niedziela, sierpnia 10, 2014

Starożytne wojny o Jezusa

Philip Jenkins, amerykański historyk specjalizujący się we wczesnym chrześciaństwie, napisał bardzo ciekawą książkę o początkach religii chrześciańskiej. Celem Jenkinsa było pokazanie jak przez pierwsze cztery do pięciu wieków chrześciaństwa kształtowała się jego powszechnie teraz uznana przez kościóły katolickie i ewangelickie doktryna. Jenkins skupia się szczególnie na temacie natury Jezusa. Kwestia czy był on Bogiem, czy człowiekiem, czy jednym i drugim jednocześnie, a jeżeli tak to w którym momencie Bóg wstąpił w człowieka Jezusa, była bardzo gorąco dyskutowana na przestrzeni tych pierwszych kilku wieków chrześciaństwa. Zwolennicy dowolnej teorii, a było ich w tamtych czasach mnóstwo, znajdowali na jej poparcie wystarczająco dowodów w ewangeliach czy pismach pierwszych chrześciańskich myślicieli. Wyznawcy każdej z tych teorii byli mocno przekonani o swojej prawdzie i wszystkim innym odmawiali prawa do poznania prawdy. Inni to byli heretycy i jako takich wykluczano ich z tego jeszcze młodego kościoła. Przy czym ponieważ raz jedni, a raz inni brali w tym sporze górę to obwinienia o herezję i wygnania dotyczyły wszystkich odłamów. Te ideologiczne animozje toczyły się nie tylko w listach i innych pismach, ale także nie stroniły od przemocy. Wygnanie, uwięzienie czy całkiem często mordowanie oponentów religijnych było wtedy powszechne. Jenkins porównuje stosunki wtedy panujące do fanatycznego islamu z czasów nowożytnych. Gotowość zlikwidowania inaczej wierzących siłą była nawet większa niż u współczesnych fundamentalistów islamskich. Unoszenie się honorem przy najmniejszym podejrzeniu o obrazę tej jedynej i słusznej religii i żądanie kary najwyższej było również na porządku dziennym. W końcowym efekcie te doktrynalne spory doprowadziły do rozłamu wewnątrz wczesnej religii chrześciańskiej albo inaczej mówiąc nie udało się wtedy stworzyć wspólnego kościoła wokół wspólnej doktryny wiary. Jenkins idzie nawet dalej, twierdząc, że spory tak dalece osłabiły kościoły wschodnie (Antiocha i Alexandria), że nie były one wstanie się obronić przed naporem muzułmanów.


Jenkins mocno podreśla, że obecna interpretacja wielu doktryn religijnych nie została chrześcianom dana poprzez ewangelie czy pisma wchodzące w skład Nowego Testamentu - nie wspominając o fakcie, że zestaw pism zawartych w Nowym Testamencie też kształtował się przez wieki. Pojęcie samego Boga (Trójcy Świętej)  i natury Chrystusa było dyskutowane (często przy użyciu przemocy) przez wieki. Różne pierwsze silne kościoły chrześciańske (takie jak Aleksandria, Antiocha, Konstantinopol czy Rzym) reprezetowały różne poglądy na ten temat i absolutnie nie chciały z nich zrezygnować. Również pierwsze sobory chrześciańskie (Nicea, Efez, Chalkedon) nie były zgromadzeniem teologów, na których w uczony sposób dyskutowano o interpretacji ewangelii i innych spornych kwestiach religijnych, a wygrywał ten, komu udało się innych przekonać siłą argumentów. Nie, te sobory to była próba uzyskania większości dla swoich idei za wszelką cenę. Wszelkie środki i metody były dobre, jeżeli prowadziły do tego celu. Nie przypadkiem drugi sobór w Efezie do dzisiaj określa się jako zbójecki. 

Nie tylko jednak biskupi i ludzie religii gorliwie walczyli o swoje interpretacje religijne. Również świecy władcy ingerowali w te dyskusje i próbowali przeforsować im przyjazną interpretację. Jak Jenkins pisze, o tym jak dzisiaj chrześcianie rozumieją Jezusa decydowało 4 patriarchów, 3 królowe i 2 imperatorów. Dyskuja miała więc nie tylko religijny charakter ale również polityczny. W gruncie rzeczy szło o władzę i wpływ na bieg wydarzeń. 

Czy na końcu zwyciężyła prawda? Jenkins mocno w to wątpi. Nie siła argumentów teologiczych decydowała o zwycięstwie, lecz pozycja polityczna spierających się, ich zdolność wpływania i mobilizowania fanatycznych mas. Jenkins pisze: 

"In the controversies of the fifth and sixth centuries, the outcome was shaped not only by obviously religious dimensions but by factors that seen quite etraneous. This was not a case of one side producing better arguments in its cause, of a deeper familirity with Scripture or partristic texts: all sides had excellent justifications for their positions. All , equally, prduced men and women who practiced heroic ascetism and who demostrated obvious sancity. waht mattered were the interests and obsessions of rival emperors and queens, the rol of competing ecclesiastical princes and their churges, and the empire`s military success or failures against particular barbarian nations. To oversimplify, the fate of Christian doctrine was deeply influenced by just how well or badly the empire was fighting Attila the Hun."

Jeszcze słówko o honorze. Jenkins podkreśla, że idea honoru i clanu, jeszcze ciągle mocno dominująca w obszarze morza śródziemnego, była bardzo często głównym motywatorem zwalczania religijnych oponentów. Nie religijne argumenty ale rzekomo urażona Boska duma pchała ludzi do czynów jakże niezgodnych z głoszoną przez nich religią i jej absolutnie niegodnych. Tak było przez wieki i tak jest do dziś.

"Driving extremism was the concept of honor. Througout the centuries, ideas of honor have often served as an underappreciated component of religious conflict, and not just within Christianity."

  

piątek, lipca 11, 2014

Oby złe duchy opuściły premiera, prezydenta!

To, że jest sporo urzędników kościelnych, którzy w swym radykalizmie już zatracili poczucie realizmu, mnie nie dziwi. To, że wybitni reprezentanci głównej partii opozycyjnej stoją i klaszczą zachwyceni, gdy nawiedzony klecha wypędza diabły i złe duchy z prezydenta i premiera już mnie mocno zdumiewa. Na ile ludzie ci są obliczalni jako politycy, jeżeli poddają się aż tak swoistym emocjom i popierają ekstremalny radykalizm? O co będzie gdy egzorcystyczne zabiegi nie przyniosą oczekiwanego skutku? Czy sięgną oni wtedy do innych wyśmienitych metod dobrze sprawdzonych w średniowieczu? 

A tak na marginesie to egzorcyzmy znowu stają się modne. Tak, tak. Egzorcystów przybywa i są zawaleni robotą, bo przez te lata zaniechania złe duchy rozpleniły się strasznie. Ta doskonała średniowieczna technika niszczenia przeciwników jedynej prawdziwej religii całkiem niesłusznie była przez lata w zapomnieniu. Teraz wraca do łask. Właśnie Watykan uznał oficjalnie zrzeszenie egzorcystów. Te polskie wypędzania złych duchów są więc całkiem trendy.   

Wracając do samych nosicieli złych duchów widać wyraźnie, że umizgi prezydenta, premiera i innych polityków tego obozu politycznego do katolickich hierarchów (bo nikt mi nie wmówi, że ten obłąkany klecha mógłby wypowiadać te brednie bez przynajmniej milczącej zgody hierarchów) pozostają bez odzewu. Oni dla radykałów katolickich, a w tym kierunku kroczą chyba wszyscy kościelni mocodawcy, raz na zawsze pozostaną obcy. Są i będą obcy, bo nie są wystarcająco radykalni i zachowali jeszcze resztkę niezależności. Ich uniżone gesty wobec kościoła są przyjmowane, ale nie zmieniają ich podrzędnego statusu. Ich przymilanie się katolickiemu elektoratowi i tak nie zmieni jego preferencji wyborczych i nie zatrzyma nieustannej radykalnej nagonki na nich.

Panie Prezydencie! Panie Premierze! Ta widoczna dla wszystkich i absolutna porażka waszej polityki ustępowania i aktów podlizywania się katolickim możnowładcom to chyba właściwy moment aby się chwilę nad nią zastanowić i ją zmienić. To chyba ostatnia szansa dla was, aby powiedzieć nie katolickiemu radykalizmowi i ratować te żałosne resztki świeckiego państwa. Pan Premier coś tam niedawno wspominał o nie-klękaniu przed katolickimi zwierzchnikami. Może to czas, żeby wreszcie wstać z tych klęczek, bo kolana już nas wszystkich strasznie bolą! 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,16307453,Ks__Malkowski_odprawia_egzorcyzmy_wobec_Tuska___Oby.html#BoxSlotI3img

Genetyk o prawie sumienia

W zupełności zgadzam się z genetykiem Prof. Jakubowskim, który mówi

Tej wielkiej debaty nad sumieniem dyrektora, która się teraz przetacza, w ogóle nie powinno być. Jeśli komuś sumienie nie pozwala na wykonywanie zakontraktowanych świadczeń, to nie powinien być dyrektorem szpitala.

I jeszcze jeden cytat z komentarzy do tego artykułu:

Czy usuwany półd czuje i co czuje? Ja tego też nie wiem. Wiem natomiast, bo to widać gołym okiem, jak czuje narodzone dziecko, nie mogące funkcjonować bez codziennych porcji leków, bez pompy insulinowej, bez sztucznej nerki, bez możliwości samodzielnego podniesienia się. Wiem, jak się czują rodzice takiego dziecka, żyjący ze swiadomoscią, że ich kiedyś zabraknie, a ono będzie zdane na łaskę i niełaskę obcych ludzi. Wiem, jak się czują rodzice takiego dziecka, zaślinonego, robiacego w pieluchy nastolatka czy trzydziestolatka, z ktorym nie ma kontaktu żadnego, ale serce mu bije. Autorytety tego nie wiedzą. Autorytety mają za to sumienie, ale tylko na potrzeby płodu. To troszkę za mało do świętości.

Cały tekst w wyborczej:
http://wyborcza.pl/1,75478,16306056,Genetyk_o_sprawie_prof__Chazana__Mowienie_pacjentce_.html#BoxSlotI3img#ixzz379SddNlI

czwartek, lipca 10, 2014

Szantaż sumienia

Czytając ostanio polską prasę dowiedziałem się, że są w Polsce (i jak na razie tylko w Polsce na szczęście) ludzie, którzy mają prawo do posiadania sumienia. Naturalnie tylko niektórym przyznano takie wyjątkowe prawo. Ci wybrani mogą czynić to co sumienie im nakazuje lub nie czynić tego, co uważają za niezgodne z własnym sumieniem. Zrozumiałe przy tym jest, że prawo  stanowione tych ludzi z sumieniem absolutnie nie obowiązuje. Oni muszą się kierować jedynie wskazaniami instytucji posiadającej prawo, które nadała sobie zresztą sama, do absolutnego decydowania o tym co moralne i dozwolone. 

Ci wybrańcy z sumieniem to oczywiście fanatycy katoliccy. Wszyscy inni ludzie ze zrozumiałych powodów prawa do posiadania sumienia nie posiadają. Oni muszą zyć zgodnie z zasadami prawa i przede wszystkim całkowicie podporządkować się tym ludziom z sumieniem. 

Te z europejskiego punktu widzenia kuriozalne prawo sumienia pokazuje dokładnie, że to droga do nikąd. Społeczeństwo i pańwsto zaakceptowałz żądania katolickich fanatyków tworząc niedobre ale konkretne prawo. Zamiast akceptacji ze strony fanatyków pojawiły się tylko nowe żądania i prowokacyjne akty łamania obowiązujących przepisów. Hierarchowie kościelni oficjalnie zachęcają do ignorowania obowiązującego prawa szantażując wszystkich sumieniem. Bo sumienie katolika to podobno coś absolutnie nadrzędnego i zdanie całej reszty społeczeństwa nie ma tu w ogóle znaczenia. Każde ustępstwo fanatykom nie prowadzi więc do kompromisu. Kompromis to coś, co fanatycy nigdy nie zaakceptują. Fanatycy natychmiast wysuwają nowe żądania szantażując tym całe społeczeństwo. Wszystko, ich zdaniem, musi być absolutnie podporządkowane ich sumieniu i ich wyznaniu, którego oczywicie pod żadnym pozorem nie wolno obrażać. A o tym co jest obrazą ich uczuć religijnych decydują oczywiście sami fanatycy. Sumienie i uczucia niekatolików są tutaj bez znaczenia.

Czas więc najwyższy powiedzieć nie dla wszelkich ustępstw dla katolickich fanatyków i zadbać o to aby obowiązujące prawo była bezwględnie respektowane. Przez wszystkich bez wyjątku. 
     

środa, lipca 09, 2014

Awantura o niedźwiedzia, byka i inne pogańskie bałwany | Depoganizacja, głupcze! - Polityka.pl

Bardzo dobry artykuł w dowcipny sposób obrazujący narastanie religijnego fundamentalizmu w Polsce. Temat jest wprawdzie do raczej do płaczu, bo Polska szybkimi krokami przestaje być krajem świeckim i zmierza ku totalitarnym państwom wyznaniowym, jakie znamy jedynie w sferze wpływów religii islamskiej. Niemmniej jednak niekiedy zamiast płakać lepiej w śmieszny sposób uwypuklić sedno problemu, co autorka tego artykułu robi bardzo dobrze. Tutaj mała próbka:

"Takie pomysły to część trwającego w Polsce brutalnego ataku na Kościół, który ostatnio bardzo się nasila. Formułowane są drakońskie postulaty, by ograniczyć kapłanom wolność obrażania całych grup społecznych, takich jak geje, feministki czy dzieci poczęte metodą in vitro, co jest oczywistym łamaniem ich konstytucyjnego prawa sumienia i wyznania."

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1585313,1,awantura-o-niedzwiedzia-byka-i-inne-poganskie-balwany.read

sobota, czerwca 28, 2014

Zmniejszanie nierówności

Dyskusja o narastających dramatycznie nierównościach dochodów i przede wszystkim majątkowych pomiędzy najbogatszymi a resztą toczy się w wielu krajach Europy. W Austrii, w której konserwatywne rządy przed kilkunastu laty zniosły podatek spadkowy i wprawadziły mnóstwo ulg dla bogaczy, powołano właśnie komisję rządową, aby zbadać co można zrobić. Pewnie niewiele z tego wyjdzie, bo konserwatywna partia boi się jakiegokolwiek opodatkowania bogaczy jak diabeł święconej wody.

Tym bardziej mnie cieszy, gdy czytam, że wiceprezes banku światowego mówi, że zbyt duże różnice między bogatymi, a biednymi są niemoralne. O podatku spadkowym mówi on:

Podatek spadkowy jest konieczny. Bez niego łatwo tworzą się dynastie bogactwa. Jedni rodzą się szokująco biedni, a drudzy szokująco bogaci. To jest niemoralne. Podatek spadkowy stoi na straży publicznej moralności. Bez niego, kto się urodzi w slumsie, ma tysiące razy mniejsze szanse życiowe niż ten, kto urodzi się w dobrej dzielnicy. Tego się nie da uzasadnić moralnie ani ekonomicznie.

To nowy punkt widzenia. Podatek jako instrument moralny. Więcej o ideach wyrównywania nierówności w wywiadzie w Polityce.

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1582609,1,zmniejszanie-nierownosci--najwazniejsze-zadanie-dla-politykow.read

niedziela, czerwca 22, 2014

Monarchia czy republika?

Ostatnich kilka dni spędziłem w Zurychu na spotkaniu europejskich firm telekomunikacyjnych. Były to bardzo fajne trzy dni. Ciekawe z fachowego punktu widzenia spotkanie, mili koledzy z całej Europy, większość z których dobrze już znam. A do tego Zurych, ładne, bogate miasto, pięknie położone nad jeziorem i jego mieszkańcy, grzeczni i wesoli ludzie. Mnóstwo kawiarnii i restauracji, pełnych młodych, kolorowo ubranych ludzi. Pogoda też nam dopisała, więc czego jeszcze można sobie życzyć?

Wieczory spędzaliśmy w tradycyjnych knajpach jak na ten przykład w Zeughauskeller. I to właśnie tam sprowokowałem zażartą dyskusję o monarchii. Przy stole siedzieli, obok dwóch kolegów z Turcji (ale tej jej europejskiej części), ja i Szwajcar, oboje gorliwi zwolennicy republiki i dwóch monarchistów z Hiszpanii i Danii. Aha i jeszcze był z nami Portugalczyk, który bliżej nie sprecyzował swojego zdania. Duńczyk przyznał wprawdzie, że jest za monarchią w Danii i że większość Duńczyków lubi ich królową, ale nie uzasiadniał dalej dlaczego tak jest. Natomiast Hiszpan okazał się być bardzo zdecydowanym zwolennikiem monarchii, nie tylko lubiącym ichniego króla, ale zasadniczo przekonanym o wyższości monarchii nad innymi formami państwowymi.

Hiszpana koronnym argumenten jest przekonanie, że królowie są od dziecka przygotowywani do rządzenia i dlatego ich kompetencje dużo przewyższają te na krótko wybranego prezydenta. Poza tym, ponieważ król to funkcja na całe życie, królowie utożsamiają się ze swoją funkcją dużo bardziej niż wybrany na kilka lat prezydent. Kolega Hiszpan to człowiek bardzo emocjonalny. Jak coś opowiada, to widać, że to go porusza i jest dla niego bardzo ważne. Pozwoliłem mu się więc obszernie wypowiedzieć i zaprezentować jego poglądy. Szwajcar krytykował go cały czas, co tylko motywowało Hiszpana do szukania dalszych monarchistycznych argumentów. Ja, jako zdeklarowany republikanin, musiałem więc stawić opór hiszpańskiemu monarchiście. Moim zdanien najważniejszy argument przeciwko monarchii wynika z przekonania o równości wszystkich ludzi wobec prawa i równych szans dla wszystkich. Ta regóła to podstawa nowoczesnych społeczeństw i jej ważność jest udokumentowana w konstytucjach chyba wszystkich państw europejskich. Jakakolwiek klasowość społeczeństwa, w tym również szczególna rola króla jest oczywistym pogwałceniem tej podstawowy demokratycznych społeczeństw.

Również do pewnego stopnia słuszny argument o wyjątkowym przygotowaniu króla do rządzenia nie jest do końca przekonywujący. A co jeżeli ten król nie nadaje się do tej funkcji? W takim przypadku nie pomoże najlepsze przygotowanie. Takich niezdatnych króli znamy z historii wielu. Prawdopodobnie dlatego nawet w państwach których głową jest król jego praktyczna rola jest bardzo ograniczona. Najczęściej ma tylko funkcje reprezentacyjne. Współczesne monarchie nie cenią więc zbytnio tego fenomenalnego przygotowania króli do rządzenia.

I tak to politykując i popijając dobre szwajcarskie piwo spędziliśmy wspólnie pomimo pewnych różnic światopoglądowych bardzo miły wieczór. Następne takie spotkanie mamy pod koniec października.

środa, czerwca 18, 2014

Mocne postanowienie podjęte w kawiarni Florian

Parę dni temu obejrzałem w telewizji niemieckiej reportaż o Wenecji. O jej wspaniałych pałacach, okresie wielkości i dominacji. Wspomniano tam również kawiarnię Florian przy Procuratie Nuove koło Piazza San Marco, jedną z najstarszych ciągle funkcjonujących europejskich kawiarń, miejsce spotkań intelektualistów i elit Wenecji. W tym momencie przypomniały mi się tamte już nieco odległe lata. Był to rok 1998 a może 1999. Spędziliśmy wtedy ze znajomymi niezapomniany weekend. Kolega B był wtedy wielbicielem Włoch. Jeździł tam dosyć często i opowiadał zawsze szalenie interesująco i barwnie o włoskiej architekturze, kulturze i niepowtarzalnym włoskim stylu życia. Szczególnie był on, a chyba nawet dużo bardziej jego żona, zauroczony Padwą. Padwa znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od Wenecji i oczywiście blask tego miasta na wodzie (czyli Wenecji) przyćmiewa Padwę, która jest dzisiaj nawet turystycznie miastem bez specjalnego znaczenia. Miasto to ma jednak wspaniałą historię i znawcy dużo chętniej je odwiedzają niż przeludnioną i krzykliwą Wenecję. Padwa to też siedziba jednego z najstarszych uniwersytetów europejskich, uniwersytetu na którym kształcili się przybysze z całej Europy, wielu również z Polski. Najbardziej znani z polskich studentów są chzba Kochanowski i Kopernik. Pani kolegii B to historyczka, rozkochana bardzo we Włoszech, średniowieczu i renesansie, więc Padwa to był dla niej raj.

Jednego razu kolega B razu zaproponował spotkanie w Padwie. Wraz z naszymi paniami. Widywaliśmy się wprawdzie od czasu do czasu we Wiedniu, próbowaliśmy naszych sił we wspólnych projektach. Nigdy jednak nie spotkaliśmy się w czwórkę. Odważnie zgodziłem się. Spotkaliśmy się więc pierwszy raz w czwórkę w Padwie w piątek po południu. Początkowo atmosfera była nieco sztywna. Na szczęście przed kolacją odwiedziliśmy ulubiony sklep z winami kolegii B i jego żony. Ja w tamtym czasie byłem prawie abstynentem, a do wina miałem stosunek obojętny. W tym sklepiku kolega B namówił nas jednak na degustację różnych włoskich win. Staliśmy przy tym wokół sporej beczki, która była jedynem stołem w tym sklepie. Nagle, z chwili na chwilę, przy drugim czy trzecim toaście poczułem się świetnie. Nastrój całej naszej grupki poprawił się, panie przeszły wreszcie na ty. Żartowaliśmy, śmialiśmy się i było wspaniale. To wtedy kupiłem kilka butelek wyśmienitego włoskiego wina i próbuję być koneserem win. świetny humor towarzyszył nam również przy wyśmienitej kolacji w dobrej restauracji. Bawiliśmy się do nocy i wróciliśmy, jak się okazało, zbyt późno do hotelu. Portierka z bardzo obrażoną miną czekała na nas specjalnie przy wejściu, bo o dwunastej zamykają tam bramę.

Następnego dnia zwiedzaliśmy Padwę i jej uniwersytet, a w niedzielę w drodze powrotnej wpadliśmy na krótko do Wenecji. To właśnie tam, popijając kawę u Floriana, podjęliśmy zabowiązanie. Przy stoliku obok siedział facet i pracował na swoim laptopie. Kolega B i ja byliśmy wtedy zafascynowani pracą niezależną. Niezależny doradca czy programista, pisarz, dziennikarz, czy inne wolne zawody imponowały nam bardzo. Chodziło głównie o niezależność, o możliwość decydowania jak i kiedy pracujemy. Praca w kawiarni, w parku czy w innych przez nas wybranych miejscach to był nasz cel. Praca tam gdzie inni spędzają urlop czy odpoczywają to była ta niezależność do której wtedy dążyliśmy. Tak więc pijąc kawę u Floriana postanowiliśmy, że najpóźniej za rok rzucimy nasze aktualne prace i będziemy całkowicie niezależni.

Czy udało nam się zrealizować te plany? I tak i nie. Nie, bo nadal pracujemy na posadach, chociaż kolega B był dużo bliższy osiągnięcia tego celu. Trochę jednak tak, bo na naszych aktualnych posadach możemy w dużym stopniu decydować jak i kiedy pracujemy.

Niestety do Padwy już nie jeździmy. Za dużo pracy. ;) Kolega B przestawił się na Hiszpanię, a my chętniej spędzamy urlopy w okolicach Lago di Garda.