środa, lipca 09, 2014

Awantura o niedźwiedzia, byka i inne pogańskie bałwany | Depoganizacja, głupcze! - Polityka.pl

Bardzo dobry artykuł w dowcipny sposób obrazujący narastanie religijnego fundamentalizmu w Polsce. Temat jest wprawdzie do raczej do płaczu, bo Polska szybkimi krokami przestaje być krajem świeckim i zmierza ku totalitarnym państwom wyznaniowym, jakie znamy jedynie w sferze wpływów religii islamskiej. Niemmniej jednak niekiedy zamiast płakać lepiej w śmieszny sposób uwypuklić sedno problemu, co autorka tego artykułu robi bardzo dobrze. Tutaj mała próbka:

"Takie pomysły to część trwającego w Polsce brutalnego ataku na Kościół, który ostatnio bardzo się nasila. Formułowane są drakońskie postulaty, by ograniczyć kapłanom wolność obrażania całych grup społecznych, takich jak geje, feministki czy dzieci poczęte metodą in vitro, co jest oczywistym łamaniem ich konstytucyjnego prawa sumienia i wyznania."

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1585313,1,awantura-o-niedzwiedzia-byka-i-inne-poganskie-balwany.read

sobota, czerwca 28, 2014

Zmniejszanie nierówności

Dyskusja o narastających dramatycznie nierównościach dochodów i przede wszystkim majątkowych pomiędzy najbogatszymi a resztą toczy się w wielu krajach Europy. W Austrii, w której konserwatywne rządy przed kilkunastu laty zniosły podatek spadkowy i wprawadziły mnóstwo ulg dla bogaczy, powołano właśnie komisję rządową, aby zbadać co można zrobić. Pewnie niewiele z tego wyjdzie, bo konserwatywna partia boi się jakiegokolwiek opodatkowania bogaczy jak diabeł święconej wody.

Tym bardziej mnie cieszy, gdy czytam, że wiceprezes banku światowego mówi, że zbyt duże różnice między bogatymi, a biednymi są niemoralne. O podatku spadkowym mówi on:

Podatek spadkowy jest konieczny. Bez niego łatwo tworzą się dynastie bogactwa. Jedni rodzą się szokująco biedni, a drudzy szokująco bogaci. To jest niemoralne. Podatek spadkowy stoi na straży publicznej moralności. Bez niego, kto się urodzi w slumsie, ma tysiące razy mniejsze szanse życiowe niż ten, kto urodzi się w dobrej dzielnicy. Tego się nie da uzasadnić moralnie ani ekonomicznie.

To nowy punkt widzenia. Podatek jako instrument moralny. Więcej o ideach wyrównywania nierówności w wywiadzie w Polityce.

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1582609,1,zmniejszanie-nierownosci--najwazniejsze-zadanie-dla-politykow.read

niedziela, czerwca 22, 2014

Monarchia czy republika?

Ostatnich kilka dni spędziłem w Zurychu na spotkaniu europejskich firm telekomunikacyjnych. Były to bardzo fajne trzy dni. Ciekawe z fachowego punktu widzenia spotkanie, mili koledzy z całej Europy, większość z których dobrze już znam. A do tego Zurych, ładne, bogate miasto, pięknie położone nad jeziorem i jego mieszkańcy, grzeczni i wesoli ludzie. Mnóstwo kawiarnii i restauracji, pełnych młodych, kolorowo ubranych ludzi. Pogoda też nam dopisała, więc czego jeszcze można sobie życzyć?

Wieczory spędzaliśmy w tradycyjnych knajpach jak na ten przykład w Zeughauskeller. I to właśnie tam sprowokowałem zażartą dyskusję o monarchii. Przy stole siedzieli, obok dwóch kolegów z Turcji (ale tej jej europejskiej części), ja i Szwajcar, oboje gorliwi zwolennicy republiki i dwóch monarchistów z Hiszpanii i Danii. Aha i jeszcze był z nami Portugalczyk, który bliżej nie sprecyzował swojego zdania. Duńczyk przyznał wprawdzie, że jest za monarchią w Danii i że większość Duńczyków lubi ich królową, ale nie uzasiadniał dalej dlaczego tak jest. Natomiast Hiszpan okazał się być bardzo zdecydowanym zwolennikiem monarchii, nie tylko lubiącym ichniego króla, ale zasadniczo przekonanym o wyższości monarchii nad innymi formami państwowymi.

Hiszpana koronnym argumenten jest przekonanie, że królowie są od dziecka przygotowywani do rządzenia i dlatego ich kompetencje dużo przewyższają te na krótko wybranego prezydenta. Poza tym, ponieważ król to funkcja na całe życie, królowie utożsamiają się ze swoją funkcją dużo bardziej niż wybrany na kilka lat prezydent. Kolega Hiszpan to człowiek bardzo emocjonalny. Jak coś opowiada, to widać, że to go porusza i jest dla niego bardzo ważne. Pozwoliłem mu się więc obszernie wypowiedzieć i zaprezentować jego poglądy. Szwajcar krytykował go cały czas, co tylko motywowało Hiszpana do szukania dalszych monarchistycznych argumentów. Ja, jako zdeklarowany republikanin, musiałem więc stawić opór hiszpańskiemu monarchiście. Moim zdanien najważniejszy argument przeciwko monarchii wynika z przekonania o równości wszystkich ludzi wobec prawa i równych szans dla wszystkich. Ta regóła to podstawa nowoczesnych społeczeństw i jej ważność jest udokumentowana w konstytucjach chyba wszystkich państw europejskich. Jakakolwiek klasowość społeczeństwa, w tym również szczególna rola króla jest oczywistym pogwałceniem tej podstawowy demokratycznych społeczeństw.

Również do pewnego stopnia słuszny argument o wyjątkowym przygotowaniu króla do rządzenia nie jest do końca przekonywujący. A co jeżeli ten król nie nadaje się do tej funkcji? W takim przypadku nie pomoże najlepsze przygotowanie. Takich niezdatnych króli znamy z historii wielu. Prawdopodobnie dlatego nawet w państwach których głową jest król jego praktyczna rola jest bardzo ograniczona. Najczęściej ma tylko funkcje reprezentacyjne. Współczesne monarchie nie cenią więc zbytnio tego fenomenalnego przygotowania króli do rządzenia.

I tak to politykując i popijając dobre szwajcarskie piwo spędziliśmy wspólnie pomimo pewnych różnic światopoglądowych bardzo miły wieczór. Następne takie spotkanie mamy pod koniec października.

środa, czerwca 18, 2014

Mocne postanowienie podjęte w kawiarni Florian

Parę dni temu obejrzałem w telewizji niemieckiej reportaż o Wenecji. O jej wspaniałych pałacach, okresie wielkości i dominacji. Wspomniano tam również kawiarnię Florian przy Procuratie Nuove koło Piazza San Marco, jedną z najstarszych ciągle funkcjonujących europejskich kawiarń, miejsce spotkań intelektualistów i elit Wenecji. W tym momencie przypomniały mi się tamte już nieco odległe lata. Był to rok 1998 a może 1999. Spędziliśmy wtedy ze znajomymi niezapomniany weekend. Kolega B był wtedy wielbicielem Włoch. Jeździł tam dosyć często i opowiadał zawsze szalenie interesująco i barwnie o włoskiej architekturze, kulturze i niepowtarzalnym włoskim stylu życia. Szczególnie był on, a chyba nawet dużo bardziej jego żona, zauroczony Padwą. Padwa znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od Wenecji i oczywiście blask tego miasta na wodzie (czyli Wenecji) przyćmiewa Padwę, która jest dzisiaj nawet turystycznie miastem bez specjalnego znaczenia. Miasto to ma jednak wspaniałą historię i znawcy dużo chętniej je odwiedzają niż przeludnioną i krzykliwą Wenecję. Padwa to też siedziba jednego z najstarszych uniwersytetów europejskich, uniwersytetu na którym kształcili się przybysze z całej Europy, wielu również z Polski. Najbardziej znani z polskich studentów są chzba Kochanowski i Kopernik. Pani kolegii B to historyczka, rozkochana bardzo we Włoszech, średniowieczu i renesansie, więc Padwa to był dla niej raj.

Jednego razu kolega B razu zaproponował spotkanie w Padwie. Wraz z naszymi paniami. Widywaliśmy się wprawdzie od czasu do czasu we Wiedniu, próbowaliśmy naszych sił we wspólnych projektach. Nigdy jednak nie spotkaliśmy się w czwórkę. Odważnie zgodziłem się. Spotkaliśmy się więc pierwszy raz w czwórkę w Padwie w piątek po południu. Początkowo atmosfera była nieco sztywna. Na szczęście przed kolacją odwiedziliśmy ulubiony sklep z winami kolegii B i jego żony. Ja w tamtym czasie byłem prawie abstynentem, a do wina miałem stosunek obojętny. W tym sklepiku kolega B namówił nas jednak na degustację różnych włoskich win. Staliśmy przy tym wokół sporej beczki, która była jedynem stołem w tym sklepie. Nagle, z chwili na chwilę, przy drugim czy trzecim toaście poczułem się świetnie. Nastrój całej naszej grupki poprawił się, panie przeszły wreszcie na ty. Żartowaliśmy, śmialiśmy się i było wspaniale. To wtedy kupiłem kilka butelek wyśmienitego włoskiego wina i próbuję być koneserem win. świetny humor towarzyszył nam również przy wyśmienitej kolacji w dobrej restauracji. Bawiliśmy się do nocy i wróciliśmy, jak się okazało, zbyt późno do hotelu. Portierka z bardzo obrażoną miną czekała na nas specjalnie przy wejściu, bo o dwunastej zamykają tam bramę.

Następnego dnia zwiedzaliśmy Padwę i jej uniwersytet, a w niedzielę w drodze powrotnej wpadliśmy na krótko do Wenecji. To właśnie tam, popijając kawę u Floriana, podjęliśmy zabowiązanie. Przy stoliku obok siedział facet i pracował na swoim laptopie. Kolega B i ja byliśmy wtedy zafascynowani pracą niezależną. Niezależny doradca czy programista, pisarz, dziennikarz, czy inne wolne zawody imponowały nam bardzo. Chodziło głównie o niezależność, o możliwość decydowania jak i kiedy pracujemy. Praca w kawiarni, w parku czy w innych przez nas wybranych miejscach to był nasz cel. Praca tam gdzie inni spędzają urlop czy odpoczywają to była ta niezależność do której wtedy dążyliśmy. Tak więc pijąc kawę u Floriana postanowiliśmy, że najpóźniej za rok rzucimy nasze aktualne prace i będziemy całkowicie niezależni.

Czy udało nam się zrealizować te plany? I tak i nie. Nie, bo nadal pracujemy na posadach, chociaż kolega B był dużo bliższy osiągnięcia tego celu. Trochę jednak tak, bo na naszych aktualnych posadach możemy w dużym stopniu decydować jak i kiedy pracujemy.

Niestety do Padwy już nie jeździmy. Za dużo pracy. ;) Kolega B przestawił się na Hiszpanię, a my chętniej spędzamy urlopy w okolicach Lago di Garda.

niedziela, maja 11, 2014

Biegowy renesans

Chyba w styczniu tego roku koledzy w pracy szukali czwartego. No nie do brydża, ale do biegu w maratonie wiedeńskim. Każdy z czterech biegaczy pokonuje część całej trasy, ale nie taką samą część. Jeden biegnie niecałe 6 kilometrów, inny 16, a pozostali dystanse pomiędzy. Mnie koledzy zaproponowali 16 kilometrów. Chojracko przyjąłem tę efertę, no bo przecież 16 kilometrów co to dla mnie. To pestka, mogę biec choćby jutro.

Po chwili jednak zauważyłem, że dosyć pochopnie zgodziłem się na udział w tym biegu. Potem byłem zły na siebie i na kolegę, który mnie namówił. Wprawdzie biegałem ciągle od lat, ale nie aż tak dużo. Dwa, trzy razy w tygodniu po około 8 kilometrów. 16 kilometrów nie biegałem już od kilku lat. Nieco też przytyłem i byłem trochę przyciężki. Beata również była przeciwko i mówiła, abym zerknął w metrykę i nie wygłupiał się. Kilka dni później jeszcze chciałem się wycofać, ale honor w końcu zwycieżył. Trudno powiedziałem sobie, jak powiedziałeś A to musisz brnąć dalej.

Zacząłem więc jeszcze w styczniu intensywniej trenować. Zacząłem biegać również w trakcie tygodnia, a w weekend trenowałem dłuższe dystanse od 13 do 18 kilometrów. Z początku nie szło mi najlepiej. Waga stała jak zaczarowana, chociaż biegałem coraz więcej, a jedzenie mocno zredukowałem. Przede wszystkim skreśliłem z mojej diety wszystko co słodkie, a w trakcie dnia jadłem tylko jabłka. Po tych długich biegach też nie czułem się najlepiej. 

Jednak powoli waga zaczęła spadać i do biegu stanąłem lżejszy o całe 7 kilo! Biegi, nawet te długie, były natomiast coraz przyjemniejsze. Kilka tygodni przed maratonen przebiegałem przeszło 40, a nawet czasami 50 kilometrów tygodniowo. Normalnie biegałem raczej dosyć wolno. Jak naprawdę wolno to nawet nie wiem, bo Gino zatrzymuje się co chwila, wącha sobie coś albo pluska się w rzece. Tylko krótkie odcinki biegałem na pełny gaz i osiągałem maksymalnie 6 minut 15 sekund na kilometr. Szacowałem więc, że jak mi dobrze pójdzie to osiągnę 7 minut na kilometr, a więc 16 kilometrów przebiegnę w 1 godzinę 52 minuty.



12 kwietnia, w niedzielę było dosyć zimno, około 10 stopni. Dobra pogoda do biegania. W maratonie (jego wszystkich dysciplinach pełny maraton, pół maraton i sztafeta) wzieło udział przeszło 40 tysiecy biegaczy. Na starcie na wiedeńskim Reichsbruecke był spory tłok. To był imponujący widok te 6 pasów jezdni szczelnie wypełnione biegaczami. 


Ja biegłem jako pierwszy z naszej sztafety i zacząłem mój bieg dosyć szybko. Przeciskałem się miedzy biegaczami i biegaczkami (dużo kobiet też biegło) wyszukując luk między nimi. Po paru kilometrach miałem czas sporo poniżej 6 minut na kilometr. Dużo, dużo szybciej niż w trakcie treningu. Chwilę zastanawiałem się, czy wytrzymam to tempo, czy może jednak zwolnić. Ale czułem się świetnie, puls tylko nieco powyżej 140, więc co tam trzeba lecieć ile powietrza w płucach i sił w nogach. I tak to przebiegłem te 16 kilometrów w 1 godzinę 35 minut. Na mecie mojego dystansu nie byłem nawet zbytnio zmęczony i chciałem nawet biec dalej. 

Koledzy też pobiegli w pobliżu 6 minut na kilometr i mieliśmy dobry - jak na nas - czas i 644 miejsce na 2500 sztafet. Po biegu spotkaliśmy się w namiocie mojej firmy i wymienialiśmy wrażenia z biegu. Wszyscy byli zachwyceni.

Zwykle po takiej imprezie doping maleje i człowiek trenuje mniej. Mnie jednak jak na razie udało utrzymać intensywność teningu do dzisiaj, z czego jestem bardzo zadowolony. Na dłuższą metę chyba jednak będę potrzebować nowe wyzwanie - jakiś półmaraton może – aby nie zrezygnować z treningu. Tylko muszę jeszcze przekonać Beatę. Może się zgodzi?

sobota, lutego 22, 2014

Niebezpieczna rutyna

W okresie światecznym zapadłem w sen zimowy. No może raczej w taki pół sen. Zajmowałem się głównie jedzeniem, chociaż również udzielałem się w jego przygotowaniu. Długo spałem, trochę biegałem i tak mijały sobie dni, jeden za drugim. No muszę dodać, że jeszcze dużo czytałem w tym caasie. Po dwóch tygodniach tej dosyć przyjemnej bierności trochę zaniepokoiłem się moim błogostanem. No bo przecież jeszcze jestem dużo za młody na takie pasywne nieróbstwo, a bez ruchu i aktywności człowiek jak wiadomo gnuśnieje. Jakże to aby taki energiczny człowiek jak ja, tak pasywnie spędzał dni!

Bo u mnie w pracy bardzo dużo się dzieje. Dni są wypełnione spotkaniami z wieloma ludźmi, dużo narad, no i do tego ciągle telefony, maile i pełno nowych projektów i ciakawych acz trudnych zadań. Więc takie gnuśnienie w domu do mnie absolutnie nie pasuje, pomyślałem. Jednak po krótkiej analizie mojego sposóbu spędzania czasu wyszło mi, że bardzo dużo rutyny w nim jest. Z reguły jestem za dnia w dwóch, trzech miejscach, wieczory spędzam dosyć podobnie, robiąc prawie każdego dnia to samo. Więc jednak niestety rutyna.

A to niedobrze. Słyszałem, że ciągłe zmiany miejsc, nowe wrażenia i nowe wyzwania, nieustanne uczenie się czegoś nowego pozytywnie wpływa na nasz umysł i zatrzymuje proces starzenia się. Jeżeli robimy ciągle coś nowego to umysł pracuje na wysokich obrotach i musi sobie szybko przyswoić nową wiedzę i zapanować nad nowymi umiejętnościami. W takich momentach tworzą się nowe połączenia miedzy synapsami, a niektórzy nawet twierdzą, że powstają nowe synapsy. Natiomiast rutyna nie stanowi wyzwania dla naszego umysłu. On daje sobie radę z czynnościami, które wykonujemy nieustannie, na pół gwizdka, bez żadnego specjalnego wysiłku. A mózg potrzebuje przecież wysiłku aby być w formie.

Trzeba więc wyjść z rutyny, z powtarzalnej do znudzenia codzienności. Trzeba chodzić w inne miejsca, jeździć innymi drogami, spotykać się z różnymi ludźmi, najlepiej o poglądach odmiennych od naszych. Trzeba się uczyć nieustannie czegoś nowego, może obcego języka, gry na instrumencie, śpiewania, tańczenia, malowania czy tysiąca innych rzeczy, których dotychczas nie robiliśmy. Zapewne najlepiej próbować coś co przychodzi nam z wielkim trudem, bo to zmusi nasz mózg do większego wysiłku.

sobota, lutego 08, 2014

Kreacjonizm walczy z ewolucją

Niedawno odbyła się w USA dosyć szeroko komentowana publiczna dyskusja wyznawców kreacjonizmu i teorii ewolucji. Kreacjonizm jest bardzo popularny wśród ortodoksyjnych protestantów w USA, a tych w tym kraju pomimo wysokiego poziomu nauki o dziwo nie brakuje. Ortodoksyjni protestanci zdobywają coraz większe wpływy na południu Stanów Zjednoczonych i żądają aby w szkołach uczyć kreacjonizmu jako jednej z teorii o powstaniu życia na równi z teorią ewolucji. Takie nauczanie jest jednak w USA konstytucjonalnie zabronione, bo kreacjonizm nie jest uznaną teorią naukową, a jedynie poglądem religijnym, a rozdział państwa i religii jest w tym kraju bardzo przestrzegany. Ortodoksyjni protestanci nie chcą jednak, aby w szkole nauczano ich dzieci ewolucyjnej teorii powstania zycia. Dzieci, które w domu i kościele od małego słyszą jak to Bóg stworzył świat w siedem dni, są zapewne nieco zdezorientowane słysząc w szkole o miliardach lat ewolucyjnego rozwoju życia na ziemi, a to może niechcący zachwiać ich fanatyczną religijnością, czego ich rodzice za wszelką cenę chcą uniknąć.

Kreacjonizm to pogląd oparty na dosłownej interpretacji bibli. Kreacjoniści przyjmują biblijny opis stworzenia świata i wszystkie inne biblijne opisy jako słowo Boże i niepodwarzalny dogmat. Na podstwawie bibli kreacjoniści twierdzą, że Bóg stworzył wszystkie gatunki w tym samym czasie co człowieka przed około 6 do 10 tysięcy lat. Kreacjonizm nie prowadzi też żadnych badań, a zajmuje się jedynie interpretacją bibli. Kreacjonizm zwalcza żarliwie teorię ewolucji próbując znaleźć w niej nieścisłości. Sam jednak nie przedstawia żadnych faktów naukowych na poparcie swojej teorii.

Dosłowna interpretacja bibli stwarza pewne problemy kreacjonistom, bo niektóre opowieści biblijne, są nawet dla wierzących trudne do zaakceptowania jako fakty historyczne. Taką trudną do obronienia opowieścią jest historia arki Noego. Chyba dla każdego jest oczywiste, że nawet dysponując dzisiejszą techniką nie sposób jest zbudować statek na który można by zabrać egzemplarze wszystkich istniejących dzisiaj gatunków flory i fauny. A w czasach Noego te techniczne możliwości były przecież dalekie od dzisiejszych. Wyznawcy dosłownej interpretacji bibli twierdzą więc, że Noe zabrał na swoją arkę tylko pewne podstawowe gatunki, z których potem powstały w procesie mikroewolucji (a więc jednak calkiem bez ewolucji i kreacjonizm nie może się obejść) znane nam obecnie gatunki.

Tak też mniej więcej przebiegała ta dyskusja - http://www.youtube.com/watch?v=z6kgvhG3AkI . Opisał ją dokładnie Jerry Coyne na blogu "why the ewolution is true" - http://whyevolutionistrue.wordpress.com/2014/02/05/who-won-the-big-evolutioncreation-debate/ .

Bill Nye, przedstawiciel teorii ewolucji przedstawiał szeroko uznane w świecie naukowym fakty potwierdzające słuszność teorii ewolucji. Ken Ham, wyznawca kreacjonizmu, mówił sporo o bibli jako źródle wiedzy historycznej i często odnosił się do Jezusa. Jednym z głównych argumentów Hama przeciwko teorii ewolucji jest jego podział nauki na obserwowalną i historyczną. Nauka obserwowalna to taka, która potrafi wykonać wielokrotnie powtarzalne eksperymenty, potwierdzające albo przeczące jej teoriom. Natomiast nauka historyczna nie ma takiej możliwości przeprowadzania powtarzalnych eskperymentów. Dlatego też teorii ewolucji nie można potwierdzić eksperymentalnie tak jak jest to możliwe na przykład w fizyce, twierdził Ham. Również, zdaniem Hama, izotopowa metoda datowania znalezisk kopalnych, na podstawie których naukowcy datują początki życia na ziemi na około 3 miliardów lat, jest niepotwierdzona eksperymentalnie. Przeczy temu twierdzeniu zedcydowanie Jerry Coyne. Istnieje wiele różnych możliwości datowania, którymi można skalować metodę izotopową. Olbrzymi postęp następuje też dzięki coraz częstszemu stosowaniu genetyki porównawczej. Nye podreślał precyzję stosowanych w ewolucji metod naukowych, które pomimo niemożliwości wykonywania powtarzalnych eksperymetów pozwalają dobrze odtworzyć przebieg ewolucji. Jednym z głównych argumentów jest tu spójność wyników osiąganych różnymi metodami.

Pomino dominującej pozycji ortodoksyjnych chrześcian w środkowych i południowych stanach Stanów Zjednoczonych według sondaży debatę wygrał zdecydowanie Nye. Pomimo religijnego parcia rozum i tym razem pokonał wiarę!