentury ten spektakl nienawiści pojawił się ponownie. To nie były już jednak naturalne emocje, ale zaplanowana kampania zniesławienia."
Ja nadal mocno wierzę, żę większość ludzi w Polsce jest daleka od popierania takich radykalnych zachowań, zachowań dalekich od powszechnych norm kulturowych i od poszanowania innych. Problem w tym, że ta większość zbyt mało daje wyraz swojemu braku akceptacji takiej formy walki politycznej. A to trzeba, tak jak Voltaire w takiej sytuacji, zdecydowanie poprzeć nawet ludzi o poglądach, z którymi się nie zgadzamy, aby tak zaprotestować przeciwko niegodnemu zachowaniu i formą zwalczania przeciwników politycznych.
Większość oburzonych takim postępowaniem za mało staje po stronie tych zaatakowanych zostawiając ich sam na sam z wrzeszczącym tłumem. Stanowczo za mało pokazuje się tym, którzy napędzają i popierają te zachowania, że to nie tędy droga. Pod żadnym względem, nawet jak argumenty protestujących są z naszego punktu widzenia słuszne, nie powinniśmy akceptować tej niecywilizowanej formy ich wyrażania. Tylko takie stanowcze NIE może promotorów tych form protestu powstrzymać przed dalszą eskalacją.
wtorek, sierpnia 11, 2015
Czy można poprzez manipulacje genów stworzyć człowieka całkowicie posłusznego władzy
Posłuchaj: http://audycje.tokfm.pl/odcinek/28252

