niedziela, sierpnia 04, 2013

Mobilna Produktywność

Od wielu już lat pracuję nad moją produktywnością. To znaczy mam takie fazy aktywności na tym polu przerywane niestety dużo dłuższymi okresami bierności. W tych aktywnych fazach czytam mnóstwo mądrych porad jak być bardziej produktywnym i próbuje zorganizawać mój czas w sposób optymalny.

Moje zainteresowanie organizacją czasu rozpoczęło się jeszcze w czasach przed-komputerowych, gdy ogranizacja zadań i terminów odbywała się na papierze. Wtedy to kupowałem takie bardzo skomplikowane notesy do zarządzania czasem, zwane elegancko Time Management System lub Time Manager. Ładne były te notesy, te droższe były oprawione w dobrą skórę i miały takie specjalne karteczki z systemen do zarządzania terminami, kontaktami, zadaniami i notatkami. Te karteczki to były takie fajne formularze, dzięki którym można było zanotować wszystkie dla danego zadania czy terminu ważne fakty. Formularze można było dokupywać, ale były oczywiście strasznie drogie.

Papierowe notesy to była jedno z pierwszych praktycznych zastosowań pewnych koncepcji systemu zarządzania czasem. To znaczy niejako poza tym notesem był dobrze przemyślany system, a notes był narzędziem pomocniczym tego systemu. Systemy te twierdziły i twierdzą tak nadal, że dzięki nim nasza produktywność wzrośnie o ileś tam procent. Kupowałem więc te notesy chociaż były dosyć drogie i próbowałem stosować się do tego systemu. Jednak zawsze po pewnym czasie traciłem cierpliwość i przestawałem je używać. Bo stosowanie się do takiego systemu jest przynajmiej na początku dosyć pracochłonne.

Później pojawił się Outlook i wraz z nim cyfrowe możliwości dobrego zarządzania czasem. Oczywiście, że od razu znowu zacząłem szukać właściwej dla mnie metody na bazie Outlooka. Przerobiłem system Eisenhowera sortowania zadań na czery kupki z zależności od ich ważności i pilności. Później odkryłem metodę "Get Things Done" (GDT), której pozostałem wierny do dzisiaj. Outlook pozwalał dosyć dobrze modelować zarządzanie czasem w dowolnej metodzie. Zdefiniowałem w Outlooku sporą ilość kategorii i przy ich pomocy definiowałem rodzaj zadań i ich kolejność wykonywania.

Dosyć długo używałem Outlooka do zarządzania czasem. Jednym z problemów był dla mnie fakt, że po pewnym czasie w moim systemie zarządzania było zbyt dużo zadań, niekiedy nawet przeszło 300. Wtedy to traciłem zupełnie orientację i ostatecznie przestawałem używać ten system. To oczywiście nie wina Outlooka tylko mojej potrzeby zarządzania praktycznie wszystkimi zadaniami (nie tylko moimi ale też tymi delegowanymi) i ideami. Ten reżim centralnego zarządzania wszystkimi zadaniami jest też głównym wymogiem chyba wszystkich systemów zarządzania czasem, a GDT traktuje tę kwestię jako absolutnie nadrzędną. Zadania i idee zbierały się w moim systemie niestety dużo szybciej niż byłem w stanie je zrealizować. Przede wszystkim te zadania przekazane innym trwały w systemie i nijak nie mogłem doczekać się ich realizacji.

Natłok zadań, które nie znikają, to nie tylko cecha mojego systemu zarządzania. Ten sam fenomen obserwowałem w dużej ilości projektów czy innych grup roboczych. Zawsze zaczynaliśmy na początku gorliwie notować wszystkie zadania. Przy następnym spotkaniu omawialiśmy zadania z poprzedniego spotkania, które w swej większości nie były zrealizowane. Do tej listy dochodziły zadania z aktualnego spotkania. I tak lista ta rosła bardzo szybko, a spotkania projektowe prawie w całości poświęcone były omówieniu tych nie wykonanych zadań. Wydaje mi sie, że jedynym rozwiązaniem jest po prostu skoncentorwanie się na zadaniach naprawdę ważnych i ignorowanie drobnych. Nie jest to jednak łatwe, bo mamy pewną skłonność do perfektionizmu, a jak już zadanie trafi do systemu zarządzania, to niełatwo jest je usunąć.

Problem z Outlookiem rozpoczął się, gdy pojawiły się smartphony i tablety. Ja chciałem mieć listę moich zadań zawsze ze mną, robić notatki, które automatycznie trafiają do mojego systemu zarządzania. Wtedy to przestałem nosić ze sobą notebook i Outlook na moim notebooku, w moim miejscu pracy, które odwiedzałem sporadycznie, przestał być rozwiązaniem optymalnym.

W tamtym czasie to przestawiłem się na "Remember The Milk". To bardzo elastyczny system zarządzania zadań, przede wszystkim dzięki możliwości definiowania dowolnej ilości tagów. Do każdego zadania można przyłączyć wiele tagów, co pozwala przyporządkować każde zadanie na bazie różnych kryteriów. "Remember The Milk" jest dostępny na wszystkich istotnych platformach jak Web, Android czy IOS. Dzięki temu można zerknąć na aktualne zadania na smartphonie, a dokładniejszą analizę przeprowadzić na tablecie czy na notebooku. Jak kto chce.

Po wielu latach stosowania i nie stosowania (tu mam na myśli przede wszystkim powód dla którego przestawałem te systemy używać) różnych systemów zarządzania myślę, że najważniejsze są trzy aspekty. Po pierwsze absolutna dysciplina nieustannego używania takiego systemu. Aby to osiągnąć trzeba codziennie sprawdzać jeszcze niewykonane zadania i ustalać nieustannie ich priorytety. To dyscyplina i konsenkwencja używania takiego systemu jest absolutnie kluczowa. Dysciplina jest dużo ale to dużo ważniejsza niż jakość systemu zarządzania czasem. Po drugie trzeba mieć odwagę wyrzucania starych zadań, które zbyt długo zalegają w tym systemie. Również eliminowanie starych, już nieaktualnych idei pomaga nam koncentrować się na tym co jest naprawdę ważne. Nie próbujmy być archiwariuszami naszych myśli. To nie jest cel takich systemów. Po trzecie może jednak nie absolutnie wszystko co jest do zrobienia musi trafić do tego systemu. Taka selekcja tego co jest naprawdę ważne jest moim zdaniem istotna, chociaż jest niezgodna z zaleceniami GTD.

Pewnym dodatkowym problemen, który mnie krępuje w swobodnym stosowaniu takich serwisów jak "Remember The Milk" czy Evernote i uzyskania optymalnej produktywności, jest uwzględnienie firmowych reguł. Konkretnie chodzi tu o zakaz magazynowania firmowych danych poza firmą. To duże ograniczenie, bo praktycznie wszystkie dobre aplikacje magazynują nasze dane w chmurce (Cloud), czyli poza firmą. I tu jest dylemat. Firmowe środki są przestarzałe i prymitywne i zupełnie niewystarczające na dzisiejsze potrzeby. W chmurce jest sporo dobrych servisów, ale ze względu na firmowe reguły nie wolno ich używać. Co robić w tej sytuacji?

Jak sobie z tym problemen radzę i jakie rozwiązanie znalazłem dla notatek opowiem w następnym notce.

sobota, lipca 20, 2013

Przypominajka

FollowUpThen to service dla zapominalskich. Jeźeli chcesz cos załatwić za na przykład trzy dni czy moźe 8 serpnia to wyślij maila do FollowUpThen. Dokładnie w określonym dniu czy godzinie dostaniesz maila. który przypomni o sprawie do załatwienia. FollowUpThen to bardzo prosty servis ale moźe być rzeczywiście poźyteczny. Gdyby zamiast przypominania równieź sam załatwił o czym przypomina to byłby naprawdę genialny. :)

http://www.degconsulting.net/2013/07/evernote-gmail-followupthen.html

niedziela, lipca 14, 2013

Współczesny Ikarus

Okazuje się, że jednak człowiek może wznieść się w powietrze jedynie dzięki sile własnych mięśni.

To naprawdę genialne, jak można dzięki inwencji i współczesnej technologii osiągnąć nieosiągalne.

Człowiekiem, który - jak pisała anglosaska prasa - pokonał grawitację i zapisał się w historii lotnictwa, jest 31-letni Todd Reichert. To on wzniósł "Atlasa" w powietrze dzięki mechanizmowi wyglądającemu jak zwykły rower<http://polskanarowery.sport.pl/msrowery/0,0.html>.

- Pokazaliśmy, jak daleko można przesunąć ograniczenia fizyczne i czego można dokonać za pomocą lekkich materiałów konstrukcyjnych - powiedział mediom Reichert.

Cały tekst: 
http://wyborcza.pl/1,75248,14273096,Wzbil_sie_w_powietrze_dzieki_sile_wlasnych_miesni_.html#TRNajCzytSST

poniedziałek, czerwca 10, 2013

Firma Better Place zbankrutowała

Firma Shai Agassiego zbankrutowała. Better Place miał piękną wizję - zastąpić samochody spalinowe elektrycznymi. Aby zwiększyć zasięg samochodów elektrycznych i uniknąć długiego czasu ładowania baterii Better Place chciała wybudować stacje wymiany baterii. Po zmianie baterii w niecałą minutę samochód mógł jechać dalej, a bateria ładuje się kilka godzin na stacji i potem znowu można ją włożyć do jakiegoś innego samochodu. Idea ciekawa ale jak widać na razie niewykonalna. Better Place niestety nie znalazł klientów na ten system stacji wymiany baterii i to nawet w tak małym kraju jak Izrael.

Electric Car Company Better Place Bankrupt, Burns Nearly $1 Billion
http://singularityhub.com/2013/06/09/electric-car-company-better-place-bankrupt-burns-nearly-1-billion/<http://flip.it/vInsg>

Shared from Singularity Hub » Feed<http://flip.it/N5jHd> on Flipboard. Download Flipboard for free here<http://flpbd.it/now>.

sobota, maja 25, 2013

Nowi twórcy życia

From Evernote:

Nowi twórcy życia

Parę dni temu świat obiegła sensacyjna wiadomość o sklonowaniu człowieka. Amerykańskim uczonym udało się stworzyć rozwijający się zarodek z DNA wziętego z komórki skóry i pozbawionej jądra komórki  jajowej. Możliwości zastosowania tego osiągnięcia mogą być przeogromme. Można produkować w ten sposób komórki macierzyste i leczyć nimi potencjalnie wszystkie ludzkie organy. Można też klonować ludzi, czyli reprodukować kopie danych ludzi. Można również troszkę zmanipulować ten pobrany DNA - aby na przykład wyeliminować potencjalne choroby genetyczne, czy patrząc dalej aby uzyskać inne pożądane cechy - i tworzyć ludzi na zamówienie. Inżynieria genetyczna poznała mechanizmy powstawania życia i jest już w stanie praktycznie dowolnie manipulować tym procesem.

A jeszcze nie tak dawno akt poczęcia owiany był absolutną tajemnicą, i to nie tylko tajemnicą alkowy, w której to do tego poczęcia dochodziło. Ludziom jeszcze chyba do połowy dwudziestego wieku brakowało wiedzy jak powstaje życie. Nic dziwnego więc, że akt poczęcia był uznany za coś cudownego, coś co nie da się wyjaśnić wtedy znanymi materialnymi prawami tego świata. Autorzy Starego Testamentu przed około dwu i pół tysiąca lat opisując ważniejsze akty poczęcia zawsze opisywali boski wpływ na sukces tego przedsięwzięcia. Zawarli w Biblii prostą wiadomość - jakby się ludzie nie starali bez boskiej pomocy nic z tego nie będzie. Kościół do dziś w pewnym sensie jest wierny tej teorii.

Okazuje się jednak, że ten boski wpływ jakby zanika. Inżynieria genetyczna oponowała proces poczęcia, do tego stopnia, że powoli staje się to zadaniem czysto inżynieryjnym. Cudowny pierwiastek nie jest już potrzebny, aby wyjaśnić i opanować ten proces.

Inżynieria genetyczna osiąga powoli status nowego twórcy życia. Jest w stanie tworzyć źycie i również kształtować je na miarę naszych wyobrażeń. Oczywiście te nowe możliwości stawiają nas przed nowymi wyzwaniami etycznymi. Zerwaliśmy, niejako teraz już w dosłownym tego słowa znaczeniu, owoc z drzewa poznania. Negatyną konsekwencją tego nie jest jednak wypędzenie z raju - a może w przenośnym sensie nawet jest, jeżeli tu na ziemii stworzymy jakieś straszne twory - a realna grożba stworzenia życia zagrażającego nam samym. 

Musimy więć wyznaczyć nowe normy etyczne i zadecydować co wolno, a co jest zakazane. Zabronienie używania tej technologii z perspektywy jej korzyści dla naszego dobra nie wydaje mi się właściwym rozwiązaniem. Moim zdaniem powinniśmy pozwolić na dalszy rozwój tej technologii, ale kontrolować jej zastosowania.



poniedziałek, maja 20, 2013

Strategiczne wyzwania ludzkości

From Evernote:

Strategiczne wyzwania ludzkości

Bardzo lubię takie dalekowzroczne spojrzenie na rzeczywistość i ukierunkowane naszych działań. Ten szalenie skomplikowany i szybko zmieniający się świat stawia nas, ludzi i również ludzkość, codziennie przed nowymi problemami. Bierzemy się rychło za ich rozwiązywanie zapominając często sprawdzić uprzednio, które z tych wyzwań są naprawdę ważne. 

Takie doświadczenia robimy również osobiście. Codziennie przychodząc do pracy bez planu odpowiadamy na maile, odbieramy telefony i robimy tysiąc różnych rzeczy, większość z których nie ma zbytniego znaczenia. To znaczy rozwiązujemy problemy, które nie są ważne z nieco bardziej długoterminowej perspektywy czasu. Tylko nieliczni, najlepiej zorganizani, na przykład ci którym udało się przez dłuższy czas stosować konsekwentnie metodę Get Things Done (GDT), unikają tego zagubienia się w małych problemach dnia codziennego tracąc z oczu to co naprawdę ważne. 

Dobrze jest czasami siąść na chwilkę i zastanowić się co jest ważne dla mnie, co jest naprawdę ważne dla mojej firmy. Mając taką konkretną - najlepiej spisaną - strategię jest dużo łatwiej uniknąć zajmowania się rzeczami bez znaczenia. 

Również z punktu widzenia ludzkości, dla przetrwania naszego gatunku pewne cele są decydujące o naszej przyszłości. Pytanie tylko jakie są te najważniejsze tematy, które ludzkość musi rozwiązać?

Bardzon ładną, bo krótką i konkretną, strategię dla ludzkości przedstawił w TOKFM Prof. Jagielski. Otóż profesor Jagielski jest zdania, że ludzkość musi znaleźć rozwiązanie na trzy istotne wyzwania:

  1. Jak naprawić człowieka? To znaczy jak chronić go przed chorobami i leczyć w perspektywie coraz dłuższego życia.
  2. Jak przerabiać wykładniczo wzrastającą ilość informacji?
  3. Jak zapewnić nam wystarczającą ilość energii? Konsumpcja energii rośnie nieustannie, a jej aktualne źródła wyczerpują się szybko.
Prof. Jagielski jest fizykiem więc w wywiadzie zajął się problemen energii. Jego zdaniem jedynie energia termojądrowa może nam w przyszłości zapewnić dostatek czystej energii przy minimalnym nakładzie kosztów. Rozwiązań nie należy jednak oczekiwać zbyt szybko, bo technologia jest dopiero w stadium badań naukowych i pierwsze rozwiązania komercyjne ukażą się być może za 30 lat.

http://bi.gazeta.pl/im/1/13885/m13885741.mp3

sobota, maja 11, 2013

Nowe królestwo programistów

From Evernote:

Nowe królestwo programistów

Z programowaniem zetknąłem się dosyć późno. Chyba na trzecim roku studiów mieliśmy taki przedmiot "Elektroniczna technika obliczeniowa". Nauka odbywała się wtedy bardzo klasycznie, a więc najpierw wykłady, a potem ćwiczenia. Na wykładach profesor opowiadał o syntaksie języka Algol i wypisywał kredą na tablicy (!) jakieś tam przykłady programowania, których nikt z nas w tym momencie chyba nie rozumiał. Zapewne większość z nas do momentu rozpoczęcia ćwiczeń - a niektórzy może nawet do dzisiaj - nie miała zielonego pojęcia o co tu chodzi. Jednak byliśmy przyzwyczajeni to tego dalekiego od ideału sposobu nauczania i czekaliśmy spokojnie na rozwianie tajemnicy.

Na początku ćwiczeń każdy z nas dostał prosty techniczny problem do rozwiązania. Naszym zadaniem było sformułowanie sposobu rozwiązania i zaprogramowanie w języku Algol. W tamtych czasach komputer to było coś bardzo wyjątkowego. Było ich bardzo mało, dostęp do nich mieli tylko bardzo nieliczni, wtajemniczeni. Ci kapłani w komputerowej świątyni przyjmowali od nas raz w tygodniu karty perforowane - bo program należało napisać na specjalnie do tego przystosowanych formularzach i bardzo miła pani przepisywała program z formularza na maszynie przypominającej maszynę do pisania i ta maszyna wytwarzała te karty perforowane - i po jakieś chwili oddawali nam absolutnie niezrozumiały wydruk z komputera. Pamiętamdo dzisiaj, że na początku było tam napisane "run by George". Potem była to lista błędów syntaktycznych w programie. Jak ktoś od razu potrafił je poprawić mógł puścić ten program jeszcze raz. A jak nie to następna okazja była dopiero za tydzień. 

Mnie od razu to programowanie spodobało się. Ta atmosfera światyni wiedzy, atmosfera czegoś szczególnego, dostępnego tylko dla wybranych zafascynowała mnie. Bardzo szybko usunąłem błędy z mojego programu i dostałem wyniki obliczeń. Chętnie pomagałem innym poprawić ich błędy. Chyba prawie wszystkie programy mojej grupy wyszły spod mojej ręki.

Od tego czasu zacząłem marzyć o programowaniu. Chciałem w przyszłości pracować przy komputerach. Nie od razu mi się to udało. Krótko po studiach wyjechałem do Austrii i podstawowa walka o byt wypełniła w pełni me życie. Dopiero po kilku latach nabyłem jeden z pierwszych domowych komputerów, które właśnie ukazały się na rynku. Scheider 128 to była moja prywatna szkoła programowania. Nauczyłem się kilku języków programowania i programowałem również w asemblerze. To było moje hobby, ale ja nadal chciałem aby to był również mój zawód.

Po kilkudziesięciu nieudanych próbach uzyskania pracy programisty już prawie zrezygnowałem. Firmy przede wszystkim patrzyły na doświadczenie. A tym nie mogłem się wykazać. Poza tym zawsze szukały trochę innych umiejętności niż te które teoretycznie miałem. Pamiętam, że w sobotę czytałem ogłoszenia w gazetach i patrzyłem jakich programistów szukają. W poniedziałek szedłem do uniwersyteckiej biblioteki i wypożyczałem książki na te tematy, a w środę pisałem podania o pracę.

Jak to często w życiu jest dostałem pracę jako programista całkiem niespodziewanie. Byłem zachwycony. Do późnego wieczora pisałem programy, już teraz w C. Bardzo lubiłem to zajęcie i nieustannie udoskonalałem moje umiejętności. Miałem wtedy duże poczucie spełnienia i może też trochę i wyższości. Potrafiłem coś czego inni nie umieli i nie rozumieli. Tworzyłem coś z niczego.

W tym czasie, pod koniec lat osiemdziesiątych, pojawiły się pierwsze programy, które tworzyły inne programy. Tak zwane programy 4 generacji, które z bazy danych generowały proste programmy, ale również generatory codu, które z dosyć abstrakcyjengo opisu procesu businessowego automatycznie wytwarzały program. Te generatory kodu nie były doskonałe, ale wielu twierdziło, że to tylko kwestia czasu. Za kilka lat te generatory będą tak doskonałe, że nikt już nie będzie potrzebował programistów. Moi zleceniodawcy zaczeli mówić z lekceważeniem o programistach.

Widać przekonali mnie, bo postanowiłem uciec od programowania i spróbować moich sił w administracji systemów. Też fajne zajęcie, ale na pewno nie tak twórcze jak programowanie. Ciągle jeszcze pisywałem małe programiki. To nie była jednak lwia część moich zajęć. Po kilku latach ucichło o generatorach programów, a programiści wrócili do łask. Moja kariera potoczyła się jednak już innymi torami. Do programowania już nigdy nie wrócilem. Czy wybrałem lepiej czy gorzej tego nie wiem. Do dzisiaj mam jednak duży sentyment do programowania, chociaż już nie potrafię programować.

Nic więc dziwnego, że takie książki jak "Nowi twórcy królów. Jak programiści podbili świat" Steve O'Brady od razu wpadają mi w ręce. O'Brady podkreśla jak ważni są programiści dla digitalnej gospodarki. Aktualnie zapotrzebowanie na dobrych programistów znacznie przekracza ich dostępną ilość na rynku. Firmy szukają coraz to nowych metod aby zwerbować i utrzymać najlepszych programistów. Ostatnio jedną z takich metod jest wykupywanie mniejszych firm nie po to aby przejąć produkty czy klientów, lecz aby przejąć programistów. O'Brady opisuje również jak dzięki powstaniu ruchu open source - z tak ważnymi produktami jak Linux, Apache czy MYSQL aby wymienić tylko kilka - i oszałamiającym rozwoju servisów dla prywatnych konsumentów wolni programiści zaczęli decydować o i narzucać standarty programowania. To oni decydowali o tym co należy używać - na przyklad PHP - i odrzucali drogie i skomplikowane standarty największych komercyjnych firm. Nagle okazało się, że to rzesze niezliczonych programistów hobbystów, czy z małych firm decydują o tym co dobre, a co należy odrzucić. Wyzwolili się oni spod kurateli takich firm jak Microsoft, które przez lata decydowały o nowych kierunkach w programowaniu poprzez swoje produkty. Wolni programiści stworzyli własne narzędzia do programowania i ignorują kompletnie produkty komercyjnych firm. Wiele firm zorientowało się w sile programistów i stara się ją wykorzystać do swoich celów. Otóż firmy - jak naprzykład Amazon czy Netflix - otwierają swoje serwisy dla programistów publikując interfejsy, które można używać z zewnątrz firmy, z internetu. Każdy może stworzyć wlasną aplikację i połączyć ją z interfejsem danej firmy. Firmy mają nadzieję, że w ten sposób używanie ich serwisu wzrasta, a na dodatek wolni programiści znajdą zupełnie nowe zastosowania dla tego serwisu. Firmy te w ten sposób rozszerzają swoje wydziały rozwoju o tych wolnych programistów, bez konieczności bezpośredniego zatrudniania ich.

Tak, ja niestety już nie jestem programistą i nie mogę skorzystać z tych nowych możliwości. Zazdroszczę więc trochę dzisiejszym programistom, bo dla nich ta sytuacja to chyba raj na ziemi! ;)

sobota, kwietnia 13, 2013

Duchowe rozdarcie Europy

From Evernote:

Duchowe rozdarcie Europy

"Europa w obliczu końca" Marcina Króla to fascynująca wędrówka przez ostatnie trzysta lat europejskiej historii myśli filozoficznej. 

W książce tej Marcin Król koncentruje się na fundametalnych kryzysach leżących u podstaw dzisiejszej sytuacji w Europie. Aktualny kryzys finansowy to jest to co dostrzegamy na co dzień, ale to nie jest prawdziwy problem europy. To co jest naprawdę istotne dla Europy, to co leży u podłoża wszelkich europejskich problemów to walka między religią a ateizmen, między demokracją a liberalizmen, między uniwersalizmen a nacjonalizmen i między utilitaryzmen a niemożliwością zaspokojenia ludzkiego dążenia do przyjemności.

Marcin Król bierze nas na wędrówkę po europejskiej myśli filozoficznej od czasów oświecienia do teraz. Oświecenie zerwało radykalnie z klasycznym, religijnie uwarunkowanym spojrzeniem na dobro i zło, znajdując zupełnie nowe rozwiązanie tego problemu - że zło istnieje dlatego, bo się o nim mówi. Oświecenie to niesamowita rewolucja w spojrzeniu na religię, bo po raz pierwszy w historii Europy - a może nawet świata - uznano religię za przesąd i nonsens. Zanegowanie religii i absolutne przekonanie, że dzięki wiedzy świat stanie się lepszy i zło zostanie zredukowane, to był ten nowy oświeceniowy fundament europejskiej filozofii. To przekonanie o pozytywnej roll postępu technicznego jest do dzisiaj widoczne na ten przykład wśród technologicznych firm z kalifornijskiej Silicon Valley. Równość szans - ojcowie oświecenia jak na przykład Condorcet nie byli tak naiwni aby głosić absolutną równość wszystkich ludzi - to inna podstawa oświeceniowej koncepcji. 

Oświecienie zerwało więc radykalnie z obowiązującymi normami i ostatecznie pogrzebało europejski średniowieczny uniwersalizm. Niestety nie powstał na jej miejsce nowy uniwersalizm oświeceniowy. Za to wyłoniły się najprzeróżniejsze nowe nurty, często nie mające nic wspólnego z oświeceniową ideą. Utilitaryzm, liberalizm, nacjonalizm poróżniły Europę kompletnie i doprowadziły do wielkich konfliktów i tradegii.

Marcin Król szczególnie podkreśla duże sprzeczności pomiędzy demokracją a liberalizmen. Krótko możno to opisać tak. że demokracja to koncepja grupy, wspólnoty, a liberalizm to jak najdalej posunięte somodecydowanie jednostki o sobie. Dla Króla europejski eksperyment z demokracją jest czymś całkowicie wyjątkowym, ale aktualnie jest zagrożony przez narastający egoizm liberalny. 

Ten wielki rozłam duchowy, filozoficzny i ekonomiczny blokuje dzisiaj Europę. Bardzo trudno znaleźć wspólne rozwiązania, a sytuacja dojrzała do zdecydowanych zmian. Zamiast nich jednak panuje w Europie stagnacja, a drobne kroki w jednym czy innym kierunku, same w sobie na pewno nie wystarczające, są natychmiast korygowane po dojściu do władzy przeciwników politycznych.

Zgadzając się z Marcinem Królem w jego generalnej krytyce aktualnej sytuacji sądzę jednak, że należy też dostrzec niezwykłe sukcesy oświeceniowej myśli. Ten szalony postęp wiedzy i technologii umożliwił nam zapewnienie wysokiego poziomu życia masom ludzi. To niewątpilwy sukces, którego nie można negować. A Fakt, że rozwiązania z wczoraj nie są wystarczające dobre dzisiaj i ciągle musimy szukać nowych, to chyba normalne w czasach tak szybkich zmian społecznych, gospodarczych i technologicznych.

Idea oświecenia to też idea ciągłego poszukiwania sensu życia. Bo przecież w momencie w którym oświecienie odrzuciło sens nadany poprzez religię, sens niejako z założenia nadrzędny, bo pochodzi od istoty wyższej i nie podlega ludzkiemu racjonalizmowi, wszystkie inne idee na sens życia podlegąją racjonalnej krytyce. Trudno w tym przypadku znaleźć nadrzędny i uniwersalny sens życia akceptowalny przez wszystkich. Dlatego wszelakie racjonalne systemy wartości nie są w stanie osiągnąć uniwersalnego charakteru.

Marcin Król nie tylko jednak szalenie ciekawie szkicuje na dwustu stronach swojej książki duchowe rozdarcie Europy, ale też przedstawia możliwe drogi wyjścia z tej sytuacji. Po pierwsze konieczne jest szukanie dróg wspólnych pomiędzy religią i wiedzą czy racjonalizmen, uniwersalizmen i nacjonalizmen, liberalizmen i demokracją. 

Na koniec Marcin Król ukazuje się nam jako zwolennik demokracji rozumianej jako demokratyczna wspólnota. Jego zdaniem należy koniecznie zreformować źle funktionującą demokrację reprezyntatywną, która obowiązuje aktualnie w większości państw europejskich. Demokratyczna wspólnota zamiast jedynie tylko państwa demokratycznego. Ta nowa demokracja musi działać w imię dobra wspólnego i integrować w dużo większym stopniu niż obecnie obywateli w życie polityczne. To społeczeństwo musi podejmować rozsądne decyzje polityczne na bazie jak najszerszej informacji o ich możliwych krótko- i długoterminowych skutkach. Pierwszym, absolutnie koniecznym krokiem jest mówienie prawdy o aktualnej sytuacji. Trzeba powiedzieć otwarcie, że państwo opiekuńcze osiągnęło swój limit. Zbyt wysokie oczekiwania obywateli wobec państwa, oczekiwania podsycanie przez polityków dbających jedynie o ich wlasne interesy nie mogą być spełnione. Trzeba powiedzieć otwarcie, że ze względu na słaby rozwój gospodarczy, nie będzie nas stać w przyszłości na doskonałą opiekę medyczną, nie będzie pięniędzy na emerytury i wiele innych rzeczy. Oczywiście konieczne jest zlikwidowanie skandlicznych i wzrastających nierówności społecznych - bogacenie się bogaczy i coraz liczniejsza grupa biednych. To też namacalny dowód niezdolności reprezyntatywnej demokracji do rozwiązywania problemów wspólnoty społecznej w interesie wspólnego dobra.
Wywiad z Marcine Królem w TOKFM - http://bi.gazeta.pl/im/1/12746/m12746441.mp3