Chyba jedynie na papierze. Więcej o aktualnej sytuacji w artykule.
http://rymszewicz.natemat.pl/100073,a-mialo-byc-tak-pieknie
O wszystkim i o niczym. Piszę o sprawach dla mnie ważnych, o tym co mnie zainteresowało - wspomnienia z podróży, reakcje na aktualne wydarzenia polityczne, krótkie recenzje książek, które właśnie przeczytałem, no i refleksje na tematy różne.
niedziela, kwietnia 27, 2014
sobota, lutego 22, 2014
Niebezpieczna rutyna
W okresie światecznym zapadłem w sen zimowy. No może raczej w taki pół sen. Zajmowałem się głównie jedzeniem, chociaż również udzielałem się w jego przygotowaniu. Długo spałem, trochę biegałem i tak mijały sobie dni, jeden za drugim. No muszę dodać, że jeszcze dużo czytałem w tym caasie. Po dwóch tygodniach tej dosyć przyjemnej bierności trochę zaniepokoiłem się moim błogostanem. No bo przecież jeszcze jestem dużo za młody na takie pasywne nieróbstwo, a bez ruchu i aktywności człowiek jak wiadomo gnuśnieje. Jakże to aby taki energiczny człowiek jak ja, tak pasywnie spędzał dni!
Bo u mnie w pracy bardzo dużo się dzieje. Dni są wypełnione spotkaniami z wieloma ludźmi, dużo narad, no i do tego ciągle telefony, maile i pełno nowych projektów i ciakawych acz trudnych zadań. Więc takie gnuśnienie w domu do mnie absolutnie nie pasuje, pomyślałem. Jednak po krótkiej analizie mojego sposóbu spędzania czasu wyszło mi, że bardzo dużo rutyny w nim jest. Z reguły jestem za dnia w dwóch, trzech miejscach, wieczory spędzam dosyć podobnie, robiąc prawie każdego dnia to samo. Więc jednak niestety rutyna.
A to niedobrze. Słyszałem, że ciągłe zmiany miejsc, nowe wrażenia i nowe wyzwania, nieustanne uczenie się czegoś nowego pozytywnie wpływa na nasz umysł i zatrzymuje proces starzenia się. Jeżeli robimy ciągle coś nowego to umysł pracuje na wysokich obrotach i musi sobie szybko przyswoić nową wiedzę i zapanować nad nowymi umiejętnościami. W takich momentach tworzą się nowe połączenia miedzy synapsami, a niektórzy nawet twierdzą, że powstają nowe synapsy. Natiomiast rutyna nie stanowi wyzwania dla naszego umysłu. On daje sobie radę z czynnościami, które wykonujemy nieustannie, na pół gwizdka, bez żadnego specjalnego wysiłku. A mózg potrzebuje przecież wysiłku aby być w formie.
Trzeba więc wyjść z rutyny, z powtarzalnej do znudzenia codzienności. Trzeba chodzić w inne miejsca, jeździć innymi drogami, spotykać się z różnymi ludźmi, najlepiej o poglądach odmiennych od naszych. Trzeba się uczyć nieustannie czegoś nowego, może obcego języka, gry na instrumencie, śpiewania, tańczenia, malowania czy tysiąca innych rzeczy, których dotychczas nie robiliśmy. Zapewne najlepiej próbować coś co przychodzi nam z wielkim trudem, bo to zmusi nasz mózg do większego wysiłku.
Bo u mnie w pracy bardzo dużo się dzieje. Dni są wypełnione spotkaniami z wieloma ludźmi, dużo narad, no i do tego ciągle telefony, maile i pełno nowych projektów i ciakawych acz trudnych zadań. Więc takie gnuśnienie w domu do mnie absolutnie nie pasuje, pomyślałem. Jednak po krótkiej analizie mojego sposóbu spędzania czasu wyszło mi, że bardzo dużo rutyny w nim jest. Z reguły jestem za dnia w dwóch, trzech miejscach, wieczory spędzam dosyć podobnie, robiąc prawie każdego dnia to samo. Więc jednak niestety rutyna.
A to niedobrze. Słyszałem, że ciągłe zmiany miejsc, nowe wrażenia i nowe wyzwania, nieustanne uczenie się czegoś nowego pozytywnie wpływa na nasz umysł i zatrzymuje proces starzenia się. Jeżeli robimy ciągle coś nowego to umysł pracuje na wysokich obrotach i musi sobie szybko przyswoić nową wiedzę i zapanować nad nowymi umiejętnościami. W takich momentach tworzą się nowe połączenia miedzy synapsami, a niektórzy nawet twierdzą, że powstają nowe synapsy. Natiomiast rutyna nie stanowi wyzwania dla naszego umysłu. On daje sobie radę z czynnościami, które wykonujemy nieustannie, na pół gwizdka, bez żadnego specjalnego wysiłku. A mózg potrzebuje przecież wysiłku aby być w formie.
Trzeba więc wyjść z rutyny, z powtarzalnej do znudzenia codzienności. Trzeba chodzić w inne miejsca, jeździć innymi drogami, spotykać się z różnymi ludźmi, najlepiej o poglądach odmiennych od naszych. Trzeba się uczyć nieustannie czegoś nowego, może obcego języka, gry na instrumencie, śpiewania, tańczenia, malowania czy tysiąca innych rzeczy, których dotychczas nie robiliśmy. Zapewne najlepiej próbować coś co przychodzi nam z wielkim trudem, bo to zmusi nasz mózg do większego wysiłku.
sobota, lutego 08, 2014
Kreacjonizm walczy z ewolucją
Niedawno odbyła się w USA dosyć szeroko komentowana publiczna dyskusja wyznawców kreacjonizmu i teorii ewolucji. Kreacjonizm jest bardzo popularny wśród ortodoksyjnych protestantów w USA, a tych w tym kraju pomimo wysokiego poziomu nauki o dziwo nie brakuje. Ortodoksyjni protestanci zdobywają coraz większe wpływy na południu Stanów Zjednoczonych i żądają aby w szkołach uczyć kreacjonizmu jako jednej z teorii o powstaniu życia na równi z teorią ewolucji. Takie nauczanie jest jednak w USA konstytucjonalnie zabronione, bo kreacjonizm nie jest uznaną teorią naukową, a jedynie poglądem religijnym, a rozdział państwa i religii jest w tym kraju bardzo przestrzegany. Ortodoksyjni protestanci nie chcą jednak, aby w szkole nauczano ich dzieci ewolucyjnej teorii powstania zycia. Dzieci, które w domu i kościele od małego słyszą jak to Bóg stworzył świat w siedem dni, są zapewne nieco zdezorientowane słysząc w szkole o miliardach lat ewolucyjnego rozwoju życia na ziemi, a to może niechcący zachwiać ich fanatyczną religijnością, czego ich rodzice za wszelką cenę chcą uniknąć.
Kreacjonizm to pogląd oparty na dosłownej interpretacji bibli. Kreacjoniści przyjmują biblijny opis stworzenia świata i wszystkie inne biblijne opisy jako słowo Boże i niepodwarzalny dogmat. Na podstwawie bibli kreacjoniści twierdzą, że Bóg stworzył wszystkie gatunki w tym samym czasie co człowieka przed około 6 do 10 tysięcy lat. Kreacjonizm nie prowadzi też żadnych badań, a zajmuje się jedynie interpretacją bibli. Kreacjonizm zwalcza żarliwie teorię ewolucji próbując znaleźć w niej nieścisłości. Sam jednak nie przedstawia żadnych faktów naukowych na poparcie swojej teorii.
Dosłowna interpretacja bibli stwarza pewne problemy kreacjonistom, bo niektóre opowieści biblijne, są nawet dla wierzących trudne do zaakceptowania jako fakty historyczne. Taką trudną do obronienia opowieścią jest historia arki Noego. Chyba dla każdego jest oczywiste, że nawet dysponując dzisiejszą techniką nie sposób jest zbudować statek na który można by zabrać egzemplarze wszystkich istniejących dzisiaj gatunków flory i fauny. A w czasach Noego te techniczne możliwości były przecież dalekie od dzisiejszych. Wyznawcy dosłownej interpretacji bibli twierdzą więc, że Noe zabrał na swoją arkę tylko pewne podstawowe gatunki, z których potem powstały w procesie mikroewolucji (a więc jednak calkiem bez ewolucji i kreacjonizm nie może się obejść) znane nam obecnie gatunki.
Tak też mniej więcej przebiegała ta dyskusja - http://www.youtube.com/watch?v=z6kgvhG3AkI . Opisał ją dokładnie Jerry Coyne na blogu "why the ewolution is true" - http://whyevolutionistrue.wordpress.com/2014/02/05/who-won-the-big-evolutioncreation-debate/ .
Bill Nye, przedstawiciel teorii ewolucji przedstawiał szeroko uznane w świecie naukowym fakty potwierdzające słuszność teorii ewolucji. Ken Ham, wyznawca kreacjonizmu, mówił sporo o bibli jako źródle wiedzy historycznej i często odnosił się do Jezusa. Jednym z głównych argumentów Hama przeciwko teorii ewolucji jest jego podział nauki na obserwowalną i historyczną. Nauka obserwowalna to taka, która potrafi wykonać wielokrotnie powtarzalne eksperymenty, potwierdzające albo przeczące jej teoriom. Natomiast nauka historyczna nie ma takiej możliwości przeprowadzania powtarzalnych eskperymentów. Dlatego też teorii ewolucji nie można potwierdzić eksperymentalnie tak jak jest to możliwe na przykład w fizyce, twierdził Ham. Również, zdaniem Hama, izotopowa metoda datowania znalezisk kopalnych, na podstawie których naukowcy datują początki życia na ziemi na około 3 miliardów lat, jest niepotwierdzona eksperymentalnie. Przeczy temu twierdzeniu zedcydowanie Jerry Coyne. Istnieje wiele różnych możliwości datowania, którymi można skalować metodę izotopową. Olbrzymi postęp następuje też dzięki coraz częstszemu stosowaniu genetyki porównawczej. Nye podreślał precyzję stosowanych w ewolucji metod naukowych, które pomimo niemożliwości wykonywania powtarzalnych eksperymetów pozwalają dobrze odtworzyć przebieg ewolucji. Jednym z głównych argumentów jest tu spójność wyników osiąganych różnymi metodami.
Pomino dominującej pozycji ortodoksyjnych chrześcian w środkowych i południowych stanach Stanów Zjednoczonych według sondaży debatę wygrał zdecydowanie Nye. Pomimo religijnego parcia rozum i tym razem pokonał wiarę!
Kreacjonizm to pogląd oparty na dosłownej interpretacji bibli. Kreacjoniści przyjmują biblijny opis stworzenia świata i wszystkie inne biblijne opisy jako słowo Boże i niepodwarzalny dogmat. Na podstwawie bibli kreacjoniści twierdzą, że Bóg stworzył wszystkie gatunki w tym samym czasie co człowieka przed około 6 do 10 tysięcy lat. Kreacjonizm nie prowadzi też żadnych badań, a zajmuje się jedynie interpretacją bibli. Kreacjonizm zwalcza żarliwie teorię ewolucji próbując znaleźć w niej nieścisłości. Sam jednak nie przedstawia żadnych faktów naukowych na poparcie swojej teorii.
Dosłowna interpretacja bibli stwarza pewne problemy kreacjonistom, bo niektóre opowieści biblijne, są nawet dla wierzących trudne do zaakceptowania jako fakty historyczne. Taką trudną do obronienia opowieścią jest historia arki Noego. Chyba dla każdego jest oczywiste, że nawet dysponując dzisiejszą techniką nie sposób jest zbudować statek na który można by zabrać egzemplarze wszystkich istniejących dzisiaj gatunków flory i fauny. A w czasach Noego te techniczne możliwości były przecież dalekie od dzisiejszych. Wyznawcy dosłownej interpretacji bibli twierdzą więc, że Noe zabrał na swoją arkę tylko pewne podstawowe gatunki, z których potem powstały w procesie mikroewolucji (a więc jednak calkiem bez ewolucji i kreacjonizm nie może się obejść) znane nam obecnie gatunki.
Tak też mniej więcej przebiegała ta dyskusja - http://www.youtube.com/watch?v=z6kgvhG3AkI . Opisał ją dokładnie Jerry Coyne na blogu "why the ewolution is true" - http://whyevolutionistrue.wordpress.com/2014/02/05/who-won-the-big-evolutioncreation-debate/ .
Bill Nye, przedstawiciel teorii ewolucji przedstawiał szeroko uznane w świecie naukowym fakty potwierdzające słuszność teorii ewolucji. Ken Ham, wyznawca kreacjonizmu, mówił sporo o bibli jako źródle wiedzy historycznej i często odnosił się do Jezusa. Jednym z głównych argumentów Hama przeciwko teorii ewolucji jest jego podział nauki na obserwowalną i historyczną. Nauka obserwowalna to taka, która potrafi wykonać wielokrotnie powtarzalne eksperymenty, potwierdzające albo przeczące jej teoriom. Natomiast nauka historyczna nie ma takiej możliwości przeprowadzania powtarzalnych eskperymentów. Dlatego też teorii ewolucji nie można potwierdzić eksperymentalnie tak jak jest to możliwe na przykład w fizyce, twierdził Ham. Również, zdaniem Hama, izotopowa metoda datowania znalezisk kopalnych, na podstawie których naukowcy datują początki życia na ziemi na około 3 miliardów lat, jest niepotwierdzona eksperymentalnie. Przeczy temu twierdzeniu zedcydowanie Jerry Coyne. Istnieje wiele różnych możliwości datowania, którymi można skalować metodę izotopową. Olbrzymi postęp następuje też dzięki coraz częstszemu stosowaniu genetyki porównawczej. Nye podreślał precyzję stosowanych w ewolucji metod naukowych, które pomimo niemożliwości wykonywania powtarzalnych eksperymetów pozwalają dobrze odtworzyć przebieg ewolucji. Jednym z głównych argumentów jest tu spójność wyników osiąganych różnymi metodami.
Pomino dominującej pozycji ortodoksyjnych chrześcian w środkowych i południowych stanach Stanów Zjednoczonych według sondaży debatę wygrał zdecydowanie Nye. Pomimo religijnego parcia rozum i tym razem pokonał wiarę!
czwartek, stycznia 30, 2014
Precyzyjne Prognozy
Wczoraj wieczorem jadąc do domu słuchałem podcasta Tokfm na temat Facebooka. Prowadzący rozmawiał z Edwinem Bendykiem i jeszcze jednym specjalistą na temat Facebooka. Przez jakieś 15 minut argumentowali oni, że Facebook ma już za sobą okres swej świetności i niedługo straci większą część ze swoich 1,3 miliarda użytkowników. Edwin Bendyk napisał na ten temat artykuł w polityce powołując się na badania amerykańskich specjalistów.
Dlaczego Facebook nie ma przyszłości? W dyskusji mówiono, że ludzie mają dosyć tego przez Facebook wymuszonego pokazywania ich życia prywatnego, że Facebook to taki zamknięty system i że Facebook za bardzo manipuluje pokazywane treści i kilka jeszcze innych pomniejszych przyczyn. Jednak absolutnie główną przyczyną upadku Facebooka jest to, że Facebook to serwis pomyślany na PC. Natomiast użytkownicy smartphonów szukają innych aplikacji lepiej przystosowanych do tego urządzenia i ich mobilnych potrzeb. Podobno Facebooka zastąpi wnet Whatsapp czy jakaś inna chińska applikacja.
Dzisiaj natomiast jadąc rano do pracy słuchałem sobie austriackie radio. I co za przypadek właśnie też byla mowa o Facebooku. Słucham i uszom moim nie wierzę. Słyszę, że obroty Facebooka wzrosły, a wzrosły właśnie dzięki smartphonom. Facebook jest podobno co raz bardziej popularny na smartphonach, a dzięki temu jego wpływy z reklam rosną. Zerknąłem do internetu, a tam Bloomberg pisze to samo.
No i komu tu wierzyć. Jak jest naprawdę? czy Facebook padnie przez smartphony, czy może dalej będzie rosnąć dzięki nim?
A no pożyjemy to zobaczymy.
PS. Absolutnie nie mogę się przyzwyczaić do coraz bardziej popularnego fonetycznego pisania angielskich słów. Sądzę, że słowo "face" zapisane jak "fejs" nie staje się przez to polskie. To dziwoląg i trzeba sporo czasu aby domyślić się o jakie angielskie słowo chodzi czytając lajk czy słit. Wolałbym aby albo pisano angielskie słowa w originalnej pisowni, albo zastępowano je słowami polskimi.
Dlaczego Facebook nie ma przyszłości? W dyskusji mówiono, że ludzie mają dosyć tego przez Facebook wymuszonego pokazywania ich życia prywatnego, że Facebook to taki zamknięty system i że Facebook za bardzo manipuluje pokazywane treści i kilka jeszcze innych pomniejszych przyczyn. Jednak absolutnie główną przyczyną upadku Facebooka jest to, że Facebook to serwis pomyślany na PC. Natomiast użytkownicy smartphonów szukają innych aplikacji lepiej przystosowanych do tego urządzenia i ich mobilnych potrzeb. Podobno Facebooka zastąpi wnet Whatsapp czy jakaś inna chińska applikacja.
Dzisiaj natomiast jadąc rano do pracy słuchałem sobie austriackie radio. I co za przypadek właśnie też byla mowa o Facebooku. Słucham i uszom moim nie wierzę. Słyszę, że obroty Facebooka wzrosły, a wzrosły właśnie dzięki smartphonom. Facebook jest podobno co raz bardziej popularny na smartphonach, a dzięki temu jego wpływy z reklam rosną. Zerknąłem do internetu, a tam Bloomberg pisze to samo.
No i komu tu wierzyć. Jak jest naprawdę? czy Facebook padnie przez smartphony, czy może dalej będzie rosnąć dzięki nim?
A no pożyjemy to zobaczymy.
PS. Absolutnie nie mogę się przyzwyczaić do coraz bardziej popularnego fonetycznego pisania angielskich słów. Sądzę, że słowo "face" zapisane jak "fejs" nie staje się przez to polskie. To dziwoląg i trzeba sporo czasu aby domyślić się o jakie angielskie słowo chodzi czytając lajk czy słit. Wolałbym aby albo pisano angielskie słowa w originalnej pisowni, albo zastępowano je słowami polskimi.
środa, stycznia 29, 2014
Czy bogacze są korzystni dla społeczeństwa?
Niedawno usłyszałem w radiu, że 85 najbogatszych ludzi na świecie dysponuje takim samym majątkiem jak 3,5 miliarda najbiedniejszych ludzi! Trudno w to uwierzyć ale tak jest podobno naprawdę. Z jednej strony tylko mała garstka bogaczy, którzy mają dużo za dużo majątku, a z drugiej niewybrażalna liczba biedaków, którzy nic nie mają. Tak jak liczba 3,5 miliarda biednych jest dla nas trudna do ogarnięcia, tak samo trudno sobie wyobrazić te setki miliardów w rękach bogaczy. 3,5 miliarda to przecież połowa całej ludzkości. Tak więc 85 ludzi posiada tyle samo co połowa aktualnie żyjących mieszkańców naszej planety!
Czy to jest sprawiedliwe? Moim zdaniem na pewno nie. Jednak poza sferą moralną z tego szokującego faktu wyłania się cały szereg konkretnych pytań. Czy jest to korzystne dla społeczeństwa? Czy sprzyja to szybszemu rozwojowi gospodarczemu? A na koniec również pytanie czy ludzie mają prawo do takiego absolutnie nieproporcjonalnego gromadzenia majątku?
Otóż różne badania dowodzą, że społeczeństwa z mniejszymi różnicami majątkowymi funkcjonują lepiej. Jest to dosyć logicznie. W miarę równomiernie rozłożony majątek stymuluje konsumpcję, co oczywiście dobrze wpływa na gospodarkę. W krajach ludzi biednych jedynie garstka bogaczy może sobie pozwolić na konsumpcję, ale ich luksusowy zbytek nie równoważy pobytu olbrzymiej ilości ludzi z klasy średniej w krajach o mniejszych różnicach majątkowych.
Europa i w mniejszym stopniu USA jeszce do niedawna były tutaj niezłym przykładem krajów o w miarę rozsądnym zróżnicowaniu majątkowym. W USA i Europie od kryzysu lat trzydziestych do końca lat osiemdziesiątych powstała solidna klasa średnia. Chociaż i w tym czasie w tych krajach bogaczy nie brakowało, to i klasa średnia bogaciła się. Z roku na rok troszeczkę. Aż na scenie politycznej pojawili się Reagan i Thatcher. Oni to zatrzymali transfer pieniędzy od bogatych do klasy średniej i zredukowali drastycznie świadczenia i usługi państwa na rzecz obywateli. Zredukowano podatki, niektóre zlikwidowano w ogóle jak na przykład podatek spadkowy. Od lat dziewięćdziesiątych bogacze bogacą się coraz szybciej, a klasa średnia wręcz zaczyna powoli biednieć. Oczywiście chorobliwie przerośnięty i przez państwa praktycznie niekontrolowany sektor finansowy wysysa dodatkowo majątek z gospodarki realnej i z kieszeni normalnych obywateli i pogłębia dodatkowo jeszcze rozwarstwienie majątkowe społeczeństwa.
Państwa i my obywatele przyglądamy się biernie tej sytuacji i niestety nie robimy nic, aby ten trend zmienić. A czas już najwyższy na to.
Czy każdy człowiek ma mieć prawo do dowolnego bogacenia się, nawet jeśli dzieje się to ze szkodą dla społeczeństwa - a w dłuższej perspektywie również dla bogaczy? Czy bogactwo tych bogatych to wynik jedynie ich zdolności i pracowitości?
Otóż nie. Bogactwo powstaje z danej sytuacji społecznej i możliwości jaki społeczeństwo stwarza. Przecież bogacze nie działają w próżni. Korzystają oni, tak jak każdy inny, z infrastruktury drogowej, telekomunikacyjnej, sieci powiązań i możliwości istniejących w spoleczeństwie, z oświaty i wielu, wielu innych rzeczy. To znaczy, że tacy bogacze jak dajmy na to Bill Gates czy Larry Page nigdy nie osiągneli by tego co osiągneli, gdyby urodzili się na przykład w Afryce czy Ameryce południowej. Ich osiągnięcia - przy pełnym uznaniu ich osobistych zasług, ich zdolności, pracowitości, dyscipliny itd. - są w części owocem społeczeństwa w którym żyją. A to znaczy, że społeczeństwo ma również prawo do pewnej części ich dzięki społeczeństwu wypracowanego majątku.
Bardzo ładnie opisał te zjawiska Malcolm Gladwell w kisążce Outliers - polski tytuł poza schematem <http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2335,Poza-schematem>
Jeszcze wyraźniej bezpodstawne jest nadmierne bogacenie w przypadku odziedziczonego kapitału. Często jedyną zasługą dzieci miliarderów jest fakt, że urodzili się w tej czy innej rodzinie. Ich osobiste zdolności są ograniczone, ale odziedziczony kapitał pomnaża się niejako automatycznie.
Tak więc prawo do bogacenia się bez końca należy zanegować. Zamiast tego zasadą prawną musi być rozsądny transfer majątku od nadmiernie bogatych do reszty społeczeństwa. Konieczne są rozsądne progresywne podatki - to skandal, że bogacze płacą mniej podatku niż normalni pracownicy -, zlikwidowanie oaz podatkowych i opodatkowanie transakcji finansowych. Z tych pieniedzy społeczeństwo musi stworzyć usługi - jak na przykład teatry, muzea czy biblioteki - i możliwości dla wszystkich. To bogactwo społecznych możliwości wygeneruje wnet nowych miliarderów.
Czy to jest sprawiedliwe? Moim zdaniem na pewno nie. Jednak poza sferą moralną z tego szokującego faktu wyłania się cały szereg konkretnych pytań. Czy jest to korzystne dla społeczeństwa? Czy sprzyja to szybszemu rozwojowi gospodarczemu? A na koniec również pytanie czy ludzie mają prawo do takiego absolutnie nieproporcjonalnego gromadzenia majątku?
Otóż różne badania dowodzą, że społeczeństwa z mniejszymi różnicami majątkowymi funkcjonują lepiej. Jest to dosyć logicznie. W miarę równomiernie rozłożony majątek stymuluje konsumpcję, co oczywiście dobrze wpływa na gospodarkę. W krajach ludzi biednych jedynie garstka bogaczy może sobie pozwolić na konsumpcję, ale ich luksusowy zbytek nie równoważy pobytu olbrzymiej ilości ludzi z klasy średniej w krajach o mniejszych różnicach majątkowych.
Europa i w mniejszym stopniu USA jeszce do niedawna były tutaj niezłym przykładem krajów o w miarę rozsądnym zróżnicowaniu majątkowym. W USA i Europie od kryzysu lat trzydziestych do końca lat osiemdziesiątych powstała solidna klasa średnia. Chociaż i w tym czasie w tych krajach bogaczy nie brakowało, to i klasa średnia bogaciła się. Z roku na rok troszeczkę. Aż na scenie politycznej pojawili się Reagan i Thatcher. Oni to zatrzymali transfer pieniędzy od bogatych do klasy średniej i zredukowali drastycznie świadczenia i usługi państwa na rzecz obywateli. Zredukowano podatki, niektóre zlikwidowano w ogóle jak na przykład podatek spadkowy. Od lat dziewięćdziesiątych bogacze bogacą się coraz szybciej, a klasa średnia wręcz zaczyna powoli biednieć. Oczywiście chorobliwie przerośnięty i przez państwa praktycznie niekontrolowany sektor finansowy wysysa dodatkowo majątek z gospodarki realnej i z kieszeni normalnych obywateli i pogłębia dodatkowo jeszcze rozwarstwienie majątkowe społeczeństwa.
Państwa i my obywatele przyglądamy się biernie tej sytuacji i niestety nie robimy nic, aby ten trend zmienić. A czas już najwyższy na to.
Czy każdy człowiek ma mieć prawo do dowolnego bogacenia się, nawet jeśli dzieje się to ze szkodą dla społeczeństwa - a w dłuższej perspektywie również dla bogaczy? Czy bogactwo tych bogatych to wynik jedynie ich zdolności i pracowitości?
Otóż nie. Bogactwo powstaje z danej sytuacji społecznej i możliwości jaki społeczeństwo stwarza. Przecież bogacze nie działają w próżni. Korzystają oni, tak jak każdy inny, z infrastruktury drogowej, telekomunikacyjnej, sieci powiązań i możliwości istniejących w spoleczeństwie, z oświaty i wielu, wielu innych rzeczy. To znaczy, że tacy bogacze jak dajmy na to Bill Gates czy Larry Page nigdy nie osiągneli by tego co osiągneli, gdyby urodzili się na przykład w Afryce czy Ameryce południowej. Ich osiągnięcia - przy pełnym uznaniu ich osobistych zasług, ich zdolności, pracowitości, dyscipliny itd. - są w części owocem społeczeństwa w którym żyją. A to znaczy, że społeczeństwo ma również prawo do pewnej części ich dzięki społeczeństwu wypracowanego majątku.
Bardzo ładnie opisał te zjawiska Malcolm Gladwell w kisążce Outliers - polski tytuł poza schematem <http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2335,Poza-schematem>
Jeszcze wyraźniej bezpodstawne jest nadmierne bogacenie w przypadku odziedziczonego kapitału. Często jedyną zasługą dzieci miliarderów jest fakt, że urodzili się w tej czy innej rodzinie. Ich osobiste zdolności są ograniczone, ale odziedziczony kapitał pomnaża się niejako automatycznie.
Tak więc prawo do bogacenia się bez końca należy zanegować. Zamiast tego zasadą prawną musi być rozsądny transfer majątku od nadmiernie bogatych do reszty społeczeństwa. Konieczne są rozsądne progresywne podatki - to skandal, że bogacze płacą mniej podatku niż normalni pracownicy -, zlikwidowanie oaz podatkowych i opodatkowanie transakcji finansowych. Z tych pieniedzy społeczeństwo musi stworzyć usługi - jak na przykład teatry, muzea czy biblioteki - i możliwości dla wszystkich. To bogactwo społecznych możliwości wygeneruje wnet nowych miliarderów.
niedziela, stycznia 19, 2014
Czy czytanie książek ma jakieś znaczenie?
Podobno czytamy coraz mniej. Szczególnie młodzi ludzie czytają coraz mniej. Wolą krótkie meldunki na twiterze i podobnych serwisach społecznościowych. Czy jest to jednak powód do zaniepokojenia? Czy czytanie książek ma wpływ na rozwój i dostatność społeczeństwa, a jeżeli tak to jaki?
Przeciętny Amerykanin czyta niewiarygodne 17 książek rocznie (czy to rzeczywiście możliwe?), mieszkaniec zachodniej Europy tak przeciętnie około 8 do 12 książek, a Polak chyba dużo mniej.
W USA i Chinach wydaje się rocznie prawie 300.000 nowych książek. W Anglii prawie 150.000, a Niemczech około 80.000. Polska z 30.000 nowych książek jest nieco z tyłu. Można chyba założyć, że im więcej dany kraj wydaje książek tym więcej książek czyta się w tym kraju.
A ile książek czyta rocznie mieszkaniec Omanu? Jedną! Tak, tak jedną jedyną i ciągle tą samą. On czyta tylko Koran i nigdy nie odczuł potrzeby aby przeczytać jakąś inną książkę. Bo po co, jeżeli wszystkiego co on potrzebuje wiedzieć może dowiedzieć się z Koranu. To usłyszałem w wywiadzie z jednym z twórców zmian w Omanie. To był wywiad z człowiekiem, który decyduje o rozwoju kraju, a kraj ten czyni niesamowite postępy. Temu specifycznemu czytelnictwu w Omanie sprzyja ilość wydawanych książek w tym kraju. Otóż rocznie wydaje się tam 7 (siedem!) nowych tytułów.
Jak to możliwe, zastanawiam się, że ludzie, których cała wiedza zawarta jest w książce napisanej przed około 1400 lat, są w stanie modernizować kraj i zmienić radykalnie jego oblicze? Skąd oni wiedzą na przykład jak zbudować drapacz chmur albo austostradę, bo chyba jednak takiej szczegółowej wiedzy w Koranie nie ma?
My uważamy przecież, że trzeba bardzo dużo wiedzieć aby zrobić coś nowego, innowacyjnego, aby mądrze zarządzać państwem. Wiedza ta jest natomiast zawarta w książkach. To przekonanie jest kamieniem węgielnym nauczania uniwersyteckiego od średniowiecza do dzisiaj.
Jeżeli jednak można mądrze modernizować kraj czytając tylko jedną, bardzo starą książkę, to może my niepotrzebnie tracimy czas czytając te kilka książek rocznie?
Może. A może Oman po prostu stać, na razie, aby kupić tą wiedzę w Ameryce czy Europie. Ot taki przypadek losu, który dał im niewyobrażalne dochody z ropy.
http://en.wikipedia.org/wiki/Books_published_per_country_per_year
| Sent from Evernote |
poniedziałek, stycznia 06, 2014
Wolny wybór
To było chyba w piątej albo szóstej klasie szkoły podstawowej - a wtedy szkoła podstawowa zaczynała się przeważnie w wieku siedmiu lat i trwała osiem lat. Na lekcji polskiego albo może historii dano nam ankietę do wypełnienia. Była to jak na tamte czasy, lata sześćdziesiąte, dziwna ankieta pełna pytań o nasze zadowolenie i nasze plany życiowe. Jedno z tych pytań brzmiało - "w jakim kraju chciałbyś mieszkać jak będziesz dorosły". Nie wiem jak dziewczynki odpowiedziały na to pytanie, ale prawie wszyscy chłopcy napisali, że chcieliby żyć w USA. Kilku wybrało Kanadę, a jeden zaczytany w książkach podróżniczych o Afryce, wybrał chyba południową Afrykę.
Z dwudziestu kilku chłopców żaden, ale to naprawdę żaden nie napisał, że chce mieszkać w Polsce! Wtedy wszyscy czytali i oglądali westerny i również bardziej współczesne filmy amerykańskie i USA to był świat naszych marzeń. Jednocześnie był to przecież największy wróg komunistycznej Polski i każdy kto z tym krajem sympatyzował był traktowany jak wróg.
Jak w domu opowiedziałem mamie o tej ankiecie i mojej odpowiedzi na to pytanie to strasznie zbladła i zauważylem strach w jej oczach. Po chwili myślalem że rozszarpie mnie na kawałki z tego strachu i bezsilnej złości na moją głupotę. Rodzice chyba wszystkich dzieci zareagowali tak samo. Blady strach padł na osiedle. Rodzice już widzieli oczyma wyobraźni, jak władza ich będzie szykanować i wyciągać konsekwencje za moralnie naganne i światopoglądowo falszywe wychowanie dzieci. W tej sytuacji bez wyjścia rodzice poszli do szkoły interweniować.
Bo przecież tych naszych odpowiedzi nie można brać serio, bo nie byliśmy przygotowani i myśleliśmy, że to jakaś zabawa - tłumaczyli nauczycielom. Szkoła, to znaczy poszczególni nauczyciele, chyba też była przerażona wynikami tej ankiety. No bo jak widać i szkoła niewiele zrobiła aby wychować nas w duchu tego jedynego, właściwego światopoglądu.
Zadecydowano więc aby powtórzyć tę ankietę. Zniszczono nasze pierwsze odpowiedzi i zaproszono nas raz jeszcze do wypełnienia tej ankiety. Dokładnie przygotowani przez rodziców i już nieco świadomi jakie konsekwencje mogą mieć niewłaściwe odpowiedzi wypełniliśmy ankietę politycznie absolutnie poprawnie. Teraz już wszyscy nie marzyli o niczym bardziej jak o tym aby nadal żyć w Polsce. No chyba jeden kolega napisał, że chciałby żyć w Związku Radzieckim, ale jego ojciec chciał robić karierę w partii, więc to nic dziwnego. A Związek Radziecki to była odpowiedź akceptowalna dla wladz, a może nawet oczekiwana - Polska jako kolejna republika kraju rad i to na życzenie światłej młodzieży. ;)
Tak oto mądrzy rodzice i nauczyciele zażegnali tej katastrofie, my natomiast nauczyliśmy się, że to co się myśli, a to co trzeba i można mówić to dwie bardzo różne rzeczy. A i władza otrzymała wynik jakże korzystny, potwierdzający, że młodzież jest sytuacją w Polsce zachwycona.
Takich przykładów zawężania wolnego wyboru z przyczyn ideologiczno-politycznych z czasów PRL można oczywiście przytaczać wiele. Uniemożliwianie wolnego wyboru, albo przynajmniej utrudnianie, można również spotkać dzisiaj i to nie tylko w zakresie ideologii czy polityki, ale także w kulturze, ekonomii czy religii.
Taki drobny, aktualny przykład z zakresu kultury. Podobno w Polsce wprowadzono przepis nakazujący radiostacją nadawanie co najmniej 60% polskiej muzyki. Hallo, proszę Państwa to nie tędy droga! Nie poprzez nakazy czy zakazy przekonamy ludzi do słuchania polskiej muzyki. Ja polską muzykę, szczególnie tę trochę starszą, bardzo lubię, ale nie rozumiem dlaczego jakiś urzędnik ma decydować ile czego ja słucham. Jak polska muzyka będzie dla słuchaczy atrakcyjna, to ludzie będą wybierać radia, które ją nadają. A jak nie, to żadne nakazy nie pomogą.
Religia jest innym przykładem. Przecież tylko poprzez bezwględną indokrynację dzieci i młodzieży, czyli maksymalne zawężanie wolnego wyboru, w Polsce 90% ludzi jest katolikami, a na przykład w Iranie 95% schiitami. Rodzice tutaj też decydują za dzieci o przynależności religijnej, w momencie, kiedy one są jeszcze absolutnie nieświadome swego losu.
Nie tak powinno być. Młodych ludzi należy wychowywać tak, aby byli otwarci na świat i jego różne prawdy i potrafili wybrać to co uważają dla nich za słuszne. I tylko oni sami mogą decydować, po osiągnięciu pełnoletności, czy chcą być członkiem tej czy innej, czy żadnej religii.
Zastanówmy się chwilkę jak kolosalnie musiałby się zmienić stosunek organizacji religijnych po wprowadzeniu wolnego wyboru. To tak jak zmiany po zniesieniu pańszczyzmy. Pańszczyźniany chłop nie miał wyboru, a jego Pan też nie musiał o niego zabiegać. Wolny wybór po uzyskaniu dojrzałości oznaczalby, że organizacje kościelne musiałyby zachęcać tego młodego czlowieka do wstąpienia. Musiałyby być dla niego atrakcyjne, bo w innym przypadku młody człowiek mógłby zdecydować się na przystąpienie do jakiegoś innego kościoła, albo nawet do żadnego. Mielibyśmy prawdziwy pluralizm religijny, różnorodność idei i wyborów.
| Sent from Evernote |
środa, stycznia 01, 2014
Pierwszy bieg w Nowym Roku 2014
Nowy Rok zacząłem biegowo. Lekki bieg na 8 km w mojej okolicy. Pogoda jak widać niezbyt zachęcająca, ale w miarę ciepło, bo 5 stopni.
Może 2014 będzie dla mnie dobrym rokiem biegowym. Życzylbym bym sobie tego, a jak będzie zobaczymy.
Wszystkim Wam życzę spełnienia Waszych marzeń i po prostu dobrego Nowego Roku 2014!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
